„…Bez sacrum malarstwo może być dekoracją, publicystyką, opinią, grymasem, modą lub żartem, ale nie stawia pytań, nie daje nadziei, nie pociesza w cierpieniu, nie rozświetla ciemności. Prowadzi donikąd.” – napisał Dariusz Karłowicz we wstępie do katalogu „Obrazy Jezusa Miłosiernego według wizji siostry Faustyny.”

Odważna teza, choć mnie nie bulwersuje. Wiele lat temu męczyłam się nad analogiczną myślą Simone Weil, według której nauka albo jest szukaniem Boga, albo grą w szachy. Jakoś to rozgryzłam i zaakceptowałam. Naturalnie, jeszcze trzeba dobrze zdefiniować sacrum. A można rozumieć sacrum szeroko i w takim przypadku bez problemu obejmie ono wstrząsające płótna Francisa Bacona, tajemnicze obrazy z Kaplicy w Houston Marca Rothko lub kontemplacyjne „Widoki na górę Fudżi” Katsushiki Hokusai’a.

Kłopot w tym, że w przedsięwzięciu zainicjowanym przez Karłowicza wcale nie chodziło o tzw. duchowość. Nie wiem jak przekonał znanych i uznanych malarzy, by podjęli się karkołomnego zadania, oznaczającego przecież rezygnację z dużej części artystycznej swobody: namalować obraz przeznaczony do kościoła, a przedstawiający Jezusa Miłosiernego. Czyli nową wersję wizerunku znanego na całym świecie. Widziałam ten obraz na Goa, w Kenii, na Kubie i Wyspach Zielonego Przylądka. Jest ich mnóstwo w obydwu Amerykach. Dla milionów ludzi obraz ten jest znakiem religijnej nadziei, ale dla bardzo wielu innych – znakiem pop-kultury. Mamy zatem do czynienia z obrazem czczonym a równocześnie opatrzonym i irytującym. [W każdym razie mnie nie pozwalał sięgnąć do słynnego Dzienniczka Siostry Faustyny.] Nie przypuszczam jednak aby popularność przedstawień zrealizowanych przez Eugeniusza Kazimirowskiego i Adolfa Hyłę onieśmielała malarzy współczesnych.

Trudność leżała w precyzyjnym stosowaniu się do zaleceń mistyczki, która widziała i opisała Jezusa. A widziała postać stojącego człowieka. W białej szacie. Bez aureoli czy poświaty, za to z płynącymi z serca promieniami: czerwonym i bladym. Jest nawet do tego wyjaśnienie: „Blady promień oznacza wodę; czerwony promień oznacza krew…”
Z rozbawieniem czytałam komentarze znanego dziennikarza ‘od kultury’ oraz jeszcze bardziej znanej krytyczki sztuki, którzy w tych promieniach dostrzegli barwy narodowe, a zatem widmo nacjonalizmu, jak szeregowy Jaś, któremu wszystko kojarzyło się z jedną częścią ciała. Nie warto się wyzłośliwiać nad nędzą komentariatu, bo chodzi o sprawę poważniejszą.

Obrazy z wystawy zostały bowiem schłostane z wielu stron. Razy padały równo. Progresiści widzą w próbie odnowy katolickiego malarstwa nonsensowny powrót do przeszłości, a nieszczęsne promienie – blady i czerwony- stają się w ich głowach sygnaturą nieustającego zagrożenia faszyzmem. Tradycjonalistów do szału doprowadza hasło „Namalować katolicyzm od nowa”, które uważają za hucpiarskie, pretensjonalne i bezczelne. Z kolei wykształconych katolików, z wrażliwością estetyczną uformowaną przez sztukę współczesną, uwiera figuracja. Jak to tak? Przecież Boga nie można namalować, można jedynie próbować przekazać emocje płynące z ewentualnego kontaktu z Absolutem…
Bo dziś rośnie w siłę teologia apofatyczna. Żadna to nowość, tylko nurt obecny w Kościele od samych początków chrześcijaństwa. Istotę apofatyki ukazuje znakomicie Angelus Silesius.
„Zatrzymaj się! Cóż znaczy Bóg?
nie duch, nie ciało, nie światło,
nie wiara, nie miłość,
nie mara senna, nie przedmiot,
nie zło i nie dobro,
nie w małym On, nie w licznym,
On nawet nie to, co nazywa się Bogiem.
Nie jest On uczuciem, nie jest myślą,
nie jest dźwiękiem, a tylko tym,
o czym z nas wszystkich nie wie nikt.”

Też patrzyłam podejrzliwie na obrazy prezentowane w Krużgankach krakowskich Dominikanów zawiedziona brakiem fikołków metafizycznego dreszczu i formalnych zakrętasów. Dopiero po kilku godzinach odbiór się klaruje…
Te prace osadzają się w pamięci. Intrygują i zadziwiają. Są świadkami arcytrudnego zmagania się artystów z ideą coraz trudniejszą do przyjęcia, a będącą sednem chrześcijaństwa. Bo co tak wspaniale opisuje Silesius ma drugą, radykalnie odmienną twarz: twarz Jezusa. Człowieka posiadającego ręce, nogi, jelita, oczy, uszy i mózg. Oczywiście zdecydowanie łatwiej – i bezpieczniej – dopuścić istnienie Niewypowiedzianego Absolutu, niż uwierzyć, że Bóg „przyjął ciało”. Nowej aktualności nabrało stwierdzenie Pawła, że Chrystus jest zgorszeniem, albo głupstwem.

Przyznajmy szczerze, że historia człowieka-Boga z wielkim trudem mieści się w głowie człowieka XXI wieku. Dopuszczamy ewentualnie figurację w przedstawieniach ciała ‘przebóstwionego’, odrealnionego – ‘wiecznej’ ikony. Ale że człowiek, taki jak my? „We wszystkim do nas podobny prócz grzechu” – to stało się raczej ryzykownym stwierdzeniem. A dla malarza dodatkowym wyzwaniem. Bo malarz musi sobie odpowiedzieć na pytanie czy brak grzechu wpływa na fizyczność? Doświadczenie mówi nam, że twarze ludzi wrażliwych, uduchowionych, subtelnych, są bardziej interesujące, niż statystyczna średnia. Ale czy brak grzechu kształtuje rysy? Karkołomne pytania mogą dać karkołomne odpowiedzi.

Gdybym tu zaczęła opisywać obrazy z wystawy, musiałabym długo kontynuować. Napiszę więc tylko, że zasługują na uwagę i szacunek. Jedne są zwykłe, inne niezwykłe. Trzeba je zobaczyć samemu, bez uprzedzeń wstępnych i z pokorą. Tak jak je malowali Jarosław Modzelewski, Ignacy Czwartos, Wincenty Czwartos, Jacek Dłużewski, Wojciech Głogowski, Jacek Hajnos OP, Krzysztof Klimek, Bogna Podbielska, Beata Stankiewicz i Artur Wąsowski.

Fotografie własne, więc liche a na dodatek część się całkiem nie udała.

Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.