„Wyprowadzimy milion ludzi”, „naszą aktywnością jest ulica” – to słowa, którymi Grzegorz Schetyna motywuje działaczy Platformy. Pytanie do czego wydaje się być retorycznym. Nawet nie chcę na nie odpowiadać. Po prostu się boję. Spirala nakręcana przez beneficjentów systemu okrągłego stołu grozi niewyobrażalnymi konsekwencjami.

Logiczna całość w jaką układają się słowa m.in Tomasza Lisa o warszawskim „Majdanie”, korelacja faktów, słów, działań – wewnętrznych i zewnętrznych – prowadzi do jedynej możliwej konkluzji. To zagrożenie przed jakim nie staliśmy już dawno. Bardzo chcę powściągać słowa i myśli, ale z każdym dniem staje się to coraz bardziej jasne, że są osoby, którym zależy na obaleniu demokratycznie wybranych władz. Przerażają ich zmiany. Nie cofną się przed niczym – przed szukaniem „bratniej pomocy” w Unii Europejskiej (vide słowa Stefana Niesiołowskiego – „Ile jeszcze Unia może nie reagować?”), po wykorzystywanie mediów sobie przychylnych.

Media

Przed kilkoma dniami miałem okazję obejrzeć rozmowę Justyny Pochanke z Leszkiem Millerem. Były postkomunistyczny Premier wydawałby się pierwszą osobą do „przywalenia” „oszalałej, faszystowsko – putinowskiej władzy” – jak zwykły określać legalnie wybrany Rząd niektóre media i ich co bardziej krewcy przedstawiciele. A tu zaskoczenie. Miller nie wszedł w orwellowską narrację o „pełzającym zamachu stanu”, który ma rzekomo miejsce w Polsce. Zachował zdrowy rozsądek i wyśmiał tę i kilka innych obłędnych teorii.  „Jak PiS może robić zamach stanu przeciwko sobie?” – pytał Miller. Prowadząca była coraz mocniej zdenerwowana. Pytania z tezą,  za które dziennikarz obiektywnego medium z miejsca powinien stracić pracę, padały z szybkością błyskawicy. Obłęd w oczach narastał. Miller ze stoickim spokojem godnym pierwszej wody cynika zbijał te histeryczne ataki. Czasami miałem wrażenie, że  były Premier … jest czołowym przedstawicielem PiS! Cóż za dziwne poznanie empiryczne ! A może to tylko – i aż – chęć zachowania twarzy i trzymania się elementarnej logiki ?

Miałem także wątpliwą przyjemność wysłuchania „rozmów” w ostatnim programie Tomasza Lisa. Nie chcę odnosić się do „wartości merytorycznej” stawianych tam tez. Przepuszczenie ich przez filtr prawdy czy logiki wydaje się być aberracją samą w sobie.

Jednak jedną obserwacją chciałbym się z Państwem podzielić. Skala nienawiści do obecnej ekipy jest trudna do zmierzenia. Połączenie strachu, frustracji, przerażenia i zwykłej ludzkiej podłości daje mieszankę niezwykłą.

Wracając do słów Schetyny i ich „wartości medialnej”. Mamy dość zabawną w gruncie rzeczy tendencję do ciągłego, niejako obsesyjnego „porównywania się” z krajami zachodnimi. Przybiera to czasem formy karykaturalne. Jednak przykład który podam za chwilę wart jest takiego porównania. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii czołowy polityki opozycji namawia swoich działaczy i zwolenników do „kryterium ulicznego”. Byłby to news nie dnia, nie tygodnia a roku.

A u nas?

Właściwie cisza. Prawie nic. Tylko „internet” huczał. To świadczy o jakości mediów jako takich. Znamiennym
jest fakt, że te schetynowskie „taśmy prawdy” ujawnił Newsweek pod wodzą Tomasza Lisa. Trudno posądzać to medium i jego naczelnego o bycie „ostoją dziennikarskiej rzetelności i wolności słowa”. Pytanie więc o intencje rzeczonej publikacji. Trudno dojść do innej konstatacji niż ta, że „obóz Tuska” chce „przywalić” Schetynie. Wydaje się to jednak być aktem desperacji obozu „tuskowego”. Pewnym było, że inne media przyjmą wobec „taśm” pozycję wyczekującą.

Reakcja ludzi

Co o sytuacji może myśleć „przeciętny Kowalski”? (przepraszam za ten zwrot, którego skrajnie nie lubię, ale myślę, że w tym momencie jest uzasadniony). Otóż Kowalski musi czuć się przede wszystkim przytłoczony. Dysonans poznawczy między wtłaczaną w jego mózg nachalną propagandą obozu przegranego, a rzeczywistością musi wywołać zjawisko pewnego rodzaju rozstrojenia. I obawy – słusznej skądinąd. Paradoksalnie pytanie – co z tą Polską? – nabiera szczególnego znaczenia.

Sytuacja ta przede wszystkim skłania do redefiniowania pojęć i postaw. Wspomniany przykład Leszka Millera jest tylko jednym z wielu. Rzeczywistość wymaga przede wszystkim – i to najważniejsze słowa tego tekstu – do MORALNEGO OPOWIEDZENIA SIĘ. Niezależnie od opcji politycznej, społecznej, pozycji zawodowej – opowiedzenie się po stronie elementarnej logiki i przyzwoitości jest konieczne.

Mój apel jest o tyle wiarygodny, że nigdy nie byłem związany z szeroko rozumianym obozem Prawa i Sprawiedliwości.  Nikt bowiem nie robi tak wiele dla skupienia się wokół Rządu jak KOD, Platforma, Nowoczesna czy PSL. Niezależnie od oceny działań PiSu, brak zgody na próby szukania „zewnętrznej pomocy”, „aktywności ulicznej” musi w średniej i dłuższej perspektywie prowadzić do opisanych konstatacji. Tego wymaga przyzwoitość. I zapewniam, że nie jest to apel do powołania czegoś na kształt przedwojennego „BBWR”. To głos o normalizację stosunków w Kraju. Głos o zachowanie demokratycznych prawideł. O pluralizm. O nie odwracanie pojęć. O nie używanie pojęcia demokracji jako pałki. Wreszcie głos o to, by bycie w opozycji nie oznaczało trwania w stanie zbliżonym do zdrady narodowej. Mocne słowa ale uzasadnione.

To także apel o zachowanie drugiej strony. Zakładanie „Komitetów Obrony Polski” to nakręcanie spirali. Najlepszą odpowiedzią jest spokojne, planowe działanie. Spokój – tylko on nas może uratować.