Z mecenasem Gąsiorowskim lubimy się ostrożną przyjaźnią na odległość i na ogół różnimy w poglądach, niemniej ten jego tekst oceniam jako wyjątkowo akuratny i wszystkim polecam (czytaj tutaj).
Dla niezorientowanych w przedmiocie dwa słowa wprowadzenia.
Od pewnego czasu obserwujemy w kulturze postępującą medykalizację spraw trywialnych.
Kultura wytworzyła bowiem jakąś szczególną normę „dobrego samopoczucia” (ang. wellbeing, wellness), który to stan stał się wartością samą w sobie do tego stopnia, że doczekaliśmy się już specjalizacji zawodowej „wellbeing & resilence management” (czyli zarządzanie dobrostanem i odpornością na stress). Wg agencji McKinsey & Company za rosnącą potrzebą „wellness” stoi ogromny rynek, wart już obecnie 1,5 biliona dolarów a kwota ta stale rośnie.
Jednym słowem – kultura wytworzyła pewną ułudę tego, jak powinniśmy się czuć, żeby czuć się „naprawdę”. Osiągnięcie tego stanu komfortu we wszystkich jego aspektach nie może być dość proste, skoro wymaga kosztownych konsultacji psychologów i psychoterapeutów, trenerów osobistych oraz dedykowanych analityków, którzy bezpiecznie przeprowadzą nas przez meandry prowadzące na Bergamuty „wellnesu”.
Zarazem – każde odstępstwo od tej odległej normy ludzie w jakiś sposób wyczuwają i w ramach gier statusowych oceniają siebie nawzajem pod względem stopnia osiągnięcia ideału. Prowadzi to rzecz jasna do licznych frustracji, deficytu samooceny, a nawet depresji, co nasza kultura surowo oceniła jako stan wybitnie niezdrowy i niebezpieczny.
Jak sięgnąć w historię, melancholia i melancholicy zawsze nam towarzyszyli, tworząc niejednokrotnie najbardziej przenikliwe i piękne arcydzieła. Słynną alegorię przedstawiającą melancholię opracował już przecież żyjący na przełomie XV i XVI wieku urodzony w Norymberdze wielki artysta Albrecht Dürer. Grawerunek ten jest wychwalany przez Vasariego. Od czasów Antyku było bowiem dla ludzi jasne, że melancholia jest jednym z czterech podstawowych temperamentów człowieka, charakteryzującym się szczególnie wysokim udziałem czarnej żółci w proporcji humorów. Prowadzi to wprost do tego, że dotknięty melancholią człowiek odczuwa swoją własną skończoność wobec nieskończoności stworzenia jako dojmujący smutek, który jednak – w nierzadkich przypadkach materializuje się jako szlachetny impuls do rozmyślań, samotnej pracy i ascetycznego trybu życia.
Współcześnie jednak nawet pomniejsze oznaki zasmucenia, zagubienia sensu życia, przedłużającą się refleksyjność czy też brak mobilizacji i niechęć do stałego eksponowania własnego zadowolenia stały się podejrzane i wymagają natychmiastowej ingerencji specjalistów.
Możliwości te jednak uważano do niedawna za ograniczone, przez co siłą rzeczy medycyna wkraczała dopiero w skrajnych przypadkach, kiedy zachodziło uzasadnione podejrzenie, że osoba dotknięta melancholią targnie się na własne życie. Stosowano wówczas leki z gruba ciosane – tzw. inhibitory monoaminooksydazy, do których należał np. znany w Polsce preparat Doxepin.
Jednak w połowie lat 90-tych zeszłego wieku na rynku pojawił się słynny Prozac – preparat z nowej grupy tzw. inhibitorów zwrotnego wychwytu monoamin. Termin „monoaminy” dotyczy tu trzech neuroprzekaźników – noradrenaliny, serotoniny i dopaminy, które odgrywają ważną rolę w przewodnictwie włókien nerwowych.
Bardzo szybko te trzy substancje zyskały trywializujące ich działanie nazwy: noradrenalina stała się „hormonem stresu”, dopamina stała się „hormonem przyjemności” a serotonina – „hormonem spokoju”. Skomercjalizowana psychiatria zaczęła zaś modelować rynek usług medycznych tak, aby wpoić pacjentom konieczność utrzymania stałego niskiego poziomu noradrenaliny oraz wysokiego poziomu dopaminy i serotoniny. Wraz z głośną książką dra Petera Kramera pt. „Wsłuchując się w Prozac” narodził się współczesny przemysł „wellness”, którego rolą stało się szeroko rozumiane utrzymanie nas w stanie niskonoradrenalinowym, a zarazem wysokodopaminowym i wysokoserotoninowym.
Od czasu pierwszego amerykańskiego wydania tej książki wyrosło jednak już całe pokolenie wychowane na Prozacu, a liczba wywołanych depresją samobójstw nie zmalała a wzrosła. Długo trzymano tę wiedzę z daleka od opinii publicznej inkasując miliardy z recept, lecz w końcu mleko się rozlało. Brytyjska psychiatra Joanna Moncrieff już od pewnego czasu sygnalizowała problem a ostatnio opublikowała tzw. metaanalizę (krytyczne podsumowanie licznych publikacji niezależnych badaczy na ten sam temat) i wyszło jej, że cała ta teoria jest mocno o kant d… rozbić.
Substancje wpływające na stężenia neuroprzekaźników oczywiście jakoś tam działają, lecz… czy w ogóle ma to jakiś związek z depresją? Czy możemy zatem zgodnie z prawdą twierdzić, że depresja to stan spowodowany niskim stężeniem serotoniny i dopaminy? Czy w ogóle wiemy czym jest ta cholerna depresja i czy naprawdę daje się ten stan psychiczny ująć w tak prosty (wręcz prostacki) sposób? Czy w związku z tym prowadzone na masową skalę przepisywanie leków „przeciwdepresyjnych” w rodzaju Prozacu jest etyczne? Czy nie mamy tu znowu do czynienia z procederem podobnym jak ze słynną Oxycontiną firmy Purdue Pharma?
W Polsce o tych sprawach mówi od pewnego czasu podróżniczka i dziennikarka Beata Pawlikowska znana z telewizyjnego cyklu „Blondynka w podróży”. Mówi nie jako lekarz, ale jako osoba, która zauważyła i zainteresowała się problemem. Jak łatwo zauważyć wpisując w Google jej nazwisko – stała się ona w związku z tym obiektem prawdziwego zorganizowanego hejtu, w którym brylują środowiska „postępowe” a niejaka Maja Herman, podpisująca się jako „psychiatrka, psychoterapeutka, medinfluencerka” założyła zbiórkę internetową „na pozew”. Ma zamiar oskarżyć p. Pawlikowską o „szerzenie szkodliwych wiadomości”. Argumentuje, że ujawniana przez p. Pawlikowską wiedza na temat kontrowersji wokół leków psychodepresyjnych może – podobnie jak różne kontrowersje wokół nowych szczepionek – zniechęcić ludzi do podejmowania terapii, co „może zagrażać ich życiu”.
No i masz ci babo placek!
Wychodzi na to, że wiedza na pewne tematy nie powinna być jawna, bo ktoś może na jej podstawie podjąć błędną decyzję, a nie ma do tego odpowiednich kompetencji.
Jednak, o ile w przypadku szczepionek mowa była o ciężkiej chorobie zakaźnej, przeciw której szczepionki były nieomal jedynym ratunkiem, to tutaj mówimy o zgoła innej sytuacji. A jednak – logika stojąca za odebraniem ludziom swobody dostępu do wiedzy jest ta sama: coraz wyraźniej widać, jak „postępowa” mentalność jest gotowa scedować coraz większą i większą część odpowiedzialności za sprawy naszego życia na „ekspertów” i „specjalistów” odbierając nam przy okazji swobodę decyzji.
Widać też narastającą tendencję, zwłaszcza w krajach anglosaskich, do tego, żeby nawet spory merytoryczne między specjalistami rozstrzygać na drodze sądowej (vide sprawa Glifosatu czy zwłaszcza pozew wniesiony w 2017 r. przez Marka Z. Jacobsona przeciw Christopherowi Clackowi w związku z publikacjami na temat możliwości szybkiej konwersji gospodarki na odnawialne źródła energii).
Jest to w ogóle część szerszego zagadnienia ekspansji ideologii „woke”, która kategorycznie kłóci się z klasycznie liberalnym paradygmatem wolności słowa. Nowa lewica i jej akolici uważają, że wiedza nie jest moralnie neutralna i dostęp do niej powinien być starannie moderowany a czasami wręcz zakazany i to nie tylko na podstawie ustaw o tajemnicy państwowej, ale po prostu dlatego, że „lepiej będzie, jeśli ludzie nie będą o tym wiedzieć”. Będzie tak lepiej, bo wyznawcy tej nowej ideologii sami wiedzą najlepiej, co jest dla ludzi dobre i jest to wiedza niepodważalna!
Dziwna zmowa milczenia wokół wątpliwości w kwestii działania popularnych i masowo zapisywanych antydepresantów czytajcie.
Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.
Zostaw komentarz