Polityka zagraniczna nowożytnych Węgier odeszła od dziedzictwa chrześcijańskiego, świętostefańskiego i została oparta przede wszystkim na madziarskim etnosie. Gdy w XIX wieku zaczęła odradzać się węgierska państwowość — początkowo w ramach Austro-Węgier — Madziarzy wybrali orientację proniemiecką. I, co warto podkreślić, trwają przy niej do dziś.

Związki z Niemcami — rozumianymi konkretnie jako Berlin i wcześniej Prusy — były silne i konsekwentne. W pewnym sensie Budapeszt bywał nawet bardziej proniemiecki niż sam Wiedeń. Ten kierunek utrzymano zarówno w epoce Horthy’ego, jak i po wyjściu Węgier spod dominacji sowieckiej.

Nie była to jednak postawa bezrefleksyjna. W odróżnieniu od Czechów, często określanych jako „niemieccy habachtmelderzy”, Węgrzy starali się prowadzić grę bardziej pragmatyczną — wykorzystywać relacje z Niemcami do realizacji własnych interesów. Czy skutecznie? To już kwestia oceny. Z polskiej perspektywy — raczej nie.

Madziarski etnonacjonalizm, który wzmacniał tę orientację, szedł w parze z wyraźną nieufnością wobec Słowian. A przecież to właśnie w ramach monarchii świętostefańskiej Węgrzy przez wieki współtworzyli wspólną przestrzeń polityczną z ludami słowiańskimi. Ten wątek został jednak w nowoczesnej polityce węgierskiej w dużej mierze odrzucony.

Relacje z Rosją?

W praktyce wtórne wobec relacji niemieckich — zależne od tego, jak układały się stosunki Berlin–Moskwa.
Polacy stanowili pewien wyjątek — ale głównie na poziomie emocji, gestów i historycznej kurtuazji. W realnej geopolityce nasze drogi niemal zawsze się rozchodziły. Sympatia — owszem. Wspólnota interesów — znacznie rzadziej.

I tak jest od półtora wieku.
Ostatnie wydarzenia polityczne na Węgrzech raczej tego nie zmienią. Jeśli już, mogą jedynie pogłębić dotychczasowy kurs — niezależnie od tego, kto stoi na czele państwa.