Niestety – Jacek Saryusz-Wolski myli się! Wypowiedzi osób takich jak np. p. Hubert Łuczyński wskazują wyraźnie, że wielu Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że głębokie wydrenowanie kompetencji państwa narodowego oznacza de facto utratę suwerenności, lecz uważają oni to za coś koniecznego, wynikającego z „ducha dziejów”.
Element myślenia heglowskiego jest to jaskrawie widoczny. Opór uważają oni zatem za niecelowy, wręcz niebezpieczny.
Dominuje pogląd, że należy ulec „nieuchronnemu” bez walki, nawet bez próby postawienia veto na Radzie Europy (gdzie musiałoby one przecież być skuteczne w ramach obecnych traktatów!).
Ja tego pojąć nie umiem. To, że wystarczyło 25 lat, żeby postkomuchy wychowały sobie pokolenie kompletnie wyzute z idei narodowej i patriotyzmu, które z przekonaniem opowiada się z dobrowolnym czwartym rozbiorem Polski, to jakiś koszmar!
Przeklejam tu ważny komentarz p. Piotra Gila:

===========
Jako socjolog oraz doktorant, który swoją dysertację doktorską poświęcił problematyce tożsamości narodowej Polaków w kontekście bezpieczeństwa narodowego RP, chciałbym stwierdzić, że podjętego powyżej problemu nie da się rozwikłać za pośrednictwem jednej i jednoznacznej diagnozy. Problem jest bowiem równie skomplikowany jak sama istota tożsamości narodowej.
Trudno jest problem ten uchwycić w całej jego złożoności, a ja z pewnością nie uważam się za osobę do tego kompetentną, gdyż fenomen przemian, słabnięcia i zaniku tożsamości narodowej badało i bada niezliczone grono uczonych z całego świata i mimo to nie powstał dotąd jego wyczerpujący obraz. Można jednak wskazać na kilka ważnych jego aspektów, tak by choć w zarysie ukazać wspomnianą złożoność.
Przede wszystkim, nie można tracić z pola widzenia najbardziej fundamentalnego faktu jakim są trwające od dziesięcioleci zmiany cywilizacyjne, mające swoje źródło przede wszystkim w procesie globalizacji. W tym miejscu należy podkreślić, że procesy tego rzędu nie były, nie są i nigdy nie będą w pełni sterowne. Mamy oczywiście do czynienia z wieloma podmiotami polityki międzynarodowej, które dysponują możliwościami kreowania wydarzeń na skalę globalną, a do których można zaliczyć rządy światowych mocarstw i podlegające im instytucje wywiadowcze, transnarodowe korporacje, wielkie fundusze inwestycyjne, globalne media czy czołowe organizacje pozarządowe. Tacy gracze potrafią z pewnością oraz dysponują środkami dostatecznymi z punktu widzenia kreowania wydarzeń i kształtowania postaw jednostek i całych społeczeństw na całym świecie.
Nie znaczy to jednak, że wszystko, co dzieje się na świecie, wymaga pociągnięcia za sznurek przez jednego z nich, a bez tego pociągnięcia życie ludzkie znajdowałoby się w zastoju. Globalizacja i idące w ślad za nią zmiany cywilizacyjne działają w dużej mierze na podstawie mechanizmu inercji. Pewne czynniki, raz wprowadzone do systemu, zaczynają działać i oddziaływać w sposób samorzutny, a wywołana przez nie zmiana posuwa się naprzód napędzana dynamiką samego życia społecznego.
Od kiedy w naszym społeczeństwie pojawiła się możliwość prowadzenia innego stylu życia niż miało to miejsce za czasów komuny, a to z uwagi na wybudowane w naszych miastach przysłowiowe restauracje McDonald’s i galerie handlowe oraz inne świątynie konsumpcji, jak również dzięki dostępowi do kultury masowej, mediów społecznościowych, niezliczonych gadżetów elektronicznych oraz wszelkich innych artefaktów kulturowych, nasza jednostkowa i zbiorowa świadomość uległa nieodwracalnej zmianie.
Czy to nam się podoba czy nie, nie ma już powrotu do czasów, w których przeciętny Kowalski spędzał niedzielne popołudnie (po powrocie z Mszy Świętej) z rodziną na wertowaniu starych albumów i książek historycznych oraz kontemplowaniu losów narodu i państwa polskiego. Dziś to popołudnie jest spędzane w aqua parku, na oglądaniu Netflixa lub przy partyjce modnych gier planszowych. Kontemplowane są natomiast raczej losy bohaterów ulubionego serialu tudzież przekątna ekranu nowej plazmy do salonu, lecz nie dylematy i wyzwania polityczne, przed którymi stoi Rzeczpospolita.
Ktoś może powiedzieć, że jest tak, bo tak właśnie zażyczył sobie np. Klaus Schwab czy George Soros. I może nawet po części jest to prawda. Lecz niezależnie od tego, życie ludzkie ma swoją własną dynamikę i dotyczy to nie tylko współczesności, lecz także całokształtu dziejów ludzkich. Przełomowe zmiany cywilizacyjne nie są typowe jedynie dla współczesności, a gdy circa 300 i więcej lat temu rozpoczynały się procesy mające położyć podwaliny pod społeczeństwo, w którym przeciętny zjadacz chleba będzie posiadał umiejętności czytania i pisania oraz dostęp do książki, a następnie gazety i radia, nikt nie mógł przewidzieć, że skończy się to upadkiem ancient regime i nastaniem ery państw narodowych. Lecz tak się właśnie stało, a dokonało się to w skutek owych wielkich procesów cywilizacyjnych, które nigdy do końca nie mogą być kontrolowane przez ludzi, choćby tych najpotężniejszych. Warto zatem o tym pamiętać i nie przeceniać kwestii sprawczości ludzkiej.
Trzeba natomiast przyznać, również nolens volens, że skutkiem owych procesów są często zmiany, które należy uznać za bardzo niepożądane z punktu widzenia trwania i przetrwania państw narodowych, a są one tym gorsze, gdyż dotyczą one dwóch fundamentalnych aspektów postaw o charakterze nacjonalistycznym.
Tutaj na wstępie pragnę zaznaczyć, że posługuję się tym pojęciem w sposób zgodny z jego znaczeniem zasugerowanym przez jednego z najwybitniejszych badaczy tego fenomenu, za jakiego należy uznać zmarłego w 2016 r. brytyjskiego socjologa Anthony’ego D. Smitha, a który rozumiał nacjonalizm jako „an ideological movement for attaining and maintaining autonomy, unity and identity on behalf of a population deemed by some of its members to constitute an actual or potential 'nation” (Smith, 1991:74). Odrzucam tym samym z góry wszelkie intelektualne aberracje stawiające znak równości pomiędzy nacjonalizmem i faszyzmem jako niewarte marnowania na nie uwagi i czasu.
Wracając do meritum po tej krótkiej dygresji, należy najpierw zwrócić uwagę na kwestię, którą implikuje powyższa definicja, a zatem na przyjęcie aktywnej postawy względem własnej wspólnoty narodowej oraz ojczyzny. Postawa ta powinna obejmować żywe interesowanie się ich losem, praktyczne zaangażowanie na rzecz poprawy tego losu oraz gotowość do poświęcenia własnej osoby w celu obrony tegoż narodu i ojczyzny przed wszelkimi zagrożeniami, tak jak czynili to nasi przodkowie w czasach zaborów i wojen. Niestety wspomniane zmiany cywilizacyjne prowadzą do rugowania tego typu postawy czy też zbioru postaw i tym samym podkopują pierwszy z fundamentalnych wymiarów nacjonalizmu, który Michael Billig określiłby jako „gorący”.
Mówiąc mniej oględnie, współcześni Polacy en masse nie przywiązują dużej wagi, a już z pewnością nie zamierzają rezygnować ze „zdobyczy cywilizacyjnych” (przede wszystkich tych stricte materialnych) na rzecz coraz bardziej abstrakcyjnej i coraz mniej dla nich istotnej kategorii „racji stanu”. Co gorsza, jest to niestety także funkcja zjawiska, które osobiście i na własny użytek określam mianem „depolityzacji”, a przez które rozumiem zanik niezbędnych pełnieniu roli obywatela zdolności moralnych i intelektualnych (co zaś znaczy być obywatelem wyjaśnił przed wiekami znakomicie Arystoteles, a wyjaśnienie to nie zestarzało się w moim przekonaniu ani trochę – ba, szczególnie dziś, w obecnej sytuacji międzynarodowej, jest aktualne jak może nigdy wcześniej).
Trudno stwierdzić którymi z tych warunków bycia obywatelem Polacy dysponują w mniejszym stopniu, byłbym jednak skłonny stwierdzić, że zachodzi tu remis ze wskazaniem niestety na warunki moralne, gdyż przedkładanie dobra osobistego nad dobro wspólne zaobserwować można z dość dużą łatwością. Mówiąc brutalnie, dziś dla Polaka liczy się przede wszystkim pełna micha, a czy będzie ona zapełniona strawą pochodzącą z polskiego czy unijnego garnka, to już rzecz drugorzędna.
Ów prozaiczny garnek pojawił się tu z jednego jeszcze powodu. Jeśli przymiotnik „prozaiczny” podmienimy na inny, a dokładniej „banalny”, to otrzymamy nawiązanie do drugiego kluczowego wymiaru nacjonalizmu, o którym pisał przywoływany wcześniej Billig, a którym jest nacjonalizm „banalny” (tak też brzmi tytuł jego słynnej książki) lub inaczej „chłodny”. Inaczej mówiąc, nacjonalizm czy też, dla osób odczuwających w dalszym ciągu gęsią skórkę na dźwięk tego słowa, ideologia i / lub sentyment związany z poczuciem przynależności do narodu oraz troską i praktycznym działaniem na rzecz jego dobra, musi znajdować swój wyraz w życiu codziennym. Mówiąc naukowym żargonem, musi on podlegać „aktualizacji”.
Można tu stwierdzić, że tożsamość narodowa oraz płynące z niej pożytki dla bezpieczeństwa narodowego to domena tyleż strategicznej polityki państwowej, co owych „banalnych” i codziennych czynów zwykłych obywateli. Ilustracją tego aspektu może być np. sytuacja na granicy polsko-białoruskiej oraz toczący się w przestrzeni medialnej spektakl na jej temat z udziałem celebrytów. Zadaniem państwa i jego instytucji jest wywiązywanie się ze swoich obowiązków w zakresie polityki bezpieczeństwa i obronności, a przy tym podejmowanie działań na rzecz objaśniania obywatelom natury wyzwań, ryzyk i zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego RP wynikających z sytuacji w środowisku międzynarodowym. Działalność ta będzie jednak skazana na przegraną bez wsparcia ze strony obywateli i bez przejawiania przez nich postaw wynikających z ich tożsamości narodowej i ukierunkowanych na wspierania polskiej racji stanu i bezpieczeństwa narodowego.
W wymiarze praktycznym nawet tak prosty czyn jak komentarz w mediach społecznościowych z poparciem dla polskich funkcjonariuszy mundurowych i jednoczesnym potępieniem osób lżących ich godność ma swoje znaczenie. A przykładów takich codziennych czynów, składających się na wymiar owego „banalnego” nacjonalizmu, budującego wszelako glebę dla całościowej, ogólnospołecznej postawy Polaków względem ich wspólnoty narodowej i ojczyzny, można wyliczyć więcej.
Podsumowując ów przydługi nieco wywód, można stwierdzić, że dopiero taka codzienna i konsekwentna „praca u podstaw”, wsparta odpowiednim „zapleczem” aksjologicznym i intelektualnym oraz odpowiednią polityką państwa i jego instytucji (realizowaną w wymiarze strategicznym), może przynieść odpowiednie skutki w obliczu takich zagrożeń jak federalizacja UE.
Zostaw komentarz