Muszę się pochwalić tym, że znam osobiście społecznego kandydata w wyborach majowych, wysuniętego przez prawą polityczną stronę. Znajomość dokumentuję zdjęciem, na którym widać wyraźnie, iż między nami była, jak to się teraz określa- chemia. A fotografia była następstwem tego, że przeszło pół wieku temu na manowce opozycji zawlókł mnie, przybyły z Warszawy młody lekarz. Wcześniej, nim go poznałem — nie było we mnie zapalczywej kontestacji reżimu. Owszem uchylałem się, jak mogłem od służby wojskowej, a jak już mnie wzięto w kamasze, to ludowego wojska byłem zakałą. Także, poza próbą włączenia się w 1968 r. w studencką rebelię spowodowaną zdjęciem z afisza „Dziadów” w reżyserii Dejmka — byłem politycznie indyferentny. Bo przez śp. moją Matkę zostałem uformowany tak, aby w tych plugawych czasach – najmniej się kolaboracją z systemem ubrudzić i tyle. Żyć, a raczej egzystować na marginesie PRL w kokonie wartości wyniesionych z domu. Miałem wtedy 38 lat i w miarę ustabilizowaną sytuację zawodową, pracowałem w dużym szpitalu psychiatrycznym, na absolutnie samodzielnym stanowisku. Jednak przybyły z samej stolicy Antoni, z którym łączyły mnie początkowo tylko nasze wspólne zamiłowanie do pływania kajakami – utrzymywał kontakty z kolegami z liceum Batorego: Michnik, Rapaczyński, Lityński en consort es z „Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności”, zaowocowały one dostępem do bezdebitowych, jak to wtedy określano – wydawnictw. Wtedy to według Służby Bezpieczeństwa stałem się bezwolnym narzędzie — w rękach niebezpiecznego dla ustroju dysydenta Antoniego, który wciągnął mnie w 1977 r. w wir działań opozycyjnych, polegających głównie na rozprowadzaniu wśród pracowników szpitala zakazanych książek i czasopism takich jak: zeszyty „Zapisu” „Biuletynu Informacyjnego KOR”, Paryskiej Kultury, publikacji wierszy Miłosza, czy „Małej apokalipsy” Konwickiego…. z „Folwarkiem zwierzęcym” Orwella i „Archipelagiem Gułag” Sołżenicyna włącznie. Dysponowałem wtedy przeważnie pojedynczymi egzemplarzami, moją przestępczą rolą, było organizowanie wypożyczania ich kolejno, tak aby, jak największa ilość zainteresowanych mogła je przeczytać. Odnosiło się to do grupy ok. 10-20 osób, przeważnie młodych lekarzy i psychologów. Prowadziłem wtedy pracownię plastyczną, usytuowaną w centrum kompleksu szpitala, co umożliwiało mi dosyć swobodny z nimi kontakt. Egzemplarze inkryminowanej literatury wypożyczałem przeważnie na tydzień i dosyć rygorystycznie pilnowałem terminowego zwrotu, tak aby mogła z nim się zaznajomić kolejna osoba. Jeden taki trefny egzemplarz był w obrocie przez dwa miesiące. Po przejściu przez ręce paru czytelników stawał się praktycznie nieczytelny. Osoby wypożyczające nic nie wiedziały o tym, kto również z tej formy udostępniania korzysta. Kilka numerów „Kultury Paryskiej” otrzymałem również od zaprzyjaźnionego ze mną księdza Bronisława Gałońskiego. Literaturą ową dzieliłem się z innymi w atmosferze pełnej dyskrecji. Nie pamiętam, co ze zwróconymi mi egzemplarzami zrobiłem, w każdym razie nie mam dzisiaj ani jednej pozycji. Na przełomie lat 1980. zaczęło się pojawiać coraz więcej bezdebitowych wydawnictw, które były przywożone również i przez inne osoby, więc już tak skrupulatnie zwrotu wypożyczanej „bibuły” nie pilnowałem. W rzeczywistości byłem bardziej, nie jak podejrzewali mnie esbecy kolporterem, co bibliotekarzem, za co — na wniosek doktora Karola Nawrockiego Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Doktora Andrzeja Dudę odznaczony zostałem Krzyżem Wolności i Solidarności. I tenże Prawy Kandydat, osobiście odznaczenie, z którego jestem taki dumny… przypiął mi do klapy marynarki.

Zostaw komentarz