W związku z 80. rocznicą zbrodni w Jedwabnem postanowiłem przypomnieć poniżej fragment mojej wydanej przed dekadą książki „Instytut”, w której nie mogło zabraknąć tego wątku.
Fragment jest dłuższy i przebrną przez niego tylko najbardziej zainteresowani. Mnie natomiast zależy na wyeksponowaniu słów, które padają dopiero na końcu, bo po dziesięciu latach uważam, że są jeszcze bardziej aktualne niż wówczas gdy je napisałem, czym – przyznaję – jestem jeszcze bardziej zasmucony:
Trudno się pozbyć refleksji o mizernym poziomie i nużącej przewidywalności naszego życia publicznego, w którym nietrudno z góry przewidzieć kto i co powie w danej sprawie.
***
O tym co wydarzyło się w lipcu 1941 r. w Jedwabnem usłyszałem po raz pierwszy jeszcze w 1999 r., gdy na jednym z zebrań pracowni prof. Paczkowskiego w Instytucie Studiów Politycznych PAN pojawił się Jan Tomasz Gross by opowiedzieć o książce, którą właśnie pisał. Oczywiście chodziło o „Sąsiadów”, których publikacja w roku następnym wywołała największą debatę historyczną w dotychczasowych dziejach III Rzeczpospolitej. Opowiadana przez Grossa historia pogromu robiła wstrząsające wrażenie, choć budziła też wątpliwości. W szczególności co do liczby ofiar, bowiem spalenie ponad 1600 ludzi w jednej, nawet wielkiej stodole, wydawało się fizycznie niemożliwe. Niejasna była też do końca rola, jaką w tej potwornej zbrodni odegrali kontrolujący Podlasie od kilkunastu dni Niemcy. Nie zmieniało to jednak w niczym faktu, że mieliśmy do czynienia z masowym mordem dokonanym polskimi rękami.
W maju 2000 r. książka Grossa trafiła do polskich księgarń, a w listopadzie – gdy jej treść została nagłośniona przez „Gazetę Wyborczą” – media wypełniły publikacje na temat Jedwabnego. Jeszcze przed rozpoczęciem medialnej burzy, we wrześniu, prokurator Radosław Ignatiew z oddziału IPN w Białymstoku wszczął śledztwo w tej sprawie. Przez następne dwa lata było to śledztwo Instytutu budzące największe zainteresowanie mediów i opinii publicznej. Równolegle Paweł Machcewicz podjął decyzję, że w Biurze Edukacji Publicznej zostanie przygotowana obszerna publikacja, w której obok dokumentów na temat wydarzeń w Jedwabnem i innych pogromów z krwawego lata 1941 r., znajdą się również opracowania historyków prezentujących – z różnych perspektyw – szerszy kontekst tego co się wydarzyło. Niezależnie bowiem od tego jak oceniać „Sąsiadów”, a były to oceny skrajne, nie ulegało wątpliwości, że poruszając niezwykle ważny i bolesny temat, Gross ograniczył się do niewielkiego eseju, w którym pominął szereg ważnych aspektów omawianych przez siebie wydarzeń. IPN był predestynowany do przygotowania takiej publikacji także i dlatego, że w odziedziczonym po Głównej Komisji archiwum, znajdowało się szereg istotnych dokumentów na temat pogromu w Jedwabnem. Były to przede wszystkim akta śledztwa, prowadzonego przez UB oraz będącego jego wynikiem procesu jaki odbył się w Łomży w maju 1949 r., w którym skazano 12 z 22 oskarżonych o udział w mordzie Żydów. Otrzymali oni kary od 8 do 15 lat więzienia.
Sprawa Jedwabnego od początku budziła olbrzymie emocje, których część przeniosła się na IPN, gdy tylko ogłoszono decyzję o wszczęciu śledztwa i przygotowaniu tzw. białej księgi. Pokaźna część krytyków Grossa, zarzucająca mu organizację antypolskiej kampanii, liczyła początkowo, że śledztwo Ignatiewa oraz ustalenia zespołu historyków, których koordynacji prac podjął się Machcewicz, pozwolą na podważenie ustaleń zawartych w „Sąsiadach”. Tak się jednak stało tylko w odniesieniu do liczby ofiar, której zresztą – wskutek przerwania na wniosek środowisk żydowskich przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego ekshumacji w Jedwabnem – nie udało się precyzyjnie oszacować, niemniej było ich znacznie mniej niż 1600. W zasadniczej kwestii, a zatem tego kto zabijał, zarówno śledztwo Ignatiewa zakończone umorzeniem w czerwcu 2003 r., jak i ustalenia autorów dwutomowego wydawnictwa „Wokół Jedwabnego” (pod redakcją Pawła Machcewicza i Krzysztofa Persaka), opublikowanego w listopadzie 2002 r., potwierdziły to co można było przeczytać w „Sąsiadach”. Co więcej, liczące półtora tysiąca stron wydawnictwo Instytutu udokumentowało jeszcze ponad dwadzieścia innych, antyżydowskich pogromów do jakich doszło z udziałem Polaków na przełomie czerwca i lipca 1941 na terenie Podlasia. Ofiar było w nich mniej niż w Jedwabnem, jednak nie zmieniało to faktu, że nie mieliśmy do czynienia z jednostkowym incydentem.
Przyczyną tych straszliwych wydarzeń był zarówno antysemityzm, jak i chęć wzbogacenia się kosztem żydowskich sąsiadów. Gdyby jednak te czynniki były wystarczające, to do podobnych pogromów doszłoby już latach II Rzeczpospolitej. Tymczasem, choć i dwudziestoleciu międzywojennym dochodziło do aktów agresji wobec Żydów, to trudno znaleźć w tamtym okresie wydarzenia przypominające te z lata 1941 r. Aby zatem zrozumieć dlaczego do nich doszło właśnie wtedy, trzeba też uwzględnić postępującą od wybuchu II wojny światowej demoralizację społeczną, eksterminację elit oraz nasilenie antagonizmu polsko-żydowskiego w okresie okupacji sowieckiej, do której część społeczności żydowskiej odniosła się z większą sympatią niż Polacy. To jednak nie wszystko. Niezbędnym elementem, który zresztą komplikuje całą sprawę bodaj najmocniej, są zachowane rozkazy szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinharda Heydricha dla specjalnych grup operacyjnych SS, które wkraczały na teren ZSRR w ślad za oddziałami Wehrmachtu. „Nie należy stwarzać żadnych przeszkód – pisał 29 czerwca 1941 r. – dążeniom do samooczyszczenia ze strony kręgów antykomunistycznych czy antyżydowskich na nowo zajętych terenach. Przeciwnie, należy je wywoływać, nie pozostawiając śladów, w razie potrzeby intensyfikować i kierować na właściwe tory, jednak w taki sposób, aby miejscowe >koła samoobrony< nie mogły później powoływać się na zarządzenia lub na dane im polityczne obietnice”.
Naturalnie ten, i inne wydane w następnych dniach rozkazy, nie zdejmują z polskich wykonawców odpowiedzialności. Jednak to, że przynajmniej część pogromów – w tym prawdopodobnie również ten w Jedwabnem, gdzie w dniu zbrodni (lub w przeddzień) przebywała grupa Niemców – była inspirowana, a być może także organizowana („nie pozostawiając śladów”) przez grupy operacyjne SS, pozostaje ważnym argumentem po stronie tych, którzy starali się ograniczyć odpowiedzialność Polaków.
Dla wielu środowisk, politycznie sytuujących się na narodowej prawicy, postawa Instytutu, a zwłaszcza prof. Kieresa, który w trakcie debaty o Jedwabnem był bardzo aktywny w mediach, stanowiła olbrzymie rozczarowanie. „Oczekiwania są takie – mówił Kieres w wywiadzie zamieszczonym w pierwszym numerze >Biuletynu IPN<, który ukazał się w lutym 2001 r. – że IPN ma pielęgnować pamięć o dobrych uczynkach Polaków. Tymczasem odkrywamy również sprawy, które nie przynoszą nam chluby. Byli wśród nas również tacy, których najchętniej nie chcielibyśmy zaliczać do narodu, społeczeństwa, do obywateli państwa polskiego. I to w różnych obszarach – stosunków z Żydami, Niemcami, Ukraińcami, z Polakami. (…) Uważam, że Instytut musi być również instytutem pamięci narodowej o tych niechlubnych kartach w naszej historii”.
To ostatnie było nie do przyjęcia dla narodowej prawicy, która bardzo szybko zaczęła gwałtownie krytykować IPN i jego szefa. Przez takie pisma jak „Nasz Dziennik”, „Głos” czy „Nasza Polska” przetoczyła się fala publikacji atakujących Kieresa, za których podsumowanie mogą posłużyć dwa głosy w dyskusji do jakiej doszło w Sejmie 28 lutego 2002 r. nad sprawozdaniem z działalności IPN. W obu przypadkach pochodziły od posłów wybranych z listy Ligi Polskich Rodzin.
Poseł Antoni Macierewicz: „Zamiast dążyć do wyjaśnienia prawdy (…) prezes instytutu z góry rozstrzygnął, kto jest winny. Podczas wizyty w USA we wspólnym komunikacie z przedstawicielami społeczności żydowskiej w lutym 2001 r. prof. Kieres stwierdził, cytuję: >Dostępne w chwili obecnej dowody potwierdzają przypuszczenie, że Żydzi z Jedwabnego zostali zamordowani przez Polaków<. Tezę tę pan prezes powtarzał wielokrotnie (…) Jest rzeczą dla mnie niezrozumiałą, jak profesor prawa, prezes IPN, osoba powołana przez naród do osądzania zbrodni przeciwko narodowi i do dbania o polską pamięć narodową, może tak fałszować historię, oskarżając własny naród o najgorsze przestępstwo ludobójstwa”.
Poseł Antoni Stanisław Stryjewski: „Dlaczego zaangażował pan, panie prezesie, IPN w proces dezawuowania dobrego imienia Polaków, w tym mieszkańców Jedwabnego, poprzez wsparcie autorytetem IPN-u kłamstw opublikowanych w książce Jana Tomasza Grossa? Dzięki też pana prezesa manipulacjom, przemilczeniom, uległości, Żydzi świata i pan Olek Kwaśniewski odmówili kadysz, modlitwę dla zmarłych, wraz z przekleństwem dla narodu polskiego w czasie jedwabieńskiej hucpy w lipcu 2001 r. (…) Kiedy możemy oczekiwać rezygnacji pana prezesa z funkcji prezesa IPN? Chodzi o umożliwienie wyboru na to stanowisko Polaka, zatroskanego o prawdę historii Polski i kochającego naród polski. (Oklaski) Przypomnę Wysokiej Izbie, że środowiska patriotyczne Wrocławia, w tym środowisko Rodziny Polskiej, było przeciwne wyborowi pana na prezesa IPN, bo w swej wcześniejszej działalności samorządowej we Wrocławiu pokazał pan, jak świetnie radzi sobie pan z manipulowaniem prawdą i jak umie pan szkodzić Polakom”.
Zachowanie Kieresa w sprawie Jedwabnego budziło też wątpliwości w samym Instytucie, choć z innych powodów niż te wykrzykiwane przez narodowych radykałów. Publicznie dał im wyraz w lipcu 2001 r. na łamach „Rzeczpospolitej” Andrzej Grajewski pisząc: „W moim przekonaniu profesor Kieres (…) mieszał rolę moralnego autorytetu, jakim mam nadzieję stanie się dla całego społeczeństwa po zakończeniu swej kadencji, z obowiązkami wynikającymi z pełnienia przez niego funkcji bardzo ważnego urzędnika państwowego. Od potrzebnych w tej sprawie aktów ekspiacji są Kościół, prezydent RP i premier, a nie prezes IPN. Jego obowiązkiem są: wypełnianie ustawy, czyli przeprowadzenie wnikliwego śledztwa oraz zadbanie, aby ustalenia w tej sprawie stały się własnością opinii publicznej”. Grajewskiemu chodziło zwłaszcza o wypowiedzi Kieresa podczas wizyty w USA na początku 2001 r., kiedy w charakterystycznym, pełnym patosu stylu, przepraszał tamtejsze środowiska żydowskie za zbrodnię w Jedwabnem. Niezręczność – bezlitośnie wytknięta przez Macierewicza – polegała też na tym, że uczynił to w czasie, kiedy zarówno śledztwo Ignatiewa, jak i prace zespołu historyków dopiero się rozpoczynały.
Im gwałtowniej Kieres był atakowany przez narodową prawicę, tym bardziej za to samo był chwalony przez środowiska liberalne. Skalę już nawet nie uznania, co uwielbienia niektórych osób ze środowiska „Gazety Wyborczej” dla szefa IPN w okresie apogeum debaty jedwabieńskiej znakomicie ilustruje następujący fragment komentarza Jacka Żakowskiego z lipca 2001 r.: „Wierzę – i to wierzę głęboko – w niezwykłość polskich elit, które (…) w sytuacjach krytycznych często najnieoczekiwaniej wydają z siebie złote samorodki, a czasem wręcz prawdziwe koronne diamenty, zdolne udźwignąć ciężar kolejnej historycznej burzy. (…) Może nawet trudno nam jest sobie wyobrazić, gdzie byśmy dziś byli z naszą historyczną pamięcią, z tragedią Jedwabnego i z rachunkami polsko-żydowskiego dramatu XX wieku, gdyby nie fenomen Leona Kieresa. A kto jeszcze rok temu przeczuwał wielkość senatora Kieresa?” W niespełna cztery lata później, ten sam Żakowski rzucał już gromy pod adresem prezesa IPN, który okazał się nie dość skuteczny w strzeżeniu wstydliwych fragmentów biografii niektórych „złotych samorodków”, a co gorsza dopuścił do tego by Instytut obnażył „zwykłość” polskich elit w czasach PRL. To wszystko miało się jednak wydarzyć dopiero w 2005 r., tymczasem trzy lata wcześniej Kieres otrzymał od redakcji „Tygodnika Powszechnego” order św. Jerzego za „zmagania ze złem i uparte budowanie dobra w życiu społecznym”, następnie „Gazeta Prawna” przyznała mu nagrodę Złotego Paragrafu i uznała Prawnikiem Roku 2003, z kolei abp Józef Życiński odznaczył go medalem Lumen Mundi (Światłość Świata). A Politechnika Gdańska uhonorowała go tytułem doktora honoris causa.
Pochwał płynących pod adresem szefa IPN, o którym Aleksander Małachowski w artykule „Wielkość Leona Kieresa” pisał jako o „wspaniałej, dumnej i rzetelnej postaci na polskiej scenie politycznej”, nie mógł też zupełnie zignorować SLD. Tym bardziej, że zamiast spodziewanych przez prawicę informacji o uwikłaniach agenturalnych różnych osób publicznych, z Instytutu płynęły deklaracje, których się wcześniej po prezesie IPN nikt raczej nie spodziewał. Co więcej działo się to wszystko w okresie kampanii wyborczej, w trakcie której Leszek Miller miał powiedzieć, że każde użycie słowa „Jedwabne” kosztuje go dwa procent spadku poparcia. Wprawdzie kłóciło się to nieco z obrazem wyborców SLD jako ludzi otwartych na dialog polsko-żydowski, dla którego sposób potraktowania przez IPN sprawy zbrodni w Jedwabnem zrobił dużo dobrego, ale jedno było pewne: próba uderzenia w tę instytucję natychmiast po przejęciu władzy i rozmontowanie jej w sposób podobny do tego jak potraktowano np. UOP, z którego wyrzucono kilkuset funkcjonariuszy, naraziłby SLD na krytykę środowisk liberalnych z „Gazetą Wyborczą” na czele. Ponieważ zaś wszystko to działo się jeszcze przed wybuchem afery Rywina, ekipa Millera najwyraźniej postanowiła poczekać z rozstrzygnięciem losów IPN. Później zaś było już na to za późno.
Bilans zaangażowania Instytutu w sprawę wyjaśnienia okoliczności zbrodni w Jedwabnem był z pewnością korzystny i to nie tylko dla tej instytucji, ale i dla całego państwa polskiego. Szczególnie dla jego obrazu za granicą, gdzie Jedwabne stało się nie tylko (kolejnym) symbolem polskiego antysemityzmu, ale i zdolności współczesnej Polski do stawienia czoła jednej z najciemniejszych kart naszej najnowszej historii. Inna rzecz, że to stawianie czoła interesowało w Polsce tak naprawdę tylko nielicznych. Kiedy bowiem IPN wydał już, przygotowane olbrzymim nakładem pracy, dzieło „Wokół Jedwabnego”, to okazało się, że większość z liczącego dwa tysiące egzemplarzy nakładu trzeba było rozdać, by nie blokowało szczupłej powierzchni magazynowej pozostającej w dyspozycji Instytutu na potrzeby dystrybucji książek. A z badań przeprowadzonych przez OBOP, niemal dokładnie w czasie gdy „Wokół Jedwabnego” trafiło do nielicznych zainteresowanych nim księgarń, a zatem w ponad rok po przejściu przez media wielkiej debaty, połowa ankietowanych nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie: kto zabił Żydów? Z drugiej połowy, która miała w tej sprawie wyrobiony pogląd, jedynie 17 proc. uznało, że byli to „Polacy zachęceni przez Niemców”. Znacznie więcej wybierało odpowiedzi, w których zbrodni mieli dokonać „Polacy zmuszeni przez Niemców” (34 proc.), a nawet „sami Niemcy, bez udziału Polaków” (18 proc.).
Nie tylko te dane napawają smutkiem. Smutny jest też fakt, że ci sami ludzie, którzy tak chwalili Instytut za pokazanie ponurej karty jedwabieńskiej, bez zmrużenia oka wieszali później na nim psy za pokazywanie innych niewygodnych spraw z naszych narodowych dziejów. Z kolei ich adwersarze, postrzegający sprawę Jedwabnego jako antypolską propagandę i ciskający z tego powodu gromy pod adresem IPN, nie mogli się później nachwalić Instytutu na przykład za rolę odegraną w ujawnieniu niechlubnych fragmentów w życiorysie Wałęsy. Patrząc na to z dystansu, trudno się pozbyć refleksji o mizernym poziomie i nużącej przewidywalności naszego życia publicznego, w którym nietrudno z góry przewidzieć kto i co powie w danej sprawie.
Fot. Scren/tv.rp.pl
Autor: prof. Antoni Dudek
Polski politolog i historyk, profesor nauk humanistycznych, członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej, profesor zwyczajny Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.
Zostaw komentarz