To będzie post dla porządku, to znaczy podejmę tytaniczny wysiłek wyjaśnienia sprawy fundamentalnej i dla mnie niezwykle ważnej. Zacznę jednak od typowo polskiej zasady: w Polsce, w odróżnieniu od innych krajów, odchodzi się definitywnie ze służb specjalnych. Przynajmniej z cywilnych. Ludzie po prostu zwalniają się, brama zostaje za nimi zamknięta i pies z kulawą nogą nimi się nie interesuje. Chyba, że przestaną siedzieć cicho, wówczas zainteresowanie wraca. Traktuje się go, jak wroga, zakłada sprawę operacyjną i rozpracowuje z całym arsenałem środków, ze źródłami operacyjnymi włącznie. Wydawane są i ścigane dyscyplinarnie kontakty czynnych pracowników z byłymi. Szczególnie prywatne. Stworzono nawet odpowiednie biurokratyczne procedury. Dotyczy to praktycznie wszystkich „starych”, ale i tych nowych, którzy nie pasowali do obowiązującego w czasie danej zmiany układu.

Kończenie pracy w służbach wygląda różnie. W moim przypadku było dwuetapowe: w pierwszym pożegnano mnie z honorami, w drugim – poprzez ciecia. Cały czas otrzymywałem zawoalowane sygnały typu „tylko niech nic nie pisze”. Dlatego też rozróżniam przejście na emeryturę od ustania moich związków z wywiadem. Zawsze byłem niepokorną duszą i mówiłem to, co myślę. I w latach 80-tych i później. To zresztą najmniej ważne. W większości przypadków pracownicy są po prostu traktowani, jak śmiecie, które należy usunąć.

Te mocne słowa niech zilustruje przykład jednej z delegatur. Pewnego dnia po zmianie władzy ludzie przyszli do pracy i na bramie zabrano im legitymacje, oddano rzeczy uznane za osobiste i poinformowano, że „dokumenty zwolnienia” zostaną im „dosłane” pocztą. Miałem w tym mieście ćwiczenia pół roku później. Szef delegatury uprzedzał mnie, żeby ominąć niektóre miejsca w mieście, bo „tam pracują zwolnieni” i natychmiast „wskazują naszych ćwiczącym”.

W roku 2009 realizowałem sprawę i potrzebowałem dotarcia do pewnych gremiów. Poszedłem do emerytowanego kolegi, który dotarcie takie miał. Przyjął mnie serdecznie w gabinecie, pogadał i zaśmiał się: „Piotrek, możemy pójść na wódkę, pogadać prywatnie, ale gdy przychodzisz do mnie, jako pułkownik Piotrek, to spier…ja z tymi ch…nie chcę mieć więcej do czynienia. Wiesz, jak mnie pożegnali.”. Takich przypadków jest dużo. Oczywiście, zawsze istniała też kasta tych, którzy odchodzą i natychmiast znajdują się w „ciekawych” miejscach. Dotyczy to głównie „wielkich i mogących”. Często też oferta pracy na emeryturze, składana przez „szczyszczonych” wcześniej kolegów, wiąże się z działaniem… Mówiąc krótko, należę do ludzi, którzy takie propozycje odrzucali.Po odejściu ze służb człowiek zostaje generalnie sam.

W roku 2010 usiłowałem to zmienić i opracowałem plan polskiej „civvy street” (kiedyś opiszę, jak to wygląda w Wlk. Brytanii). Plan został oczywiście zatwierdzony, ale zrealizowano z niego tylko jeden malutki fragment. Przeprowadzono „szkolenie prawne” dla odchodzących. Polegało to na zebraniu wszystkich w jednej sali, a następnie młodzi ludzie, niejednokrotnie świeżo przyjęci, zaczęli ich straszyć konsekwencjami prawnymi, jeśli nie będą „cisi i spolegliwi” na swoich działkach. Zaprotestowałem i usłyszałem od jednej z dyrektorek: „Co się pieklisz? Trzeba odcinać pępowinę!”.

Dlaczego to piszę? Są dwa powody.
Po pierwsze, nie wiem już, jak przekonać, że ze służbami już nie mam żadnych związków i już nigdy mieć ich nie chcę. jestem wolny. Jestem prywatną osoba i to co piszę można traktować jako głupoty, można się zgadzać lub nie, można się śmiać i na pewno warto podyskutować o tym. Nie można tego tylko uznawać za opinię oficera wywiadu. Raz jeszcze powtarzam i będę powtarzał do znudzenia: nie chcę już nigdy w życiu być oficerem służb specjalnych lub mieć z nimi jakiekolwiek związki formalne lub nieformalne. Podobnie odpowiedziałem ostatnio na pytania, zadane mi przez kilku zwolenników nadchodzącej władzy. Chcecie rady, proszę. Mogę napisać coś, opublikować, a jak wam się spodoba, to porozmawiamy na forach.

Po drugie, zarzucane mi jest pragnienie zemsty. Tak, przyznaje się. Zwykła, małostkowa, typowo ludzka zemsta jest częścią mojej motywacji. Nie główną oczywiście. Nie można przecież pozwolić, by dobrze przeszkoleni ludzie, i to za państwowe pieniądze, zasilali potem rożne dziwne organizacje i nikt tego nie kontrolował. cała wielkość wywiadów USA, Wlk. Brytanii, czy Rosji opiera się w dużej mierze na byłych oficerach. Jakie to powoduje niebezpieczeństwo dla naszego kraju, sami Państwo domyślcie się.

Służba dla kraju zakończyła się dla mnie definitywnie. Teraz i na przyszłość, bo nie do końca wierzę w deklarację pani Beaty Szydło o „otwarciu na wszystkich”. Widzę po jej środowisku oczywisty dysonans z tym stwierdzeniem. Nie oznacza to jednak, by nie interesowało mnie powodzenie i dobro Polski oraz bym do tego nie dążył w swój, pokrętny dla niektórych, sposób i myśląc o zemście, myślę o zakończeniu tych paranoicznych sytuacji. Jednych, zresztą, z wielu.

I na koniec: nie chodzi mi o osoby z moim backgroundem. Wbrew pozorom nas jest niewielu i nie liczymy się zupełnie. W taki sposób traktowani są też ludzie z 20-letnim stażem, 10-letnim, piętnastoletnim i mniejszym. Bez moich obciążeń. To strata ogromna. Dlatego też będę pisał o braku służb, walił prosto z mostu. Nigdy jednak nie ujawnię informacji na temat zwykłych pracowników. O to możecie być spokojni. Nie dlatego, że popełnię przestępstwo, ale dlatego, że szefostwo ukarze ich przede wszystkim.

Pamiętajcie więc nazywam się Wroński. Piotr Wroński. I już nie jestem oficerem wywiadu. I nigdy nie będę.

Piotr Wroński

Piotr Wroński - fot. Julita SzewczykPułkownik Piotr Wroński, pracownik I Departamentu SB, a w III RP oficer UOP i Agencji Wywiadu jest autorem powieści z kluczem „Spisek założycielski. Historia jednego morderstwa” odsłaniającej kulisy działalności bezpieki, w tym m.in. morderstwa bł. ks Jerzego Popiełuszki.