Wszyscy od wielu lat, praktycznie przez całe 25-lecie, dyskutują, reformują i kłócą się o odpolitycznienie służb specjalnych, rozumiane często jako „odpartyjnienie”. Każda zmiana mówi o apolityczności, ale błyskawicznie obsadza stanowiska najwyższe i nie tylko. Wszyscy też w kółko rozprawiają o fachowcach, lejąc łzy, gdy nowa władza zwalnia funkcyjnych. W naszym systemie służby podlegają premierowi, a więc partyjnemu rządowi, czy tego chcemy, czy nie.

Dlatego między bajki należy włożyć szefa, twierdzącego, że jest „apolityczny” po oddaniu legitymacji partyjnej, albo mianowanego wraz z grupą przyjaciół przez aktualna ekipę. W naszym systemie szef służby zawsze będzie funkcją polityczną. I dobrze. Niech sobie będzie.

Chodzi o wytworzenie mechanizmów zabezpieczających resztę służby przed nadmiernymi ingerencjami owego szefa oraz „ustawianiem swoich”. Szef ma służyć jedynie do skutecznego pośredniczenia pomiędzy władzami państwowymi, a rządem, czyli administrowania oraz pilnowania, by żadna ze stron nie naruszyła interesu państwa. Państwa, a nie służby. Pojęcie „dobra służby” winno na zawsze zniknąć z ustaw i rozporządzeń wewnętrznych, gdyż interes służby bywa czasem rozbieżny z interesem kraju. Nie wynika to ze złej woli kogokolwiek, ale raczej z tendencji budowania wokół instytucji państwowych tajemniczej otoczki, będącej konglomeratem teorii spiskowych oraz domysłów i fantazji.

Służby specjalne to nie tytuł filmu, serialu, to nie widowiskowy spektakl a la James Bond, to nie emocjonujące historie, które „łykają” dziennikarze od oficerów, posiadających większe zdolności aktorskie niż ich koledzy. To tylko instytucje, urzędy państwowe, podlegające tym samym patologiom i ograniczeniom, pracujące na zimno, bez zbędnych emocji i według określonych procedur, zależnych od wymagań kontrahenta. Tu, kontrahentem jest państwo, a służby są jedynie jednostkami usługowymi. Wykonują bardziej skomplikowane zadania w bardziej skomplikowany sposób niż inne instytucje, ale zawsze wypełniają rozkazy oraz realizują potrzeby dysponenta, czyli państwa. Dodam jeszcze, że istnieją moim zdaniem tylko dwa rodzaje służb specjalnych: wywiad i kontrwywiad. Reszta to law enforcement agencies, lub po polsku – służby policyjno-fiskalne. Niestety, media działają jak tabloidy i wszędzie widzą super agentów, co generuje fałszywy obraz u publiczności.

Powiem szczerze, nie wiem jak to osiągnąć. Każdy z „reformatorów” głosił swoje rozwiązania, a potem żal było patrzeć, jak nic z tego nie wychodzi i kolejna szansa została zmarnowana. Wiem jedno: proces odpolityczniania służb jest procesem długotrwałym, wymagającym niepopularnych dla rządzącej formacji decyzji politycznych, organizacyjnych oraz konkretnego, precyzyjnego określenia jakie i do czego te służby są potrzebne. Ostanie wymaga z kolei przeformatowania lub opracowania od nowa kontrwywiadowczej charakterystyki terenu (critical infrastructure security, jeśli ktoś woli obcy język), która, wbrew swej nazwie, winna dotyczyć także wywiadu. Zostawmy to teraz. Podobnie dajmy spokój następnemu magicznemu hasłu „opcja zerowa”, bo bez posunięć zaznaczonych skrótowo wyżej nic ta opcja nie załatwi.

Może warto zacząć od bardzo prostego, wręcz trywialnego posunięcia. Czysto formalnego, ale posunięcia formalne w biurokratycznym świecie instytucji państwowych. Proszę jednocześnie o Wasze zdanie, nawet jeśli wyda się to Wam kompletnym wariactwem. Obecnie funkcjonariusz służb specjalnych jest pozbawiony biernego prawa wyborczego. Nie może też być członkiem żadnej partii politycznej i to już w momencie procesu rekrutacyjnego. Z tych praw demokracji rezygnuje dobrowolnie każdy, składający „papiery”. To słuszne, ale niepełne, ponieważ oddanie legitymacji partyjnej przed wejściem w „karuzele rekrutacyjną” nie oznacza bycia bezpartyjnym. Może więc, warto ustawowo określić okres „bezpartyjności” albo nawet zrezygnować z takich kandydatów. Ważniejsze jest dla mnie co innego: dołożenie do praw obywatelskich, z których musi zrezygnować kandydat do służby, czynnego prawa wyborczego. Akt głosowania jest aktem politycznym. Wyborca opowiada się za konkretną opcją i jej programem. Załóżmy, że ktoś identyfikuje się mocno z PO, ma do tego prawo, a wygra PiS (było odwrotnie). Oczywiście, nie uważam, iż to spowoduje, że będzie pracował lepiej lub gorzej, lecz sam byłem świadkiem wielu rozterek moich młodszych kolegów oraz sporów politycznych, które w służbach specjalnych nie mogą mieć miejsca.

Ludzi trzeba nauczyć apolityczności. Skoro pracujemy dla państwa, to nie jest istotne, jaka partia nim rządzi, o ile ta partia nie jest organizacją totalitarną. Możemy mieć własne poglądy, ale dla funkcjonariuszy służb państwo jest podstawowym wyznacznikiem poglądów. Nie partia polityczna, a państwo. Nie piszę o uwarunkowaniach psychologicznych jednostek, socjologii oraz o innych organizacjach poza wywiadem i kontrwywiadem. Nie wspominam świętej pamięci służby cywilnej, bo to był wyjątkowo nieudany eksperyment i szybko został przez polityków zniszczony. Uważam również, iż czasem formalne rozwiązania biurokratyczne wymuszą na instytucji państwowej, urzędzie państwowym odpowiednie zachowania jego pracowników, by następnie wykształcić kadrę odporną na układy polityczne.

To tylko jedna z propozycji. Jestem świadomy, że musi być wsparta innymi, ale od czegoś trzeba zacząć. Raz jeszcze powiem: urzędników państwowych trzeba nauczyć apolityczności, czasem przez wymuszenie. Dotyczy to również funkcjonariuszy służb specjalnych bez względu na stopień i stanowisko, którzy takimi urzędnikami są, nawet jeśli tego nie chcą, bo tak mówi ustawa. Pamiętajcie, że James Bond był też urzędnikiem państwowym.

Dodam, że problem leży w przestrzeganiu i stosowaniu prawa przez szefów urzędów centralnych, wykonywania ustaw oraz wzajemnych sprzeczności pomiędzy aktami prawnymi. Tak zwykle się dzieje w kraju, w którym każdą czynność człowieka chce się opisać i wtłoczyć w ramy ustawowe. Dajmy temu spokój. Nadal uważam, że pewne rozwiązania biurokratyczne są konieczne.

W środę (16.09.2015r.) programie Bogdana Rymanowskiego był młody, dobrze ubrany i pewny siebie młody człowiek, rzecznik, który zapytany o kondycję służb odpowiedział sakramentalną frazą: „O służbach im ciszej tym lepiej”. W ten sposób uniknął odpowiedzi na trudne pytania, ponieważ nawet nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Irytuje mnie ta fraza. Albo traktujemy służby specjalne, jako istotny element administracji państwowej (tak mówią ustawy), albo tworzymy zamknięte twierdze, do których wstęp mają jedynie nieliczny, dopuszczeni szczęśliwcy, potęgując dziennikarskie bzdety o spiskach, tajnych stowarzyszeniach, które działają na rzecz jakiegoś nadrzędnego interesu, często sprzecznego z interesem państwa oraz posiadają haki na absolutnie wszystkich. Niestety, byli i obecni szefowie potęgują tylko takie myślenie o służbach specjalnych w swoich aktorskich wystąpieniach. Nie chodzi mi, by w publicznej dyskusji ujawniać wszystkie tajemnice. Takie kwestie, jak liczba pracowników, ich tożsamość (tu poszedłbym dalej niż obecnie i jawnym uczynił tylko szefa), niektóre obiekty, budżet (W UK budżet wywiadu jest ujawniany co roku tylko w części ogólnej), szczegółowe obiekty zainteresowań oraz oczywiście aktywa osobowe i poza-osobowe muszą być bezwzględnie ściśle tajne. Nie oznacza to jednak, że należy podchodzić do służb z paranoicznym wręcz „strachem”.

Moim zdaniem całą obecna dyskusja nie najmniejszego sensu, ponieważ prowadzona jest cały czas w/g podanej wyżej frazy i ogranicza się do personaliów, czyli, który generał wykopie którego i czy będzie opcja zerowa, czy nie. Tymczasem, jest absolutnie nieważne, czy wróci były szef i znów mu się nie uda, czy zostanie dotychczasowy „fachowiec”, bo przekona nadchodzącą władzę, że poprzednia mu „zabraniała”. Paradoksalnie, najmniej odpowiadają za stan służb są wszyscy byli i obecni szefowie, gdyż najwyższa władza państwowa od 25 lat kumulowała jedynie wewnętrzne patologie, nie mając pojęcia, co z tymi służbami zrobić i często (szczególnie ostatnio) działała w myśl zasady „musimy mieć służby specjalne, bo wszyscy je mają, więc i nam mieć takowe wypada, a my nawet nie będziemy do nich wtrącać”. Winą szefów jest tylko to, albo aż to, że nie wszyscy mieli odwagi przeciwstawić się takiemu myśleniu, pielęgnując jedynie dobro własnych stołków. Ci, którzy taką odwagę mieli,byli szybko odwoływani, rezygnowali sami, bądź stawali się obiektem nienawistnej i ośmieszającej kampanii. I teraz, przed zmianą, jest podobne. Aha, dla mnie służby specjalne to tylko wywiad i kontrwywiad. Reszta to law enforcement agencies, czyli służby policyjno-fiskalne i porządkowe. Będę to powtarzał za każdym razem.

Istnieją trzy podstawowe sprawy, które w dyskusji o reformie służb trzeba najpierw określić, a dopiero potem podejmować decyzje organizacyjne i personalne:

Po pierwsze, służby specjalne nie są wyabstrahowaną organizacją, zbudowaną na wzór tajnych stowarzyszeń masońskich lub podziemnych związków, ale urzędem państwowym, działającym na podstawie konkretnych aktów prawnych „zakładem usługowym”, wykonującym jedynie zlecenia, „usługi” dla państwa z zakresu bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego. To nie elita, ani zbiór geniuszy, tylko urząd, w którym pracują na określonych warunkach i z określonymi ograniczeniami, wynikającymi ze służbowego stosunku pracy urzędnicy państwowi o umiejętnościach zapewniających prawidłowe działanie tych instytucji. Nie ma to nic wspólnego z etosem służby i nie wyklucza go, a wręcz odwrotnie – praca dla państwa, samoświadomość urzędnika państwowego, oficera, który dla własnego kraju zrezygnował z szeregu należnych mu przywilejów demokratycznych ów etos generuje.

Po drugie, nie ma apolitycznych służb specjalnych, ponieważ są one instrumentem państwa, które jest organizacją polityczną i wszystkie jego działania na forum międzynarodowym zależą od aktualnej polityki i generują określone skutki polityczne zewnętrzne i wewnętrzne. Walka o apolityczne służby jest sprzeczna z ideą istnienia tych służb. Chodzi o to, by wewnątrz własnych struktur wywiad oraz kontrwywiad był zależny jedynie od polityki państwa, a nie aktualnej partii rządzącej. I znów napiszę to, co napisałem wczoraj: nie wiem jak to zrobić. Jestem świadom ograniczeń i problemów. Stworzenie jednak mechanizmów zabezpieczających służby przed upartyjnieniem winno być jednym z podstawowych działań reformatorskich.

Po trzecie, powinienem to umieścić na początku, gdyż to jest sprawa najważniejsza. Należy, przede wszystkim, określić zagrożenia doraźne, krótkoterminowe, długoterminowe oraz wszystkie elementy, które zagrażają państwu i jego mieszkańcom. Dopiero wtedy budujmy konkretne służby i organizacje policyjno-fiskalne, określmy ich strukturę w zależności od potrzeb, liczbę funkcjonariuszy, budżet, a przede wszystkim zadania ogólne i szczegółowe. Bez politycznego pustosłowia i dziennikarskich komunałów. Na zimno i konkretnie. Nazywam to sformułowaniem Kontrwywiadowczej Charakterystyki Terenu.

Po tym wszystkim dopiero myślmy o personaliach i obsadzie stanowisk. Reforma służb specjalnych to sprawa polityków, a nie szefów tych służb.