Dyskutujemy, proszę wybaczyć, o głupotach. Kłócimy się o polityków, jakby byli tego warci. Uchwała jest i trzeba ją wykorzystać, co też będę robił. Chciałem opisać tu coś, co powoduje, że jest jak jest, gdyż staje się, niestety, składową każdej antypolskiej operacji, której nawet każda władza nie zauważa. W świetle kodeksu karnego nie ma tu szpiegostwa, chociaż instynktownie wyczuwam obecność obcych służb. Nie podam też żadnych nazwisk, a jak ktoś się domyśli o kogo chodzi, proszę o niepodawanie żadnych nazwisk, bo i tak zaprzeczę. Długo się zastanawiałem, czy to napisać, ale sprawdziły się moje podejrzenia i muszę.

Jeszcze jedno zastrzeżenie. Nie jest to post przeciwko dziennikarzom, bo większość z nich to uczciwi fachowcy, różniący się jedynie poglądami. mają jedynie w swoim środowisku „ludzi na każdą okazję”, którzy zrobią każde świństwo. Dziennikarze nie zwracają na nich uwagi. Ignorują ich, ponieważ uznają, że to jest jedyna metoda neutralizacji, a tak naprawdę podejrzewam, że boją się ich, gdyż sami mogą stać się obiektem ich zemsty. Zetknąłem się ostatnio z kilkoma takimi indywiduami. Jeden zbierał o mnie informacje, na czyjeś zlecenie. Chodził po sąsiadach i pytał o moje kochanki. pijaństwo, majątek. Szybko go pogonili. To gówniarz bez przygotowania. Jedna rozmowa z nim i uciekł przerażony, a ja dowiedziałem się o zleceniodawcy kilka szczegółów. Ci ludzie nazywają to „dziennikarstwem śledczym”, przynosząc tej profesji ujmę i dyshonor. Napiszę jednak o kimś innym.

Nie tak dawno los mnie zetknął z pewnym „dziennikarzem śledczym”. Nie była to moja inicjatywa, ale kogoś innego, kogo bardzo cenię. Zebrałem kilka informacji o tym dziennikarzu i nie były one przychylne, ale postanowiłem spełnić prośbę i spotkać się z nim. Nie spotkałem się jednak sam. „Obstawiał” mnie kolega, a ten facet nawet tego nie zauważył.I cóż powiedział mi ów tuz dziennikarstwa? Poza sprawą, o którą chodziło zaproponował mi coś następującego: on ma „wejścia” do Instytutu Gaucka i może wydobyć z niego informacje o Polakach, „nieważnych”, jak stwierdził. Chciał, by za moim pośrednictwem „sprzedawać” te informacje służbom, a jak one nie będą chciały, to prasie. Pewnie padło by „Zainteresowanym też można sprzedać”, ale ja straciłem nerwy i …nie nadaje się do publikacji. Powiedziałem mu tylko, że jeszcze jedna propozycja w tym stylu, a znajdzie się w odpowiedniej celi. Nie przejął się tym w ogóle (zaraz wyjaśnię dlaczego). Dodałem, że tylko osoba, która prosiła m,nie o to spotkanie powstrzymuje mnie od dania temu mętowi po mordzie. Opowiedziałem wszystko memu znajomemu. Zdziwił się, oburzył, ale nadal chciał bym uczestniczył w projekcie dość ważnym dla niego. Nie potrafiłem, nie mogłem mu wytłumaczyć, by znalazł innego dziennikarza. To bardzo dobry i ufny człowiek. Zbyt ufny. Z „dziennikarzem” spotkałem się raz jeszcze. Tym razem w towarzystwie pomysłodawcy projektu, który wiedział, że robię to tylko dla niego. Nie było to miłe spotkanie. „Dziennikarz” zaczął od pieniędzy. Nawet mój znajomy zauważył, że chce mnie „wycyckać”. Widział jego minę, gdy powiedziałem, ze rezygnuję, ale przekaże „żurnaliście” potrzebne informacje. Nota bene beze mnie ten projekt nie wyjdzie. I tu wyszła ze mnie moja „operacyjna natura”. Dostał część informacji, w tym jedną, która była elementem kombinacji sprawdzeniowej. I co zrobił? Poszedł do bohatera tej informacji i zażądał pieniędzy za „nie wykorzystywanie jej”. W dodatku „sprzedał mnie” bez oporów. Mieliśmy dobrą zabawę, bo ów „dziennikarz” szybko został powiadomiony o wyniku tej kombinacji. Ostrzeżony też. Usiłował napuścić potem takich, jak on, ale szybko ich zneutralizowałem (nie bójcie się! nigdy nie używałem siły, chociaż ręka dotąd mnie świerzbi, gdy przypomnę sobie podobnych ludzi ze wszystkich lat mojej pracy). Swojemu znajomemu już nic nie tłumaczę. Widocznie musi sam się przekonać, albo ma w tym jakiś inny interes. Ja jednak już w tym nie uczestniczę. To zresztą nie jest ważne.

Możecie zapytać się dlaczego nie poszedłem z tym nigdzie. A gdzie miałem iść? Służb to nie interesuje i nie zainteresuje póki nie ma przestępstwa. Poza tym ten „dziennikarz” współpracuje z kilkoma z polskich służb i pewnie z jakimiś zagranicznymi. Dlatego nie przestraszył się mojej reakcji podczas pierwszego spotkania. Jest jeszcze jeden powód: ja jestem tylko „byłym esbekiem”, a te dzisiejsze służby z takimi nie rozmawiają (przekazano mi taką wiadomość) On w roku 1990 był nastolatkiem, podobnie jak tych kilku jego kolegów. Nie jest „resortowym dzieckiem”, ma „czysty” życiorys. Jego słowo, przeciwko mojemu. Przegram. I cóż z tego, że wszyscy twierdzą, że pokazywanie się z nim „jest naganne”? W tej konfrontacji on jest przydatny każdej władzy, a ja tylko kłopotem.

To jest autentyczna historia. Mam nadzieję, że ci, którzy monitorują mój profil służbowo lub nie zauważą fragment o Instytucie Gaucka. To jest o wiele ważniejsze niż moje idiosynkrazje i ich niechęć do mnie.