W czerwcu 2015 roku napisałem post poświęcony ustawie zwanej przez moich kolegów „07”. Postanowiłem się ujawnić. Wiem, że mój życiorys zawodowy jest na okładce „Spisku”, w notkach biograficznych, uzupełniających wywiady prasowe, recenzjach, lecz nadal jestem tajny. Już wyjaśniam: chodzi o tzw. „ustawę dezubekizacyjną”. Nie chcę się tu nad nią znęcać, ale ów produkt koalicji jest przykładem tzw. „sprawiedliwości społecznej”.

Wybaczcie ironię
Co jednak myśleć o akcie prawnym, który całą winę za PRL zrzuca wyłącznie na kilka tysięcy osób, na ogół zajmujących mało decyzyjne stanowiska, a w dodatku w większości zweryfikowanych pozytywnie w roku 1990 i pracujących dalej? Według ustawy, te kilka tysięcy osób wprowadziło i utrzymało lat tyle komunizm w Polsce, terroryzując nie tylko społeczeństwo, ale i nasze patriotyczne wojsko, milicję, a w tym ZOMO pałujące i polewające z niechęcią, funkcjonariuszy partyjnych, zmusiło członków WRON oraz innych gienierałów do wprowadzenia Stanu Wojennego, prokuratorów i sędziów do wydawania wyroków na opozycję, cenzorów, stronnictwa sojusznicze, złożone z członków PZPR, oddelegowanych do nich. Tą przestępczą grupę „kierowców i sprzątaczek” (chyba nie było w niej kelnerów) obalili następnie dwaj generałowie i część opozycji przy okrągłym stole. Większości dano „certyfikaty moralne” zwane weryfikacją, stwierdzające, iż są niewinni i nadają się dalej.

Czas na czystkę
Po dwudziestu latach władza doszła do wniosku, że są winni i trzeba ich ukarać, mimo wcześniejszej amnestii. Trybunał Konstytucyjny rozpatrzył ją i stwierdził, że „prawa nabyte nie są święte”, chociaż dwa tygodnie wcześniej, przy innej grupie zawodowej, zagrzmiał w telewizji, że „prawa nabyte są święte”. W ten sposób TK udowodnił relatywizm oraz elastyczność w podejściu do terminów „prawo” i „święte”. Później, pewien korpulentny świeeeeeeeeeeetny prawnik z SLD, szybko zakręcił się wokół swojej osi, zalał wszystkich potokiem słów i terminów, po czym wspaniale przegrał tą sprawę w Strasburgu. SLD w wieku 45+ odetchnęło z ulgą: nareszcie znaleźli się winni słusznie minionej epoki. Pomijam tu aspekt operacyjny tego wybitnego dzieła „ustawologii”, tworzącego wspaniałą bazę werbunkową (powtarzam: dotyczyła ona również ludzi, którzy większość kariery zawodowej robili po 1990 roku).

Chciałbym też być dobrze zrozumiany
Jestem od wielu lat za kompletnym ujawnieniem teczek oraz rozliczeniem winnych, lecz rzeczywiście wszystkich. Dlatego też zaczynam od siebie i chcę się ujawnić. W tej ustawie jest jeden haczyk: akta osobowe funkcjonariuszy SB są w zbiorze zastrzeżonym IPN. Około roku 2008 część akt pracowników UOP, a potem ABW i AW, którzy pracowali przed 1989 rokiem przesłano do tej szacownej instytucji i utajniono. Odtajnić je może szef służby.

Wykonanie tej ustawy wygląda mniej więcej tak: idę sobie na emeryturę, ZER (Zakład Emerytalno-Rentowy) pyta IPN, czy mnie ukarać, IPN zwraca się do szefa służby, czy ma ujawnić akta ZER, a szef służby odpże wiem po co szefom takie odpowiada „tak lub nie”. Zależnie od humoru chyba. Niektórych moich kolegów ujawniono, mnie i kilku innych nie, mimo, że mniej więcej pracowaliśmy tak samo. Nie rozumiem intencji ustawodawcy, chociaż wydaje mi się, że wiem, do czego służy taki dobry kaganiec.

Potrzebna jest zmiana
Dlatego też, jeśli postuluję naprawę kilku głupot, chcę być konsekwentny. W najbliższym czasie wystąpię do odpowiednich organów z prośbą o ujawnienie moich akt znajdujących się w zbiorze zastrzeżonym IPN i przeniesienie ich do zbioru jawnego (odpowiednie pisma opracowuje osoba znająca te procedury; opublikuję je na FB, kiedy zostaną wysłane). W moim przypadku chodzi o okres pracy wynoszący 7 lat i 8 miesięcy. Pewnie niewiele, albo w ogóle dotknie to mnie finansowo, lecz stracę uprawnienia, wynikające z ustawy emerytalnej, w tym pełną wysługę, co mocno skomplikuje mi życie. Trudno! Poza tym sam też jestem ciekaw, co w nich jest, jakie głupoty kiedyś przychodziły mi do głowy, jak zostaną wykorzystane (i przez kogo), by mnie „zniknąć”. Zresztą może sam siebie „zniknę”? Mam dość udowadniania, że nie jestem wielbłądem. Może zresztą jestem? Znów narażam się na zarzut nieszczerości. Trudno!

Dotrzymuję słowa

Zapowiedziałem zatem, że zamierzam wystąpić do IPN o ujawnienie moich akt i „wyjęcie” ich ze zbioru zastrzeżonego. Zrobiłem to zgodnie z deklaracją dzisiaj (nie umiem pisać pism językiem prawników, więc czekałem, aż ktoś mi pomoże). Chciałbym jeszcze dopowiedzieć trzy sprawy.

Wymyśliłem to sam
Po pierwsze, to był mój suwerenny pomysł i nikt mnie do tego nie namawiał i nie zmuszał (mam świadków). Zrobiłem to, ponieważ uważam, że nie można mówić o „sprawiedliwości społecznej”, jeśli tworzymy ustawę, piętnującą narzędzia, „szoferów i tragarzy”, a zostawiamy w spokoju resztę, kierującą i wspierającą, czyli generałów, działaczy, ZOMO, cenzurę i przede wszystkim oddanych wykonawców w mundurach LWP. W dodatku, owa „zemsta” dotyczyła w głównej mierze tych, którzy po 1990 roku pracowali dla nowej Polski, nie walcząc o awanse i korzyści personalne. Nie rozumiem też, dlaczego jednych ujawniono, drugich nie, chociaż odchodzili w tym samym czasie. To jakaś bzdura!.

Nie widziałem swojej teczki w IPN
Po drugie, nie wiem co może być w tej teczce. Jakie głupoty kiedyś mogły chodzić mi po głowie? Nie pamiętam. To było 33 lata temu, a ja byłem młody i niedoświadczony, a psycholog napisał pewnie, że w dodatku głupi. Jak każdy w latach „burzy i naporu”. Sam boję się tego, gdyż wiem, że wszystko będzie przeciwko mnie wykorzystane, aż do przesady. Trudno. W razie czego nawet nie będę się tłumaczył. Tak było i już. Tego nie zmienię. Ważniejsze jest dla mnie to, że skoro postuluję pełne ujawnienie spraw związanych z latami przełomu, winienem zacząć od siebie. I tak też robię.

Nie boje strat finansowych
Po trzecie, uprzedzam oskarżenia o to, że zrekompensowano mi straty, bo takie przypuszczenia snuć już zaczęli niektórzy. To nieprawda. Nie stracę pewnie finansowo ze względu na rentę dożywotnią (orzeczenie dostałem już po narażeniu się porządnym moim byłym szefom), lecz wybaczcie Państwo: to są sprawy poboczne. Stracę jednak „procent” i tzw. „paragraf”. To jest również dolegliwe i poważnie ograniczające możliwości.
Tak więc, raz jeszcze: podjąłem sam suwerenną decyzję, by w końcu rzeczywiście uwolnić się od nacisków i oskarżeń. Chce być uczciwy wobec czytelników – choćby niewielu – i samego siebie, bez względu na konsekwencje, jakich się spodziewam. Dołączam skany złożonej dziś prośby do IPN.

Pismo do Prezesa IPN - str. 1

Pismo do Prezesa IPN - str. 2

 

Oświadczenie woli do IPN

Piotr Wroński

Piotr Wroński - fot. Julita SzewczykPułkownik Piotr Wroński, pracownik I Departamentu SB, a w III RP oficer UOP i Agencji Wywiadu jest autorem powieści z kluczem „Spisek założycielski. Historia jednego morderstwa” odsłaniającej kulisy działalności bezpieki, w tym m.in. morderstwa bł. ks Jerzego Popiełuszki.

Fot. Maciej Zienkiewicz