Wydawało się, że Bufetowa jest nie do ruszenia. Nie zaszkodziła jej brutalna pacyfikacja Kupieckich Domów Towarowych uczyniona bezprawnie rękami najemnych zbirów od Zubrzyckiego. Akcja ta zresztą jako żywo przypominała starą instytucję zajazdu – z wyrokiem sądowym w ręku organizowano „partię” i dokonywano własnymi siłami „egzekucji”. Tu było podobnie, tyle że zamiast „panów braci” z jakiegoś zaścianka Dobrzyńskich władze Warszawy posłużyły się agencją ochroniarską, działając w ledwie skrywanym interesie zagranicznych galerii handlowych.

1. Caryca Warszawy

„Przed lustrem wdzięczy się Caryca / własna uroda ją zachwyca / to gęstych brwi unosi chaszcze / to swych podbródków sześć pogłaszcze […] to znów rozchyli ust pąkowie / i ticho »Kak krasiwa!« powie”… Zacytowane tu pierwsze wersy poematu Janusza Szpotańskiego „Caryca i zwierciadło” jeszcze do niedawna mogły oddawać pozycję Hanny Gronkiewicz-Waltz na tronie warszawskiego magistratu. Wydawało się, że Bufetowa jest nie do ruszenia. Nie zaszkodziła jej brutalna pacyfikacja Kupieckich Domów Towarowych uczyniona bezprawnie rękami najemnych zbirów od Zubrzyckiego. Akcja ta zresztą jako żywo przypominała starą instytucję zajazdu – z wyrokiem sądowym w ręku organizowano „partię” i dokonywano własnymi siłami „egzekucji”. Tu było podobnie, tyle że zamiast „panów braci” z jakiegoś zaścianka Dobrzyńskich władze Warszawy posłużyły się agencją ochroniarską, działając w ledwie skrywanym interesie zagranicznych galerii handlowych. Niemniej rozprawa z kupcami HGW nie zaszkodziła, podobnie jak liczne przykłady niekompetencji, indolencji urzędniczej, ślimaczących się budów i remontów, ostentacyjnego marnotrawstwa w rodzaju wyłożenia pół miliarda złotych na budowę nowego stadionu Legii należącej wtedy do „zaprzyjaźnionych biznesmenów” z ITI…

Wszystko uchodziło warszawskiej carycy bezkarnie i mogło się wydawać, że prezydenturę ma zapewnioną na zasadzie dożywocia, czego kolejnymi potwierdzeniami były zarówno fiasko referendum odwoławczego w 2013 r., jak i reelekcja w 2014 r. Odnosiło się wrażenie, że warszawiacy z jednej strony są pogodzeni z obecnym stanem rzeczy – jedni będąc uzależnieni bytowo od obecnego układu władzy w stolicy, inni znów popadając w marazm spod znaku „nic się nie da zrobić” – z drugiej natomiast na tyle uprzedzeni do pisiorów (utożsamianych z pogardzaną prowincją), że gotowi są głosować na każdego, kto uchroni ich przed katolickim ciemnogrodem – niechby była to nawet prymitywna baba serwująca jesiotra drugiej świeżości. I jej profesorski tytuł nie ma tu nic do rzeczy – prymitywne cwaniactwo jest bowiem cechą charakteru mogącą występować niezależnie od formalnego wykształcenia. Co ciekawe, postępowym lemingom jakoś nie przeszkadzał „klerykalny” imidż HGW, do pewnego momentu obnoszącej się wręcz ze swoimi mistycznymi ekstazami, których jakoby doznawała, uczestnicząc w Ruchu Odnowy w Duchu Świętym.

2. Elektryczna” prezes

Cóż, ekstazy ekstazami, ale najwyraźniej charyzmaty się pani prezydent nie przyjęły albo też skutecznie się z nich wyleczyła, czego świadectwem była sprawa prof. Chazana. Czytałem zresztą kiedyś, że na spotkaniach wspólnoty wygłaszała ponoć „rekolekcje” tak kuriozalne od strony teologicznej, że obecni tam księża nie wiedzieli, gdzie oczy podziać z zażenowania. Natomiast opinię o menedżerskich kwalifikacjach Hanny Gronkiewicz-Waltz miałem okazję wyrobić sobie osobiście. Otóż zdarzyło mi się kiedyś dorabiać jako tragarz w gmachu NBP na Świętokrzyskiej w czasach, gdy HGW była prezesem tej instytucji. Jest to – co ma znaczenie dla całej historii – ogromne gmaszysko. I tak się złożyło, że w całym tym gigantycznym budynku w ciągu krótkiego czasu dwukrotnie musiano wymieniać wykładzinę. Powód? Po pierwszej wymianie okazało się, że nowa wykładzina wykonana jest z tak elektryzującego się materiału, że „siadały” komputery. Ponoć sama prezes zorientowała się, że coś jest nie tak, dopiero wtedy gdy po raz któryś z rzędu samoczynnie zrestartował się jej komputer. Nie było rady, trzeba było dopiero co zakupioną wykładzinę wymienić jeszcze raz na inną. Wiem oczywiście, że to nie ona osobiście dokonywała zamówień, ale sytuacja rzuca snop światła na jej zdolności do dobierania sobie współpracowników.

A teraz wyobraźmy sobie konsekwencje, gdyby w tak newralgicznej dla państwa i gospodarki instytucji jak NBP przytrafiła się poważna awaria sieci informatycznej i utrata strategicznych danych… I to nie z powodu ataku hakerów, a przez „elektryczną” wykładzinę… Doprawdy, ci, którzy decydowali o zatrudnieniu HGW w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju akurat na stanowisku administracyjnym – jako wiceprezesa ds. zasobów ludzkich i administracji, nie zdawali sobie sprawy, czym ryzykują.

3. Szok HGW

Wracając do rzeczy. Caryca Warszawy, wraz z postępującym odklejeniem od rzeczywistości – charakterystycznym dla osób sprawujących zbyt długo władzę w cieplarnianych warunkach i immunizowanych na krytykę – musiała zapewne uwierzyć we własną wielkość i nietykalność. To aż nieprawdopodobne, ale lekcja podwójnej przegranej Platformy w 2015 r. nie dała jej nic do myślenia. Zatrzymała się gdzieś na etapie świetności PO, gdy Tusk ogłaszał, że nie ma z kim przegrać. Nic więc dziwnego, że teraz przeżywa dysonans poznawczy i działa niczym człowiek w stanie głębokiego szoku. Jak to, przecież tyle lat trwało w najlepsze reprywatyzacyjne Eldorado, wyhodowaliśmy sobie taką sprawną ośmiornicę, działki i pieniądze przechodziły sprawnie z rąk do rąk pod byle pretekstem w rodzaju odkupywanych „roszczeń”, mnie i mężowi też coś przy okazji skapnęło – i nic. Czyściciele kamienic z „wkładki mięsnej” hulali w najlepsze, po kościach nawet rozeszła się sprawa tej całej Jolanty Brzeskiej, co to ją znaleźli spaloną w Lesie Kabackim – a teraz nagle jakieś pretensje?

Cóż, Hanna Gronkiewicz-Waltz padła, jak wielu polityków przed nią, ofiarą przekonania, że tak jak teraz będzie już zawsze. Nastroje społeczne przejawiają bowiem pewną zadziwiającą właściwość – przez długi czas władza wydaje się być teflonowa, można ujawniać najróżniejsze przekręty i przypadki niegospodarności, zdzierać płuca, pokazywać palcem – a po ludziach wszystko spływa. To jednak pozory – sygnały bowiem odkładają się gdzieś z tyłu głowy, aż w pewnym momencie zostaje przekroczony punkt krytyczny i następuje zwrot masowych nastrojów o 180 stopni. A wtedy nie ma przebacz – wszystko nagle zostaje przypomniane i wypomniane, każda afera czy nawet zwykłe niedociągnięcie w jakimś obszarze urasta do rangi megaskandalu, destrukcyjna machina się nakręca i nie ma ludzkiej siły, by ów trend odwrócić. Na opisanym tu mechanizmie przejechało się kiedyś SLD, w ubiegłym roku przytrafiło się to PO, teraz zaś wygląda, że pogrążona zostanie „niezatapialna” do niedawna prezydent Warszawy. Nawiasem, polecam powyższe jako przestrogę również obecnej władzy, gdyby działaczom PiS przyszło do głowy popaść w samozachwyt. Zawsze jest z kim przegrać, a polityk nigdy nie zna dnia ani godziny, w której niczym grom z jasnego nieba spadnie na niego nieoczekiwana klęska.

4. Striptiz carycy

Na dobrą sprawę – czym różni się afera z działką przy Chmielnej 70 od tylu innych przekrętów mafii reprywatyzacyjnej, nad którą patronat sprawowała caryca Hanna? Tamte nie wywołały rezonansu, nawet bestialskie morderstwo Jolanty Brzeskiej nie wpłynęło na notowania władz Warszawy – stąd do pewnego stopnia nie dziwi zaskoczenie HGW nagłym przestawieniem „wajchy”. Swoją drogą, ciekawe, co też stało się „Wyborczej”, że nagle postanowiła tak bezpardonowo zaatakować zblatowany, wydawałoby się, „układ warszawski”, który zresztą hojnie sponsorował „GW” ogłoszeniami. Zdawało się, że panuje pełna symbioza, a tu proszę… W każdym razie, warszawskiej carycy udała się nie lada sztuka – zjednoczyła przeciw sobie tak różne siły jak lewicowe ruchy miejskie, neokomunistów z Razem i PiS. A do tego jeszcze wspomniana „Wyborcza” na dokładkę. Coś niebywałego.

Obecnie sytuacja w warszawskim ratuszu przypomina pożar… no, powiedzmy, że w bufecie. Obserwujemy nieskoordynowane miotane się, a główna zainteresowana swymi panicznymi reakcjami jedynie pogłębia chaos. Z jednej strony usiłuje wmówić, że nic nie widziała i nie słyszała, czym wystawia sobie automatycznie świadectwo braku kwalifikacji jako włodarz stolicy. Z drugiej, pokrzykuje o pisowskim spisku, nie zdając sobie sprawy, że straszenie PiS-em już nie działa, nie mówiąc już o tym, że imputowanie Razem czy stowarzyszeniu Miasto Jest Nasze Jana Śpiewaka chodzenia na pisowskiej smyczy przekracza granice groteski. Wreszcie – usiłuje w odruchu rozpaczy wyrzucać za burtę kolejnych Murzynków. Zaczęła od Marcina Bajki z Biura Gospodarowania Nieruchomościami, lecz ten nie ma zamiaru potulnie dać się pożreć i zapowiada proces, w kolejce czekają już następni. Wszystko to wywołuje fatalne wrażenie i tylko pogłębia upadek Hanny Gronkiewicz-Waltz, o czym dobitnie świadczy przebieg niedawnej sesji Rady Miasta.

Cytowany na wstępie poemat Janusza Szpotańskiego kończy się tragikomicznie – upojona własnymi rojeniami caryca Leonida robi w pijanym widzie striptiz. W przypadku carycy Hanny możemy zaobserwować striptiz polityczny, podczas którego spadają kolejne fatałaszki skrywające do tej pory przegniłą do cna, skorumpowaną rzeczywistość stolicy. A ja mam tylko nadzieję, że na Warszawie się nie skończy i fala tsunami zmiecie również analogiczne układy pasożytujące na innych miastach jak Polska długa i szeroka.

Autor: Piotr Lewandowski

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach tygodnika Polska Niepodległa! Kupujcie nowe numery oraz inne tygodniki z naszego wydawnictwa!

Grafika: Barbara Piela