Wiele lat temu Putin uznał, że chce przejść do rosyjskiej historii jako ten, który choć w części odwróci „największą katastrofę geopolityczną XX wieku” jaką był rozpad ZSRR (cytat z jego własnych słów).

Z polskiej perspektywy rozpad ZSRR w 1991 r. był z kolei jednym z największych błogosławieństw geopolitycznych ostatnich setek lat. Śmiertelnie wrogie nam moskiewskie imperium, które od 500 lat Polskę nieustannie najeżdżało, mordowało i walnie przyczyniło się do likwidacji zarówno I jak i II Rzeczpospolitej, rozpadło się i osłabło. Presja ze wschodu chwilowo zmalała.

30 lat po błogosławionym upadku Rosji sowieckiej Putin, wzmocniony współpracą energetyczną z Niemcami, pod koniec 2021 otwarcie zażądał powrotu starych porządków. Zażądał Ukrainy i możliwości wpływania na los Polski oraz innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Gdy, co oczywiste, warunki nie zostały spełnione, przygotowywana przez wiele miesięcy machina wojenna ruszyła.

Dziś, po czterech latach trwania wojny Rosja, mocarstwo atomowe do niedawna jeszcze uznawane za drugą armię świata, mając ponad 4-krotną przewagę ludności nad Ukrainą i jeszcze większą gdy chodzi o gospodarkę oraz uzbrojenie… zdobyła 13% terytorium kontrolowanego przez Kijów w 2022. Kosztem miliona zabitych i rannych, utraty dziesiątków tysięcy sztuk sprzętu, roztrwonienia swoich rezerw finansowych i cofnięcia się w rozwoju gospodarczym, Moskwa uzyskała… tysiące kilometrów kwadratowych zrujnowanych wiosek i miasteczek.

Od ubiegłego roku Rosjanie ponoszą znaczące koszty nie tylko na froncie ale i na głębokim zapleczu, w infrastrukturze zbrojeniowej i gospodarczej. Niepomiernie bardziej zniszczona jest Ukraina, której terytorium podlega wieloletniej agresji, ale rachunek rosyjskich kosztów już jest olbrzymi i ciągle tylko rośnie. Wojna trwa już równe 4 lata, czyli dłużej niż trwała wojna między ZSRR a III Rzeszą w latach 40. XX wieku.

Jakkolwiek cynicznie to nie zabrzmi, z geopolitycznego punktu widzenia Polska jest, póki co, jednym z beneficjentów konfliktu. Moskwa zużywa mnóstwo zasobów ludzkich, sprzętowych i gospodarczych w wyczerpującej wojnie, która wciąż wydaje się daleka od pozytywnego dla niej rozstrzygnięcia. Jeśli Kijów obroni swoją niezależność od Rosji i swobodny dostęp do Morza Czarnego, Kreml poniesie historyczną porażkę.

Wskutek rosyjskiej inwazji Szwedzi i Finowie weszli do NATO, co sprawiło, że Bałtyk stał się niemal wewnętrznym morzem sojuszników Polski. Śmiertelnie groźna dla nas współpraca niemiecko-rosyjska zamarła a jej potencjalna reaktywacja będzie obarczona wieloma trudnościami. Europa radykalnie zredukowała zależność od rosyjskich surowców i jest na dobrej drodze do ich całkowitej eliminacji ze swojego mixu energetycznego, a więc do niepodatności na szantaż.

Wszystkie te, pomyślne z punktu widzenia strategicznych interesów Polski, zjawiska, mają jedno „ale”. Jeśli Rosjanom mimo wszystko udałoby się podporządkować Kijów, nasza sytuacja strategiczna mocno się pogorszy. Polska znajdzie się pod nieskrępowaną presją militarną państwa wrogiego, które nie będzie, jak dziś, zajęte zmaganiami wojennymi nad Dnieprem.

Wielu nad Wisłą ciągle nie rozumie przy tym, że sukces Rosji na wschodzie to zarazem porażka Polski… na zachodzie. Rzeczpospolita zagrożona bezpośrednio przez Moskwę będzie miała dużo mniej argumentów by przeciwstawiać się szaleństwom polityki unijnej czy presji ze strony USA, np. na dokonywanie absurdalnie drogich zakupów zbrojeniowych, vide nieszczęsne, przepłacone 96 śmigłowców. O tym, jak zagrożone wojną biznesy czy młodzi ludzie będą uciekali, zwłaszcza z województw na wschodzie naszego kraju, nie wspominając.

W 2022 nazwałem konflikt rosyjsko-ukraiński „odwróconym powstaniem Chmielnickiego”, które tym razem osłabia i wykrwawia nie Polskę, a Rosję. Wyczerpanie naszego odwiecznego rywala jest znaczne ale pamiętajmy – kluczowy warunek oddalający bezpośrednie zagrożenie wojną od Polski pozostaje jeden – Kijów musi zachować niezależność od Moskwy.

Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.