Prezentuję Czytelnikom fragment mojego najnowszego opowiadania pt. „Wyzwalacz”. Nie są to fragmenty kolejne. Chcę, byście Państwo zobaczyli o czym opowiadanie będzie.  Jednocześnie informuję, że są już audiobooki tego opowiadania na stronie radia KChT Radio Ludzi Rozsądnych (tutaj).

„- A ja mogę Piotr? – skinąłem głową, więc mówiła dalej – Wszystkie moje dane są prawdziwe. Praktycznie wszystko, co ci powiedziałam w biurze jest prawdą – spojrzałem na nią z ironicznym uśmieszkiem na ustach i poprawiła się szybko. – No prawie wszystko! Lichodiejew mnie nie werbował i nie spodziewa się telefonu ode mnie. Ambasador też. Musiałam to wymyśleć. Reszta z tego co powiedziałam jest prawdą. Rzeczywiście jestem genetykiem wirusologiem, mam doktorat, przyjechałam tu na spotkanie z rosyjskim wojskowym, któremu dałam materiały, a wizyta dlatego trwała tak długo, bo on musiał je przeczytać i sprawdzić. Ja w tym czasie nudziłam się w sekretariacie, czytając rosyjskie gazety. Pracuję w Wuhan w laboratorium XN11 i wierz mi, Amerykanie by mnie ozłocili, gdyby tylko wymieniła ten kryptonim, ale do nich. nie pójdę, bo część z nich tkwi w tym wszystkim – dodała, odczytując jakby moje myśli. – Do Rosjan też ani do Niemców.
– Dlaczego? – przerwałem.
– Poczekaj! – pokręciła głową – Najpierw jeszcze jedno. Masz rację. wiem, że się domyślasz. Pracuję także w naszym wywiadzie i mam stopień odpowiadający waszemu porucznikowi. Nie jestem pracownikiem operacyjnym, ale oficerem… – szukała słowa.
– Zewnętrznym – podpowiedziałem.
– O tak! – uśmiechnęła się z wdzięcznością – Po ostatnim roku studiów zaczęłam od razu doktorat, Wtedy zaproponowali mi pracę w Wuhan, zasugerowali nawet temat pracy. Nie chcieli mnie werbować, tylko od razu ukadrowili. Przeszłam szkolenie indywidualne. Pół roku. Tylko sprawy techniczne. Wykrywanie obserwacji, technika, łączność, w tym tradycyjna. Nic związanego z werbunkiem i obsługą źródeł. Nie po to im byłam potrzebna. Miałam robić karierę naukową i pracować w tym wojskowym laboratorium.
– O czym pisałaś tę pracę? Rozumiem, że pracujesz przy jakiejś broni. Brudna bomba, czy co? Nie znam się na tym i chyba nie jestem właściwym adresatem…
– Nie musisz się znać na szczegółach naukowych, ale na pewno zrozumiesz ideę – przerwała mi – Masz u nas swoją teczkę. Przeczytałam ją przy okazji wpadki z fotografem. Chcieli wiedzieć, czy gracie nim i jak go się pozbyć. Przy okazji myśleli o tobie. Odpuścili, bo nie mogli zrozumieć, dlaczego tego nie wykorzystaliście.
– Nie do mnie to pytanie – westchnąłem. – To był tylko odprysk rosyjskiej sprawy i przekazaliśmy ją do innego wydziału. Od ciebie, Lin, dowiaduję się, że nic się nie działo dalej. Co z tym fotografem? Zwykła ciekawość.
– Nic – wzruszyła ramionami. – Opracowałam wirusa, który miał wywołać u niego zapalenie osierdzia, ale nie podano mu go, bo sami go wsadziliście. Mielibyśmy bezpośrednie dojście do waszego prezydenta, nic z tego nie wyszło i sami uczyniliście go niegroźnym.
– Nie pytam już skąd wiedzieli o mnie tyle i co było w tej charakterystyce, bo i tak nie znasz źródeł, a charakterystyki mogę się domyśleć – mówiłem i myślałem, jak to sprzedać Andrzejowi, by ukryć Lin. – To, co ty tam robisz, w tym laboratorium?
– Tytuł mojej pracy doktorskiej brzmiał „Rozpoznawanie wieku genetycznego przez receptory wirusa SARS”. Była tajna – brzmiała poważnie i znowu strasznie smutno. – Obecnie pracuję w zespole, który zajmuje się zbudowaniem agenta, wirusa, który zaimplementowany do organizmu, rozpozna wiek genetyczny osobnika oraz słabe punkty systemu odpornościowego, a następnie zaatakuje przez te punkty cały system. U jednych spowoduje gwałtowną chorobę płuc, u innych zapalenie opon mózgowych, a jeszcze u innych zaatakuje trzustkę lub węzły chłonne. To tylko przykłady, które zilustrują ci o co chodzi, Piotrze. W rzeczywistości, to bardziej skomplikowane. Wirus-agent ma zostać wszczepiony odpowiedniej grupie ludzi, a następnie uruchomiony wyzwalaczem. Prace nad wyzwalaczem właśnie są na ukończeniu.
– To jakieś science-fiction – wstałem z fotela. – Ty chyba nie palisz. Wyjdę na balkon. Nie paliłem od ponad godziny, a to dla mnie wieczność.
Skinęła głową. Stanąłem na balkonie i zapaliłem. Zaciągałem się mocno. Miałem mętlik w głowie. Zlustrowałem otoczenie, by uspokoić myśli i przy okazji sprawdzić czy nikt nie obserwuje mieszkania. Nic podejrzanego nie zauważyłem.
– Ale po co mi to mówisz? Co ja mam zrobić? – powiedziałem po powrocie do pokoju, nie zwracając uwagi na to, że Lin drzemała na fotelu, a mój głos sprawił, że gwałtownie wróciła do rzeczywistości.
– Co? – ocknęła się – Przepraszam. Musimy razem coś wymyśleć – powiedziała beztrosko. – Po to do ciebie przyszłam.
– Czy ty jesteś …- zacząłem.
– Jestem i to całkowicie – przerwała mi. – Ty też jesteś normalny, a normalni ludzie, gdy się obudzą zrobią wszystko, by wyeliminować zło, lub naprawić to, które wyrządzili – zauważyłem łzy w jej oczach. – Przetestowaliśmy wirusa na więźniach. W Chinach nie trudno o więźniów. Za dwa dni zaczną testy na Ujgurach, potem wywołają epidemię w Wuhan, a później na świecie. To początek. Doprowadzą do kryzysu, zamieszek, a w końcu zaaplikują wyzwalacz i wykończą określoną część populacji – zaczęła płakać i wtedy zorientowałem się, że mówi prawdę i jest wykończona, a jej udawany spokój pożarł resztki nerwów.
– Nie maż się! – podszedłem do niej i delikatnie dotknąłem dłoni – To brzmi niczym jakaś teoria spiskowa. Po co to wszystko?
– Ludzi jest za dużo – powiedziała przez łzy. – Za dużo kosztują ich wieczne wojny, emerytury, choroby. Buntują się i zagrażają wielkim. Nasz wywiad pozwolił CIA wykraść część informacji o wirusie-agencie, którym ludzie na świecie są truci od dwóch lat. Amerykanie wpadli w panikę i chcą wojny, ale nie zdążą. Za miesiąc, w małym alpejskim miasteczku zbierze się grupa kilku ludzi, mających większość pieniędzy tego świata. Ustalą tam kogo zawiadomić, jaki procent populacji świata zabić, pewnie zawiadomią niektórych polityków, a oni zrobią listy śmierci i listy życia. Słyszałeś o NWO?
– Bzdura! – żachnąłem się – To tylko teoria spiskowa. Tak jak antyszczepionkowcy.
– Też tak myślałam, dopóki nie zaczęłam pracować w XC11 – ścisnęła moją dłoń – Za miliard dolarów WHO zatwierdzi wszystko – puściła moją rękę.
– Ale co mam zrobić? – kręciłem głową – Nie pozabijam ich wszystkich! Nie jestem komandosem!
– Coś wymyślimy, Piotrze – mówiła bardzo cicho -W tym tablecie jest kilka dokumentów i moich. notatek. Po angielsku. Hasło masz na dolepionej kartce. Potem i tak trzeba będzie wszystko zniszczyć. Przeczytaj. Będziesz wiedział więcej i może coś wymyślisz, razem wymyślimy”

Kolejny fragment opowiadania SF pt. „Wyzwalacz”. Nie są to fragmenty kolejne. Chcę, byście Państwo zobaczyli o czym opowiadanie będzie. Uwaga! To okrutny fragment.

„Czytałem dokumenty zebrane przez Lin i czułem się jakbym czytał scenariusz filmu katastroficznego o końcu świata. Właściwie o końcu świata, który znamy i zastąpienie go swoistą korporacją ludzkości, w której każdy będzie jedynie automatem, wykonującym bezmyślnie polecenia stojących wyżej, modyfikowanych genetycznie do określonych ról społecznych. Koszmar! Przejrzałem szybko dokumenty Lin zawierające rozwiązania naukowe. Nic i tak z nich nie rozumiałem, chociaż do oryginałów Chinka dołączała za każdym razem angielskie tłumaczenia. Niestety, pisane były hermetycznym językiem nauki i nic z nich nie zrozumiałem poza konkluzjami. Wynikało z nich jednoznacznie, że XN11 zajmuje się manipulacjami genetycznymi i eksperymentuje na żywych ludziach. Eksperymenty te podzielone zostały na dwie grupy o nazwach, które Lin przetłumaczyła jako „Grupa Kształtowania” i „Grupa Eliminacji” i umieściła w odpowiednio zatytułowanych katalogach. Na swoje nieszczęście zacząłem od katalogu „Grupa Kształtowania”. Kilkakrotnie przerywałem czytanie, by wyjść na balkon i ochłonąć. Miałem ochotę krzyczeć, strzela, chciałem nawet obudzić śpiącą w sypialni kobietę i wymierzyć sprawiedliwość. Powstrzymałem się jednak, gdy zrozumiałem, dlaczego w tym wszystkim tkwiła. Ona też była ofiarą.
„Kształtowanie”, mówiąc ogólnie, polega na modyfikacji genomu człowieka tak, by wytworzyć odpowiednie kategorie ludzkie przeznaczone do określonych zadań. Ma powstać nieliczna klasa intelektualistów-przywódców, klasa strażników i najliczniejsza klasa pracowników. Każda z klas ma mieć swoje podklasy, zależnie od potrzeb chwili, jeśli trzeba będzie pracowników fizycznych, to rodzić się będą tylko dzieci o odpowiednich parametrach. Klasy będą oddzielone od siebie, bo nie da się mieszać genomów. W jednym z dokumentów opisane były badania, które wskazywały na to, iż po modyfikacjach przedstawiciele różnych klas mogą ze sobą płodzić tylko „osobniki bezwartościowe”, czyli kalekie. Oglądałem zdjęcia kobiet w ciąży, podpisane symbolami próbek, które im wstrzyknięto. Potem były zdjęcia płodów, noworodków i dzieci. Widziałem zniekształcone ciałka z opisem cech genetycznych, potworne wynaturzenia, noworodki o pustych oczach i widocznych uszkodzeniach. Widziałem też dzieci, które żyły, lecz wyglądały niczym ucharakteryzowani statyści, grający w najstraszniejszym horrorze świata. Jedno zdjęcie zapamiętałem szczególnie. Nie należało do tych najpotworniejszych, ale wywoływało o wiele większe przerażenie niż obrazy okaleczeń i zniszczeń. To były, właściwie, trzy zdjęcia. Przedstawiały siedzące, leżące i stojące dziecko. Każde było podpisane następującym tekstem: „Zju, lat 1,5, klasa IIIE, grudzień 2017, przyrost 150% rocznie”. Dodany też był symbol kodowy substancji, którą, jak zrozumiałem, podawano matce w ciąży, a także dziecku. Zdjęcia przedstawiały nagiego chłopca o masie mięśniowej o wiele większej niż wskazywałby na to jego wiek, długich rękach i nogach zakończonych zbyt dużymi, szerokimi stopami, dzięki którym utrzymywał stabilną pozycję stojącą. Nie miałjąder. Z ciała wyrastał narząd przypominający penisa. Domyśliłem się, że służy wyłącznie do oddawania moczu. Nad górą mięśni, z krótkiej i grubej szyi wystawała nieproporcjonalnie mała głowa. Rozchylone usta ukazywały zaostrzone zęby, nad ustami niewielki nos i oczy. Właśnie! Oczy! Nigdy jeszcze nie widziałem tak pustego spojrzenia. Żadnych uczuć, żadnego wyrazu! Zupełnie jak wzrok umarłego, który nie wie jeszcze, że nie żyje, a już nie odbiera świata, a tylko proste bodźce rejestrowane przez resztkę znikającej świadomości. Widziałem już takie spojrzenie trzydzieści pięć lat temu, gdy moje dziecko umierało na moich rękach. Ten obraz prześladuje mnie do dzisiaj. Zamknąłem katalog i przez pól godziny siedziałem nie myśląc o niczym, by wreszcie powrócić do rzeczywistości.”

Pragnę podkreślić, że Piotr Michał Wójcik zrobił mi grafikę do „Wyzwalacza”. Jego okładki ma Holub. Ta będzie trzecia i jest już w audiobookach. Całość opowiadania odsłuchasz na stronie radia KChT Radio Ludzi Rozsądnych (tutaj).