Oficjalna uroczystość pogrzebowa ma się odbyć jutro lub pojutrze a w zasadzie nie wiadomo kiedy i czy się w ogóle odbędzie. Prawie pewne za to jest, że będzie tam duchowny z wielką brodą i w tej śmiesznej czapce, chyba że i jego gdzieś po drodze zabiją . Może nawet jacyś oficjele przyjdą, mer, posłowie, dobroczyńcy i złoczyńcy, wszyscy święci i nieczyści… Może będą, może nie, to się okaże. Wszystko tutaj jest niespodziewane i zagrane z bomby, najprawdziwszej w świecie bomby, śmiercionośnej jak ta cała wojna. Taka wojna, gdzie chłopaki walą do chłopaków kałachami, wyrzutniami albo rozrywają się nawzajem z granatników. Albo zabijają strzałem w potylicę i wrzucają do głębokiej jamy. Te chłopaki, które mają szczęście, idą spać z oddziałem. Te chłopaki, które dziś nie miały szczęścia, jadą już do domu. Jadą w plastikowych workach, czasem w kilku bo nie dojdziesz czyja ręka, czyja głowa, czyja noga. W obie strony podróżują teraz takie worki; ich prawdziwa ilość to strzeżona pilnie tajemnica. Dziś wróciło w taki sposób kilkunastu, właśnie w tych obleśnych workach. Ich pożegna ów dostojny klecha z wielką brodą, może mer i politycy, może obcy ludzie, może tylko wrony. Noc zapada nad workami, ma podobny do nich kolor i szeleści tak, jak one.

A Oksany coraz głośniej płaczą. Płaczą i wędrują między mogiłkami. Albo grzebią w rękawiczkach w ciemnych dołach, gdzie pomiędzy stertą rąk i nóg i głów z tą straszną, niemożliwą do pojęcia dziurą, mieszka od niedwna rozpacz. Julki, Leny i Wiktorie, Katie i Swietłany … Ze zdjęć patrzą na nie ich Władkowie, ich Mikołajowie i Dmytrowie, Wasylowie i Wołodie, tacy śmieszni w tym nadęciu mundurowym, tak prawdziwi, że aż nieprawdziwi. To jest nadal jedna całość a nie żadne szczątki; całość, która patrzy z fotografii na swym własnym, improwizowanym grobie. Co pod ziemią, to nieprawda. W grobie leży jakiś obcy worek kości nie mój biedny chłopak. Artem nawet jeszcze się nie golił. Jaki z niego żołnierz, czemu go zabili? To nieprawda. Wszystko to nieprawda.

Oni jednak patrzą z tych upiornych fotografii a ich wzrok oskarża z taką siłą, że bezwiednie spuszczam głowę, mimo że nic złego nie zrobiłem. Patrzy Kostek, który się urodził wtedy, gdy ja zaczynałem studia. Patrzy Michał, urodzony w dniu gdy piłem pierwsze piwo. Patrzy Taras, do którego urodzenia miało minąć jeszcze siedem lat od chwili kiedy po raz pierwszy byłem w Ukrainie. Patrzy w końcu Wasyl, Dima i Kyryło, Igor, Wołodymyr i Konstantyn. Patrzą z każdej strony, nie uciekniesz przed tym wzrokiem. Oby nikt nie uciekł.

To się dzieje tutaj, w Europie, dzieje się naprawdę, tuż na wyciągnięcie ręki od nas. Osiemdziesiąt lat po wielkiej wojnie, która ponoć nauczyła każdy naród ostrożności i pokory a niektóre rany po niej nadal są otwarte. Nigdy więcej wojny – tak mówiono w Ameryce, w Rosji, w Europie i w Japonii, tak mówiono wszędzie przez dziesięciolecia, tak mówiono w kółko i bez przerwy aż ta wojna w końcu do nas przyszła – bo zapomnieliśmy chyba co to znaczy „nigdy”. Doły śmierci. Kule w głowy. Ogień, śmierć, zniszczenie a na końcu rozpacz dziewczyn. Bo ta wojna, tak jak zresztą każda inna, jest kobietą. Świeże kwiaty nie zdążyły jeszcze zwiędnąć. A Oksany nie przestały płakać. Ciała nie zdążyły się rozłożyć- leżą nadal tam, gdzie je złożono lub rzucono. Wiecie, że w Irpieniu okupanci nie wydali zgody na zabranie ciał zabitych ludzi – zwykłych ludzi nie żołnierzy – ze zniszczonych ulic? Trupy miały tkwić i tkwiły na widoku, rozkładając się powoli jako ostrzeżenie i memento. Czy po takim doświadczeniu można jeszcze być normalnym? Celebrować jakieś święta? Ukraina jeszcze długo ich nie zauważy, Ukraina nie przeżyje ich tak, jak to było dawniej. Chrystus nie narodzi się i nie powstanie z martwych, nie popłynie znikąd Gloria ani Alleleja. To nie ludzie ale karabiny z rakietami będą tu świętować tego roku.

W tle zaś, nad stepami dalej się poniesie płacz tych Oksan, Swietłan i Natalii. Płacz słyszalny głównie w nocy – jest głośniejszy od wystrzałów nawet z ciężkiej artylerii.

Nadal słychać pojedyncze ale regularne serie. Znów strzelają więc do siebie dzieci w moro, majkach i afganach. Znów na zachód lub na wschód wyruszy świeży transport czarnych worków, znowu będą tłuc się po cmentarzach nastoletnie narzeczone. Znów przyjedzie gdzieś metropolita, mer i oficjele, znowu ktoś pomacha flagą lub pogrozi pięścią i wystrzeli racę. Znowu komuś urwie nogę, rękę, głowę. Znowu kogoś ktoś zabije i pochowa chyłkiem w czarnym dole. I znów jakiś Aleks czy Witalik spojrzy smutno znad własnego grobu z nieudanej, sztywnej fotografii.

Żeby jeszcze chociaż trochę się uśmiechał z tego zdjęcia.

Autor: Krzysztof Hoffmann