Naszą kolejną pielgrzymkę tym razem do Rumunii rozpoczęliśmy w dniu 1 lipca 2018 roku. Grupa była duża bowiem liczyła 49 osób z niezastąpionym proboszczem parafii Św. Urszuli Ledóchowskiej w Malborku ks Józefem Micińskim oraz z ks. Jerzym Cholewińskim proboszczem parafii pw. Bł. Franciszki Siedliskiej w Elblągu.

Większość uczestników znaliśmy z poprzednich pielgrzymek. Naszym przewodnikiem z ramienia firmy pielgrzymkowej „Arcus” był pan Andrzej „Ahoj” Skibicki. Przez niektórych nazwany „Luis” z uwagi na pewne podobieństwo do znanego francuskiego aktora Louisa de Funesa. Jak się później okazało był jedyny w swoim rodzaju.

Wyjazd nasz nastąpił we wczesnych godzinach rannych, bowiem o godzinie 13 miała być odprawiona na Jasnej Górze w Częstochowie pierwsza msza święta w czasie naszej pielgrzymki. Mieliśmy więc spory kawał drogi do pokonania.

Z mężem byliśmy w sanktuarium kilkakrotnie. Podobnie jak wielu wiernych za każdym razem gdy jesteśmy w duchowej stolicy Polski odczuwamy jej majestat. Miejsce to emanuje spokojem i wyciszeniem. Jego istnienie jest ściśle związane z naszą historią. Duchowo wspierało Polaków podczas potopu szwedzkiego, rokoszu Lubomirskiego, konfederacji barskiej, pod zaborem rosyjskim, podczas I i II wojny światowej i czasach PRL-u.

Ponieważ przyjechaliśmy nieco wcześniej mieliśmy sporo czasu, by spędzić niezapomniane, wzruszające chwile na Jasnej Górze. Pierwsze kroki wielu z nas skierowało do jasnogórskiego obrazu, by pomodlić się przed obrazem Najświętszej Mateńki, dziękując za dotychczas otrzymane łaski i prosić o kolejne.

Następnie z mężem udaliśmy się na piętro by zobaczyć „Golgotę Jasnogórską” Dudy-Gracza, mijając po drodze jasnogórski Poczet Królów i Książąt Polskich namalowany przez anonimowego artystę. Będąc tu nie można ominąć przepięknej barokowej bazyliki która zachwyca swoim wystrojem.

Wychodząc z niej skierowaliśmy się do Epitafium Smoleńskiego znajdującego się na wprost wyjścia z Kaplicy Matki Bożej. To 4 metrowej wysokości tablica w formie płaskorzeźby poświęcona 96 ofiarom katastrofy smoleńskiej w którą wmontowana jest tablica upamiętniająca ofiary smoleńskie. Rosjanie usunęli ją z miejsca tragedii w nocy przed pierwszą rocznicą katastrofy.

Ponieważ mieliśmy jeszcze czas idąc szańcami do pomnika świętego Jana Pawła II, podziwialiśmy przepięknie wykonane stacje drogi krzyżowej.

Wielką i miłą niespodzianką było spotkanie po 10 latach z naszym przewodnikiem z Chin i Tybetu Michałem Araszkiewiczem, którego bardzo mile wspominamy. Towarzyszył on grupie Amerykanów goszczących na Jasnej Górze. Niestety było mało czasu na dłuższą rozmowę.

My spieszyliśmy się do Kaplicy Różańcowej na mszę świętą a Michał do swoich podopiecznych na dalsze zwiedzanie Jasnej Góry. Po mszy świętej udaliśmy się w dalszą drogę do Zakopanego, gdzie czekał na nas nocleg i obiadokolacja.

Jadąc do Zakopanego minęliśmy Kraków i majaczące w oddali lotnisko Balice. Krajobraz zmieniał się z pagórkowatego w górzysty. Pogoda też ulega zmianie. Słoneczne niebo zaczynają spowijać chmury i gdzieniegdzie pojawia się deszcz.

Po drodze widzieliśmy reklamy zachęcające do korzystania z basenów i saun regeneracyjnych zasilanych wodami termalnymi, które są minimalnie wykorzystywane do ogrzewania domów prywatnych.

Z autobusu mieliśmy możliwość zobaczenia stanu budowanej drogi zakopianki. Niektóre jej odcinki będą umieszczone na gigantycznych filarach oraz przebiegać tunelami przebitymi pod górami, a ponieważ Tatry to twarde granitowe skały, wymaga to wiele wysiłku i pracy.

Zakopane, przywitało nas przelotnym deszczem. Po zakwaterowaniu w hotelu „Dafne” i obiadokolacji mimo, niesprzyjającej aury, z mężem udaliśmy się na spacer po Krupówkach, na których nie było wielu turystów.

Ulica Krupówki liczy sobie obecnie 1000 metrów i jest najpopularniejszym deptakiem w tym mieście. Jej nazwa pochodzi od polany Krupówki, przez którą ulica ta przebiega. Polana należąca niegdyś do rodziny Krupowskich, znajduje się mniej więcej w jej centralnej części.

Byłam tu wielokrotnie, w czasach studenckich spędzałam tu Sylwestra ale to były dawne dzieje. Od ostatniego mojego pobytu miasteczko zmieniło się tak bardzo, że miałam trudności z trafieniem do znanych mi niegdyś miejsc. Tylko majestatyczny i dumny Giewont ze swoim krzyżem stał niewzruszony na swoim miejscu.

Całe Krupówki to komercja i drożyzna, ale są też miejsca ładnie wpisujące się w całość. Pięknym miejscem nadającym ulicy uroku jest strumyk i mostek nad nim.

Następnego dnia o godz 8 rano udaliśmy się na mszę świętą do kościoła na Krzeptówkach, który został zbudowany jako votum dziękczynne za uratowanie życia Jana Pawła II po zamachu. Decyzją Episkopatu Polski stał się sanktuarium narodowym.

W tym miejscu tak ważnym dla naszego narodu odbyła się nasza druga msza święta podczas naszej pielgrzymki. Po mszy i zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w dalszą drogę, przez Słowację i Węgry do miejscowości Tokaj z której okolic sprowadzane były do Polski węgierskie wina pite jeszcze za czasów panowania Piastów i dalej do miasteczka Baia Mare w Rumunii w którym mamy hotel i obiado-kolację.

Podziwiając wspaniałe krajobrazy dotarliśmy do przejścia granicznego ze Słowacją na Łysej Polanie. Granicę przekraczamy szybko i płynnie. Nie ma już szlabanów a budynek graniczny służy za muzeum. Jadąc w oddali widzieliśmy najwyższy szczyt słowackich Tatr Gerlach. Od strony słowackiej jest też bardziej dogodne i bezpieczniejsze podejście na Rysy, chociaż dłuższe. W okresie zimowym niektóre doliny i szlaki są pozamykane. Tatry słowackie są bardziej kruche i szybciej ulegają erozji niż po polskiej stronie. Spłukiwana ziemia tworzy żyzne pola.

Mimo, że w okresie komunistycznym Czesi i Słowacy zostali oderwani od kościoła, pozostało mnóstwo pięknych sanktuariów i kościółków które dzięki specyficznemu nakładaniu tynków zachowały swoje piękne wzory liczące nawet kilkaset lat. Warto je zobaczyć. Może kiedyś udamy się tu na pielgrzymkę.

W oddali widzieliśmy ruiny zamku Spiskiego w Lewoczy, gdzie podobno bywał król Kazimierz Wielki.

Wczesnym popołudniem przybyliśmy na liczące 9.805 mln. mieszkańców Węgry których historia jest równie fascynująca jak nasza. Pierwotnie tereny Węgier zamieszkiwała ludność celtycka, którą w I w. p.n.e. podbili Rzymianie. Po nich przyszli Hunowie, Wandale, Depidzi i Awarowie. W początkach IX wieku powstało na tych terenach słowiańskie Państwo Wielkomorawskie któremu kres położyli pod koniec IX wieku Madziarowie pod wodzą Arpada. W
XIV w. za panowania Ludwika Andegaweńskiego (1342–1382), także króla Polski, państwo węgierskie osiągnęło szczyt potęgi sięgając od Adriatyku po Morze Czarne. Sulejman Wspaniały pokonawszy Austriaków (1541) przyłączając centralne Węgry do swego imperium po słynnej bitwie pod Mohaczem położył temu kres. Nie będę jednak opisywać szczegółowo całej historii tych ziem, przedstawiam tylko urywek. Zainteresowanych odsyłam do materiałów źródłowych. Węgrzy posługują się językiem z grupy ugro-fińskie bliższym Estończykom i Finom, niezwykle trudnym dla nas Słowian. To nie to co czeski i słowacki. Ja osobiście znam po węgiersku tylko „dzień dobry”.
Tak to słuchając słów przewodnika dotarliśmy do miasta Tokaj, słynnego z uprawy winorośli i produkcji win.

Miasteczko jest stolicą tokajskiego regionu winiarskiego. Pierwsza wzmianka o okolicy Tokaj pojawia się w 1067 roku a Tokaj jako nazwę osady nadmienia się w 1353 roku. Rozkwit winiarstwa nastąpił w XVII-XVIII w., gdy w okolicy osiedlili się kupcy greccy. Po 1945 r. winnice zostały rozdrobnione, a w 1952 r. pozbawiono go praw miejskich, które odzyskał dopiero w 1986 r. W 2002 r. UNESCO wpisało tokajski region winiarski na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego.

Po dojechaniu do centrum miasta, spacerkiem udaliśmy się do winiarni. Znajdowała się ona na niewielkim wzniesieniu. Gdy weszliśmy do środka na stołach stały już kieliszki przygotowane do degustacji produkowanych przez tę winiarnię trunków. Na początku przedstawiciel winiarni opowiadał nam o metodach zbiorów winogron, oraz technologii produkowania win.

Winorośl, na te tereny w XI wieku sprowadzili osiedlający się włoscy osadnicy którzy rozpoczęli produkcję win Tokaj o różnych smakach. Był tu zaproszony lekarz i przyrodnik, zwany ojcem medycyny nowożytnej Paracelsus, aby rozsławił te wina po świecie. Nie tylko je rozsławił, ale przy okazji tak się w nich rozsmakował, że stał się alkoholikiem. Ale nie tylko on, je polubił, w czasie panowania w Polsce króla Kazimierza Wielkiego tzw węgrzyn sprowadzany był do Polski w dużych ilościach. Również Włosi i Francuzi gustowali w węgierskich winach. W zależności czy chce się uzyskać wina o smaku wytrawnym, półwytrawnym, półsłodkim, słodkim i bardzo słodkim są różne okresy zbierania winogron i procesy technologiczne ich otrzymywania.

Przed spróbowaniem każdego z nich otrzymywaliśmy informacje o jego produkcji i składzie. Po degustacji niektórzy dokonali zakupów wybranych przez siebie win oraz gadżetów. Potem idąc do autokaru zaglądaliśmy do znajdujących się po drodze sklepików.

Po dojechaniu do granicy węgiersko-rumuńskiej czekała nas niezbyt miła niespodzianka. Granica przypominała czasy komuny. Trzeba było odczekać sporo czasu zanim pojawili się strażnicy graniczni. No cóż Rumunia jeszcze nie jest w strefie Schengen. Byłam przedtem dwa razy w Rumunii, mąż zaś raz w okresie komuny i proszę mi wierzyć, w tamtym okresie przekraczanie granicy rumuńskiej było koszmarem o którym się nawet nie chce wspominać. Jadąc dalej, już w głąb kraju zaskoczyła nas ciemność panująca na ulicach i brak świateł w oknach mijanych domów. Nasz przewodnik nie potrafił nam tego wytłumaczyć. Późnym wieczorem dojechaliśmy do miasta Baia Mare, liczącego sobie 300 tys mieszkańców.

Po dojechaniu do hotelu „Europa”, (gdzie spędziliśmy dwie noce), szybko udaliśmy się na posiłek, po którym wróciliśmy do pokoju, by obejrzeć ich wiadomości. Mamy bowiem taki nawyk, że gdziekolwiek jesteśmy zagranicą zawsze interesuje nas tematyka podawanych wieczornych informacji. W rumuńskich, co jest ewenementem, spektrum jest równie szerokie jak w Polsce.

Po wiadomościach poszliśmy spać, bo przed nami kolejny dzień zwiedzania. Musieliśmy wcześnie wstać , bowiem kolejny dzień obfitował w ciekawe miejsca.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk.