Dwa razy w ciągu ostatnich 30 lat naruszono dobre samopoczucie komunistycznych służb. I dwa razy skończyło się to próbą obalenia rządu. Za pierwszym razem się udało, za drugim… jeszcze nie.

4 czerwca 1992, głosowanie nad odwołaniem rządu. Nocne rozmowy między prezydentem i politykami różnych partii na temat możliwości powołania nowego rządu i wyboru na premiera Waldemara Pawlaka, które miały miejsce na krótko przed głosowaniem. W rozmowach uczestniczyli m.in.: Donald Tusk, Tadeusz Mazowiecki, Mieczysław Wachowski, Leszek Moczulski, Waldemar Pawlak, Stefan Niesiołowski, Bronisław Geremek i Ryszard Bugaj. Powodów, dla których chciano dokonać tej zmiany było kilka, ale najważniejszym była oczywiście realizacja przyjętej przez sejm uchwały lustracyjnej, zgłoszonej 28 maja przez Janusza Korwin-Mikkego. Bezpośrednią konsekwencją rozmów i „nocnej zmiany” był upadek rządu Olszewskiego. Dokonało się jednak wówczas znacznie więcej, bo od tego czasu obserwujemy pełne rozbicie dawnej „Solidarności”, co później umożliwiło m. in. powrót do władzy postkomunie.

16 grudnia 2016 roku, sejm przyjmuje ustawę zgodnie z którą od 2017 roku zostaną obniżone emerytury i renty byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa Polski Ludowej służących na rzecz totalitarnego państwa. Obniżenie świadczeń ma dotyczyć tych funkcjonariuszy, którzy pracowali dla aparatu represji PRL od 1944 do 1990 roku. I nagle „ktoś” zaczyna realizację planu rozbicia rządu i znalezienia konstytucyjnego powodu, który może skutkować rozwiązaniem sejmu i obaleniem rządu Prawa i Sprawiedliwości. Takim pretekstem może być np. brak uchwalenia budżetu na rok 2017. Dlatego mównica w sejmie zostaje zablokowana przez opozycję, która protestuje rzekomo w obronie „wolnych mediów”. Później ktoś „spontanicznie” rozstawia scenę i rozpoczyna się demonstracja, w której biorą udział przedstawiciele SLD, Razem, Nowoczesnej i KOD-u. I sporo ludzi związanych ze służbami, którzy niespecjalnie kryją się ze swoją obecnością w tłumie.

Przypadkowy zbieg okoliczności? Spiskowa teoria historii? Oczywiście.

Autor: Artur Ceyrowski
Dziennikarz