Pan Tomek szedł przez park zamyślony, gdyż rozmyślał o zmianach klimatycznych. Był raczej przeciwny, gdyż nie mógł już słuchać o ociepleniu, ale teraz nową generacją ocieplenia były zmiany klimatyczne i trudno było zaprzeczyć, że klimat się zmienia. Dzisiaj w ciągu pół godziny przeszedł przez trzy lub nawet cztery strefy klimatyczne, nie wychodząc ze swojego parku.
Zaczęło się od upiornie upalnego lata, takiego, którego nigdy wcześniej w Polsce nie było, gdyż temperatura przekroczyła trzydzieści stopni. Później rozpoczęła się gwałtowna burza piaskowo-śmieciowa, która przekształciła się w tropikalną ulewę. A teraz nastała ponura jesień, która pogrążyła jego park w wieczornym mroku.
Trudno mu więc było nie wierzyć w zmiany klimatyczne, jeżeli klimat zmieniał się w takim tempie, ale nadal trudno mu było uwierzyć, że zmiany klimatyczne wynikały ze zmiany klimatu, jeżeli takie zmiany pamiętał niezmiennie, odkąd tylko sięgał pamięcią.
Przez to rozmyślanie o klimacie niemal przegapił panią Zosię. Przechodziła tuż obok, wpatrzona w idącego wraz z nią pana Waldemara. Pamiętając ich ostatnie spotkanie, pan Tomek nawet ucieszył się, że tym razem minęli się tak bezboleśnie. Ale nic z tego, bo oto nagle pan Waldemar rzucił się ku niemu, aby przywitać się z niebywałą serdecznością. Nie tylko długo potrząsał ręką pana Tomka, ale także mocno objął go ramionami i gdyby nie był trochę za niski, zapewne skończyłoby się na męskim całowaniu.
W tej sytuacji nawet pani Zosia poczuła się zmuszona do przywitania pana Tomka pocałunkiem w policzek. Nigdy wcześniej tego nie robiła, więc pan Tomek spróbował skorzystać z sytuacji i podjął desperacką próbę przysunięcia swoich ust do jej karminowych ust. Tym razem się nie udało.
– Myślałem o panu, panie Tomaszu – powiedział pan Waldemar serdecznie i zrobiło się jeszcze dziwniej.
– Pan o mnie?
– Tak. Bo muszę zasięgnąć pana opinii w pewnej bardzo istotnej kwestii – powiedział szeptem pan Waldemar, przybierając jednocześnie pozę wzorowaną na Myślicielu Rodina, gdyby akurat jakiś fotoreporter robił mu zdjęcie z ukrycia. – Bo oczywiście, jak każdy człowiek na pewnym poziomie, moje serce jest zdecydowanie po stronie liberalno-demokratycznej, ale mam też oczywiście bliskich znajomych po drugiej stronie, to znaczy z prawicy. Ludzie na moim stanowisku mają wielu różnych znajomych.
– Z Konfederacji?
– No nie przesadzajmy, mój drogi. Oczywiście ze środowiska umiarkowanej prawicy. Czyli Prawa i Sprawiedliwości oraz okolic.
– To znaczy Rozwój Plus?
– Tak, drogi panie Tomaszu, z obu tych części zrównoważonej prawicy. Bo w obu są ludzie rozsądni i niemal tacy sami. Właśnie dlatego zwracają się do mnie, gdyż mam pewien autorytet intelektualny w tym środowisku, z pytaniem, co mają robić w obecnej sytuacji.
– A co ja mam z tym wspólnego?
– Ależ, panie Tomku, proszę bez tej złośliwej arogancji – wtrąciła się pani Zosia. – Pan Waldemar zaraz wszystko wyjaśni. Proszę nie przerywać, gdy rozmawia z panem wielki człowiek.
Pan Waldemar, gdy usłyszał, że jest wielkim człowiekiem, natychmiast skromnie zaoponował i jednocześnie odruchowo przybrał pozę wielkiego człowieka wzorowaną na Napoleonie lub może nawet na nadczłowieku Nietzschego.
– Bo pan ma nietypowe spojrzenie na różne sprawy, o których wszyscy inni myślą inaczej.
– Właśnie mówiłam panu Waldemarowi, że pan czasami myśli tak głupio jak nikt inny. I nikt inny nawet nie odważyłby się tak pomyśleć.
– Bo widzi pan, panie Tomaszu, normalne myślenie o sytuacji w PiS-ie jest takie, że Kaczyński przed wyborami dogada się z Morawieckim. To byłby manewr strategiczny na miarę Sun Tzu lub Clausewitza. Mistrzowski ruch. Szach-mat dla Koalicji.
– Bardzo sprytne – wykrzyknęła pani Zosia. – Naprawdę zaczynam się obawiać, że Kaczyński znowu wszystkich przechytrzy.
– To prawdziwy mistrz gry politycznej, droga Zosiu. Arcymistrz. Strateg na mistrzowskim poziomie.
– Czyli pan uważa, panie Waldku – pan Tomek nie potrafił się powstrzymać przed zdrobnieniem imienia pana Waldemara – że oni się rozdzielili, aby znienacka się zjednoczyć?
– To nie do końca tak, ale właśnie tak. Moi znajomi od Kaczyńskiego i od Morawieckiego właśnie tak myślą.
– Jeżeli oni są tacy sami, ci pana znajomi, to dlaczego jedni poszli za Morawieckim, a drudzy zostali w PiS-ie?
– Panie Tomaszu, proszę nie żartować. Oni to zrobili dla dobra Polski. Poseł Bodziszek zawsze był podczepiony pod Sasina, a poseł Waniszek związany jest z Budą. Radna Czuburek jest ważna w ekipie Macierewicza, a radny Smoralewski jest związany z Horałą.
– Smoralewski jest od Horały? Myślałam, że od Müllera – zdumiała się pani Zosia.
– To prawda, długo był sekretarzem Müllera, ale rodzinnie jest powiązany z Horałą, bo jego siostra jest przyjaciółką męża kuzynki Horały od strony matki. Takie rzeczy trzeba wiedzieć, gdy funkcjonujesz na odpowiednim poziomie warszawskiej polityki.
– Jeżeli już obmyślili tak genialny plan – przerwał tę rozmowę o wielkiej polityce nieco zdezorientowany pan Tomek – to do czego jestem panu potrzebny ja?
– Bo widzi pan, ja też uważam ten plan za znakomity. Wszyscy tak uważamy. To czysty pragmatyzm polityczny. Jeżeli więc uznam ten plan za znakomity, to będę taki jak wszyscy. Dlatego musi mi pan powiedzieć, co pan o tym myśli. Bo pan zapewne myśli inaczej. Dzięki temu ja też później będę mógł powiedzieć coś innego niż wszyscy inni. Rozumie pan?
– Nie, ale to prawda, że uważam ten cały plan za żałosny.
– Ależ Tomaszu – zakrzyknęła ze zgrozą pani Zosia, która aż zapomniała powiedzieć „per pan” – przecież to klasyczna strategiczna pułapka na Koalicję Obywatelską.
– Jaka tam pułapka. Przez rozstanie z ludźmi Morawieckiego PiS mógłby się wreszcie oczyścić z osób najbardziej odpowiedzialnych za błędy polityki covidowej i ukraińskiej rządów Zjednoczonej Prawicy. Nie wiem, czy to wystarczy, ale byłaby to jakaś szansa. Jeżeli jednak liderzy PiS-u zamiast z niej skorzystać zaczną przed wyborami robić geszefty z ludźmi Morawieckiego, całkowicie pozbawią się wiarygodności.
– Taka jest wielka polityka, panie Tomaszu. To gra o zachowanie przez PiS ponad czterdziestu zaprawionych w boju szabel przed wyborami.
– To są szable zardzewiałe i skompromitowane. Ich braku nikt nie odczuje.
– Panie Tomaszu, słucham tego z prawdziwym zadziwieniem. Czterdziestu posłów mniej to strata, a nie zysk. Jeżeli PiS dogada się z nimi przed wyborami, będzie miał czterdzieści plus. To prosta matematyka.
– Mówiłam ci, Waldemarze, że pan Tomek myśli tak inaczej, iż nie warto go słuchać nawet wtedy, gdy chcesz usłyszeć coś innego.
– W wyborach nie liczą się posłowie obecnego Sejmu, ale wyborcy. Tych czterdziestu posłów obecnego Sejmu, którzy odeszli z własnej woli, to czysty zysk. Oni zrobili miejsce dla polityków nowej generacji. Najważniejsze, co PiS musi zrobić, to oczyścić się przed wyborcami z odpowiedzialności za błędy swoich rządów. Nie wiem, czy zdołają to zrobić. Bo oni wciąż myślą kategoriami polityki szemranej i kapturowej. Dlatego ich wielka polityka nie sięga wyżej niż machloje z Rozwój Plus.
– Zupełne szaleństwo, co pan mówi, panie Tomaszu, ale właśnie o to mi chodziło. Dzięki panu będę wiedział, co powiedzieć znajomym, aby wyróżnić się myśleniem. Bardzo dziękuję.
I pan Waldemar znowu rzucił się w ramiona pana Tomasza na pożegnanie. A pani Zosia znowu, chciała czy nie, musiała pożegnać pana Tomka pocałunkiem. Tym razem się udało. Pan Tomek był przygotowany i tak umiejętnie nadstawił policzek, aby kąciki ich ust się zetknęły.
Gdy więc pan Waldemar odszedł z panią Zosią, pan Tomek jeszcze długo stał, smakując na ustach smak karminowej szminki.
Zostaw komentarz