Oglądając się wstecz widać wyraźnie, że historia ostatnich trzech wieków na wschodzie Rzeczpospolitej w istocie jest historią walki o prymat pomiędzy despotią o mongolskim rodowodzie z domieszką okrucieństwa dawnych wikingów, a demokracją nie wiadomo po co pojawiającą się kilka wieków za wcześnie.
Po początkowej supremacji demokratycznej Rzeczpospolitej przyszła kolej na Rosję. Tu granicę możemy określić stosunkowo łatwo. Kres faktycznie Niepodległej, mogącej obronić się przed sąsiadami Polski nastąpił wraz ze śmiercią króla Jana III Sobieskiego. Po kilkudziesięcioletniej karuzeli August II Mocny – Stanisław Leszczyński (wymieniali się tronem Polski dwukrotnie, zależnie od tego, czy wojska szwedzkie były górą nad moskiewskimi, czy odwrotnie) przyszła kolej na „ruską wydmuszkę”, jak brutalnie i zgodnie z tym, co wiemy, należałoby określić „króla Stasia”, czyli Stanisława Augusta Poniatowskiego.
I choć przehandlował Niepodległą (za 33 miliony talarów, co w końcu powinno nas dowartościować – w historii zdarzali się o wiele tańsi zdrajcy) to jednak nie ulega wątpliwości, iż za jego panowania doszło do wydarzenia, które na trwale wpisane zostało do Panteonu Narodowego.
Mowa o pierwszej w Europie, drugiej zaś na świecie (po amerykańskiej) Konstytucji.
Od szkoły podstawowej znane legendy o ostatnich dekadach I RP, w tym słynnych „obiadach czwartkowych” urządzanych w tenże dzień tygodnia na królewskim dworze (podczas nich król miał żywo dyskutować o sztuce) oraz o jednogłośnie uchwalonej Konstytucji 3 maja musiały ustąpić przed prawdą historyczną.
I tak rzekome wspieranie ludzi kultury okazało się wyjątkowo mało znaczącym gestem – zdrajca Branicki jednorazowo otrzymał więcej, niż ludzie pióra przez cały okres panowania Augusta… łącznie.
Sama zaś Konstytucja wcale nie była uchwalona jednogłośnie.
Uchwalenie Konstytucji 3 maja 1791 roku wg standardów przewidzianych choćby dla zgromadzeń wspólników różnych dzisiejszych firm korporacyjnych skutkować powinno nieważnością powziętej uchwały. Przede wszystkim posiedzenie Sejmu przesunięto w czasie, nie informując o tym tych posłów, którzy byli stronnikami rosyjskimi bądź za takowych byli uważani. Tuż przed posiedzeniem grupa 87 ówczesnych parlamentarzystów zebrała się (w nocy z 2 na 3 maja) w pałacu radziwiłłowskim przy Krakowskim Przedmieściu. Zebrani podpisali „Asekurację” – rodzaj zobowiązania popierania sprawy na posiedzeniu Sejmu.
Rankiem 3 maja 1791 roku wokół Zamku Królewskiego zebrała się 1/5 mieszkańców Warszawy. O godzinie 11 na salę sejmową wszedł Stanisław August. Posiedzenie sejmu rozpoczęto odczytywaniem raportów posłów Rzplitej, donoszących z różnych europejskich dworów o niebezpieczeństwach zagrażających krajowi, których to pokonanie jedynie reformy ustrojowe umożliwić mogą.
Na sali obecni byli nie tylko zwolennicy reformy.
Poseł ziemi kaliskiej, Jan Suchorzewski, padł na ziemię krzycząc, że oto zguba dla Polski nadciąga za sprawą ustanowienia despotycznego ustroju. I choć go niezwłocznie usunięto, wtargnął raz jeszcze grożąc zabiciem swojego 6 – letniego syna po to, by ten „nie dożył czasów tyranii”. Straże wyrwały mu dziecko.
Konstytucja nie przeszła jednogłośnie pomimo mobilizacji sił patriotycznych.
Przeciw wystąpiło 17 posłów.
Kolejnych 7 głosowało przeciw nie zabierając wszakże głosu.
Około godziny 17 poseł Michał Zabiełło powstał i krzyknął:
Jestem za projektem i każdy jest za nim, kto prawdziwie kocha Ojczyznę. Prosimy Cię, Najjaśniejszy Panie, abyś na wykonanie jego złożył przysięgę!
Obecni posłowie i senatorowie, lud Warszawy na galeriach, porwani wielkim uniesieniem zgodnie krzyknęli:
Niech żyje Konstytucja!
Okrzyk podjęły zgromadzone wokół Zamku tłumy.
Biskup krakowski Feliks Turski odczytał rotę przysięgi, która złożył król stojąc na krześle. Obecni przeszli do katedry św. Jana, gdzie król przysięgę powtórzył.
4 maja 1791 roku przeciw Konstytucji złożyło pisemny sprzeciw 27 posłów i 1 senator.
Dopiero 5 maja, wskutek perswazji reszty Sejmu, „deputacja konstytucyjna” sprzeciw swój wycofała.
Tegoż dnia, czyli 5 maja 1791 roku Konstytucja została zarejestrowana w aktach miasta Warszawy.
Tymczasem jeden z największych polskich historyków XX wieku Konstytucję ocenia tak:
Była w ogóle Konstytucja 3 maja aktem połowicznym i kompromisowym (…) odkładającym decyzje w kwestiach społecznych o ćwierć wieku.
(Jerzy Łojek, „Kalendarz historyczny”, wydawnictwo Alfa, W-wa 1996, str. 205)
Ale i on przyznaje, że artykuł VI ustawy zasadniczej czynił ją wyjątkiem w dziejach świata po dzień dzisiejszy. Oto co 25 lat na specjalnym zgromadzeniu parlament mógł dokonać zmiany Konstytucji.
Co pokolenie.
A potem już wydarzenia zaczęły przebiegać w ekspresowym tempie.
Niespełna rok później, 27 kwietnia 1792 roku Rosja „zawiązała” nam konfederację targowicką. Tekst manifestu napisał rosyjski generał Wasilij Popow, tajny radca dworu Katarzyny II. Wydaje się, iż nie miał z tym jakiegoś problemu, bowiem wywodził się z polskiej rodziny (ojciec Szczepan Popowski) osiadłej w Rosji.
Wcześniej, 9 kwietnia 1792 roku, rosyjska Rada Państwa podjęła uchwałę o interwencji w Polsce. Wojska rosyjskie w maju przekroczyły granicę.
Niestety, wojną z Rosją w obronie Konstytucji 3-go Maja nie sposób się chwalić. Zamiast wygrać, co wydawało się całkowicie możliwe, lub przynajmniej drogo sprzedać wolność nawet za cenę osobistej niewoli, Stanisław Poniatowski zdradził, przystępując do targowiczan.
I to był praktycznie koniec Polski.
Zupełnie tak, jakby w lipcu 1920 roku Marszałek przystąpił do tzw. Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, na czele którego nominalnie stał Julian Marchlewski, ale tylko nominalnie; faktycznie kierował nim kat nad katy Feliks Dzierżyński. Idę o zakład, że w takiej sytuacji Marszałek zastąpiłby Marchlewskiego. W końcu obaj z Felkiem byli ongiś w tej samej partii socjalistycznej. ;)
Nomen omen Poniatowski swój akces do targowiczan określił 23 lipca 1792 roku. Zatem Konstytucja przetrwała jeno 445 dni, a jeśliby liczyć oficjalnie – ponad rok dłużej, derogowana została bowiem dopiero na Sejmie grodzieńskim – zatwierdzającym II Rozbiór i czyniącym z pozostałego okrawka RP rosyjski protektorat.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy dostrzegamy zarówno niedoskonałość Konstytucji, jak też naiwność szeregu naszych antenatów, którzy przecież do walki z nią przystąpili nie dla moskiewskich pieniędzy (te w całości trafiły do czołowych zdrajców), ale w imię obrony Rzeczpospolitej właśnie. Jej odwiecznego ustroju, zasad złotej wolności, świętej wiary katolickiej itp.
Możemy też podziwiać kunszt rosyjskiej dyplomacji, która umiejętnie łechcąc ambicje (albo też posługując się przekupstwem, przez długie lata nazywanym z rosyjska kubanem) doprowadziła do wymazania z map Europy jedynego kraju, który przez wieki zagradzał jej drogę na zachód.
Dzisiaj żyjemy w podobnych czasach. Rosja, chwilowo odepchnięta od Europy, próbuje wracać. Co prawda już nie jako pojedyncze Imperium, ale poprzez wasalizację krajów ościennych.
I dokładnie idzie tą samą drogą, co ongiś carowie z dynastii Romanowów (dzięki Katarzynie II zaś – Holstein-Gottorp-Romanow).
Ni stąd, ni zowąd na powierzchnię życia politycznego w Polsce zaczęli przebijać się… prawicowcy prorosyjscy.
Doprawdy wygląda to tak, jakby nagle reinkarnował Mietek Moczar z tą drobną różnicą, że zamiast Manifestu komunistycznego w ręku dzierżyłby Biblię.
Liczba portali jawnie prorosyjskich przeraża. Odrzucenie zaś przez niektórych właścicieli-adminów portali uchodzących do tej pory za patriotyczne pozorów powoduje, że nagle narracja polska i prawicowa zostaje usunięta w cień.
Zamiast mamy do czynienia z zalewem sławiańszczyzny, jak sami się określają. A tak naprawdę jest to nawet nie filorosyjskość, ale jakiś zupełnie niezrozumiały filoputinizm.
O co chodzi Rosji widać dokładnie.
W perspektywie taktycznej dąży do maksymalnego wyizolowania Ukrainy. Bo to była prawdziwa „perła w koronie” carów, zatem próby przywrócenia moskiewskiego ordynku w Kijowie nie ustaną. Jednak Rosja, wyliniałe co prawda mocno, ale jednak Imperium, w odróżnieniu od wielu innych krajów świata planuje również strategicznie.
Nie możemy zapominać, że w odróżnieniu od Clausewitza, dla którego wojna była tylko przedłużeniem polityki, władcy Kremla (bez względu na to, czy są czerwoni, czy nie) uważają, że żyjemy w stanie permanentnej wojny, toczonej jedynie za pomocą różnych środków.
Jednym z nich jest właśnie polityka; surowce zaś pełnią rolę podobną do armat.
Sun Zi, którego myśli Putin i jego jastrzębie mają wykute na blachę, powiadał:
Gdy twoje siły są na wyczerpaniu, nie czas na stoczenie decydującej bitwy. Musisz użyć wszelkich trików i strategii, aby osłabić przeciwnika. Dziel jego siły, szukaj miejsc łatwych do obrony, zmuszaj do wysiłku i spraw, aby wyczerpał swoje zapasy i morale. Rób tak z nieustającą cierpliwością, a doczekasz momentu, który będzie stosowny do ataku.
Rosjanie są cierpliwi. Pamiętajcie o tym.
3.05 2021
obraz: Jan Matejko, Konstytucja 3 Maja
Zostaw komentarz