Historia Polski zmienia dekoracje, ale scenariusz zadziwiająco często pozostaje ten sam. Kiedyś przepustką do kariery była legitymacja PZPR. Dziś także istnieją legitymacje otwierające drzwi do stanowisk, wpływów i przywilejów. Zmieniły się tylko ich kolory, nazwy i symbole. Nie zmieniła się zasada: swoich nagradza się szybciej, obcych rozlicza surowiej, a zwykły obywatel wciąż stoi przed zamkniętymi drzwiami.
Wydawało się, że wraz z końcem PRL odejdzie również świat politycznych przywilejów. Wielu wierzyło, że odtąd o miejscu człowieka będzie decydować wiedza, doświadczenie i uczciwa praca. Szybko okazało się jednak, że historia nie tyle się skończyła, ile zmieniła kostium. Dawne legitymacje zastąpiły nowe, a stare układy ustąpiły miejsca kolejnym.
Dziś niemal każda zmiana władzy przypomina wymianę załogi na tym samym statku. Z pokładu schodzą jedni, wchodzą drudzy, lecz mechanizm pozostaje identyczny. Stanowiska w spółkach Skarbu Państwa, administracji, instytucjach publicznych czy radach nadzorczych zbyt często stają się polityczną nagrodą za lojalność, a nie za kompetencje. Państwo przestaje być dobrem wspólnym, a zaczyna przypominać łup zwycięzców.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ta sama zasada coraz częściej przenika do innych sfer życia. Zwykły obywatel miesiącami czeka na decyzję urzędu, wizytę u specjalisty, lekarskie badanie, czy rozstrzygnięcie swojej sprawy. Ktoś posiadający odpowiednie wpływy lub znajomości potrafi ominąć kolejkę jednym telefonem. Dla jednych istnieją procedury, dla drugich wyjątki. Dla jednych przepisy, dla drugich furtki.
Podobnie bywa z odpowiedzialnością. Gdy polityczny przeciwnik popełni błąd, natychmiast staje się on symbolem upadku państwa. Gdy identycznego błędu dopuszcza się człowiek związany z obozem władzy, sprawa nagle okazuje się bardziej skomplikowana, wymaga czasu, dodatkowych analiz albo po prostu znika z pierwszych stron gazet zamieciona pod dywan.
Najgroźniejsze w tym wszystkim jest to, że społeczeństwo zaczyna się do tego przyzwyczajać. Kolejne pokolenia uznają za coś normalnego, że bez odpowiednich kontaktów trudniej awansować, załatwić sprawę czy przebić się ze swoim talentem. Zamiast państwa równych szans powstaje państwo właściwych legitymacji.
A przecież demokracja nie polega na tym, by po każdych wyborach wymieniać jedną grupę uprzywilejowanych na drugą. Jej siłą jest równość obywateli wobec prawa i przekonanie, że państwo służy wszystkim, a nie wyłącznie swoim. Niedawno ktoś w komentarzu napisał, że państwo to nie partia. Wierzycie w to? Bo jeśli tak, to zacznijmy wreszcie wymagać, aby rządzący również w to uwierzyli.
Zostaw komentarz