I. Spotkanie w nieskończoności

Motto:

Kompozytor przez całe życie próbuje zapisać kilka dźwięków dokładnie tak, jak od początku słyszy je jego wyobraźnia. Reszta jest poprawkami.

Kompozytor to dziwna istota. Przez większą część życia prowadzi rozmowy z ludźmi, których nigdy nie spotkał. Odpowiada na pytania, których nikt mu nie zadał, a czasem z zaskoczeniem odkrywa, że największy spór toczy nie z innymi twórcami, lecz z ósmym taktem własnego utworu.

To nie wygląda poważnie. Jeszcze mniej poważnie wygląda z zewnątrz człowiek siedzący samotnie nad kartką papieru i od pół godziny przekonujący jedną nutę, że naprawdę powinna znaleźć się dwa miejsca dalej.

Na szczęście nuty nie mają uszu. Choć czasami zachowują się tak, jakby miały własny charakter. Dlatego nigdy nie wyrzucam szkiców. Kosz jest znakomity do porządkowania pokoju, ale fatalny do porządkowania wyobraźni. Szuflada jest znacznie mądrzejsza. Niczego nie ocenia. Nie obraża się. Czeka.

Po kilku miesiącach albo latach otwieramy ją z przekonaniem, że znajdziemy tam wyłącznie dawne pomyłki. Tymczasem okazuje się, że niektóre pomysły przez ten czas dojrzały. Albo — co jest równie prawdopodobne — dojrzał ich autor.

Wyobrażamy sobie często, że wielkie dzieła rodzą się w jednej chwili olśnienia. To bardzo romantyczna wizja. Rzeczywistość jest znacznie zabawniejsza.

Powstaje wersja pierwsza. Potem druga. Trzecia. Autor skreśla połowę. Następnego dnia skreśla skreślenia. Po tygodniu nie pamięta już, dlaczego czwarta wersja była lepsza od drugiej, ale z wielkim przekonaniem twierdzi, że piąta jest ostateczna. Do następnego poniedziałku. Twórczość jest chyba jedyną dziedziną życia, w której poprawianie własnych błędów potrafi trwać kilkadziesiąt lat. A czasem jeszcze dłużej.

Historia muzyki zna przecież dzieła, które cierpliwie czekały w szufladach swoich autorów, aż ktoś po latach odkrył ich wartość. Tak było z mazurkami Romana Maciejewskiego. Przeleżały wiele lat, zanim zostały odnalezione i wydane już po śmierci kompozytora. Dzisiaj trudno oprzeć się wrażeniu, że są jednym z najpiękniejszych rozwinięć świata, który przed nim otworzył Chopin. Nie naśladowaniem, lecz dalszym ciągiem tej samej rozmowy, prowadzonej już zupełnie innym językiem.

I chyba właśnie to jest w sztuce najpiękniejsze. Twórcy odchodzą. Rozmowa zostaje. Każdy dopowiada do niej własne zdanie. Czasem za życia. Czasem wiele lat później. Czasem dopiero wtedy, gdy ktoś odważy się otworzyć starą szufladę.

Być może dlatego kompozytorzy nigdy naprawdę nie spotykają się przy jednym stole. Spotykają się ich pytania. A pytania, w przeciwieństwie do ludzi, mają niezwykłą zdolność życia znacznie dłużej od swoich autorów. Może właśnie dlatego istnieje miejsce, w którym czas przestaje mieć znaczenie.

Lubię wyobrażać je sobie jako wielką salę pełną rozmów. Bez rywalizacji. Bez konkursów. Bez rankingów. Tylko z jednym niekończącym się pytaniem:

„A gdyby spróbować jeszcze raz…?”

I chyba właśnie to miejsce chciałbym nazwać:

Spotkaniem w nieskończoności