Muszę dobrze policzyć, bo aż trudno uwierzyć, że to było tak dawno, ale wychodzi, że 40 lat temu … o prawie dekadę wyprzedziłem transformację ustrojową w Polsce. Z ciepłej posady zostałem zwolniony. Mieszkałem na wsi, oddalonej od najbliższego miasteczka o 20 km. W zupełnej komunikacyjnej głuszy, bez stacji kolejowej z rachityczną siecią kółek rolniczych, obsługującą gospodarstwa przesiedleńców zza Buga i z porozrzucanymi, pośród kompleksów uprawowych – osiedlami pegeerowskimi. Żona pracę w szpitalu dalej utrzymała, ale mnie tam już nie chciano. Jak za dotknięciem szponiastą ręką czarownicy, zostałem pozbawiony przewidywalnej przyszłości i rzucony w wir gospodarki rynkowej. Parę razy musiałem się odbijać od dna, ale w sumie, patrząc teraz wstecz, myślę o tym funkcjonariuszu SB, który doprowadził do mojego zwolnienia — bez specjalnie zapiekłej niechęci. Prawdę nawet pisząc… przysłużył się mi, bo — ustrzegł mnie przed biograficzną monotonią. Przy tej okazji — wzruszam się, wspominając Cepelię- centralę rękodzielnictwa ludowego i artystycznego, zorganizowaną jako spółdzielnia pracy, zwanej ideologicznie — chałupniczą. W czasach komuny stanowiła ona niszę gospodarczą pozwalającą utrzymywać przy życiu jednostki krnąbrne, ceniące wolność i niezależność, które tkały, strugały, lepiły, wyszywały, malowały tylko po to, żeby zarobić na swoje i swoich rodzin utrzymanie. Wyalienowanych z kolektywów autsajderów. Wszelka bowiem praca w PRL była okropnie upolityczniona. Niezależnie bowiem czy było się frezerem, lekarzem, nauczycielem a tym bardziej sędzią, a już szczególnie prokuratorem, albo nie daj Boże – milicjantem, trzeba było swoim serwilizmem udowadniać lojalność wobec przewodniej siły narodu PZPR. Od tego zależało prawie wszystko – wysokość wynagrodzenia, przydział mieszkania, talon na samochód, uzyskanie wkładki paszportowej, pozwalającej spędzić urlop nad Adriatykiem, czy Balatonem, a nawet skierowanie do sanatorium. Wiem, co piszę, bo kiedy mnie w czasie stanu wojennego z pracy wyrzucono, z powodu utraty kwalifikacji politycznych do pracy z chorymi psychicznie, w Cepelii się na dobre zakotwiczyłem. Stała się dla mnie Almæ Matris — matką karmiącą, o czym do dzisiaj z rozrzewnieniem wspominam. Ów synowski związek z Cepelią oparty był na Książce Zamówień zawierającej dokładnie informacje o sprzedaży i o wielkości należnego z tego tytułu podatku. Jak SB próbowała mi się dobrać do skóry w ramach operacji rozpracowywania „Tandeciarza” i kombinowała, żeby nasłać na mnie Urząd Skarbowy, i wykończyć domiarami, to usłyszała od Cepelii, że jestem kryty, bo nie sprzedaję swoich wyrobów poza Cepelią, a ta — skrupulatnie wszystko rejestruje i sama potrąca podatki. Przez dziesięć kolejnych lat, żyłem w szczelnie obudowanej bańce. O tym, co się działo wtedy na zewnątrz – dowiadywałem się z Radia Wolna Europa, Radia Londyn i innych stacji, oczywiście intensywnie zagłuszanych przez władzę ludową.