– W Polsce jest zorganizowana aktywna dezinformacja. Moim największym osiągnięciem było chyba przyczynienie się do ujawnienia systemu, pokazania jak on działał. Mieliśmy do czynienia nie z jedynym czy kilkoma warchołami, gangsterami czy nieuczciwymi ludźmi, ale z organizacją, która ma zakres krajowy. Czy to są służby specjalne, czy powiązania osób, które dla korzyści własnych tym sterują, chcąc utrzymywać sytuację, aby Polska była taka jak jest, nie będę wnikał – mówi prof. Chris Cieszewski w wywiadzie dla portalu Pressmania.pl. – Natomiast pewne jest, że takie instytucje jak: IPN, kontrwywiad, prokuratura wojskowa, wszystkie media głównego obiegu, włączając telewizję, ze sobą współpracowały i przeprowadziły planową akcję, żeby podważać niezależne dochodzenie smoleńskie na wszystkich możliwych frontach, fabrykując raport przygotowany „na kolanie”. Żeby przeprowadzić lustrację całego mojego życia sprzed ponad 30- stu lat, przy zaangażowaniu wszystkich mediów, nawet skorumpowaniu pracowników IPN-u – przypomina odważny naukowiec w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską nieudaną próbę skompromitowania jego osoby w oczach polskiej opinii publicznej.

Małgorzata Kupiszewska: Dobry wieczór Panie Profesorze. U nas już późna noc…

Prof. Chris Cieszewski: – U mnie jeszcze wieczór. Z kim mam przyjemność?

Nazywam się Małgorzata Kupiszewska, przygotowuję wywiad dla portalu internetowego Presmania.pl. Mam nadzieję, że nawet w amerykańskiej Georgii znany jest ten niezależny portal…

– Tak.

Panie Profesorze, przez jednych jest Pan nazwany kłamcą i oszustem przez innych gwiazdą Internetu. Kim Pan jest naprawdę?

– Szczerze mówiąc, uważam za patologię takie przykłady jak GW-media, które kłamstwem i fabrykowaniem informacji przypisały mi mówienie nieprawdy. Z drugiej strony wywiad, w Polsacie, który stał się hitem internetu, był po prostu nieudaną próbą matactwa przez tę stację. Moją główną działalnością nie jest Internet, tylko sale wykładowe i konferencje naukowe. Ja nigdy nie kłamię, bo nie mam potrzeby kłamać, i jest to sprzeczne z moją naturą. Prawda jest znacznie zdrowsza dla psychiki i łatwiejsza do obronienia i zapamiętania. A z pracami konferencji smoleńskiej związałem się na zaproszenie, a nie dlatego, żebym miał jakaś agendę czy też, żebym chciał uprawiać politykę.

Kim zatem jest Pan Profesor?

– Chciałbym być porządnym człowiekiem, który zarówno nie wstydzi się konfrontacji ze swoimi dziadkami, jak i wnukami. Najważniejsza rzecz dla mnie w życiu to postępować tak, żebym sam siebie szanował. Zauważyłem pewne rzeczy, przebadałem, sprawdziłem, udokumentowałem, i nawet jak się myliłem, to zawsze się ograniczałem w swoich raportach do omawiania tego, co było w zakresie mojej wiedzy fachowej i co wynikało z danych, które są publicznie dostępne.

Dla wielu ludzi niektóre z moich badań okazały się rewelacją. Dla mnie każdy raport jest po prostu jedną z możliwych interpretacji danych, która by się nie zmieniła, nawet gdyby inne dowody zaprzeczały jej – choć mogłaby się w obecności innych dowodów stać mniej prawdopodobną, a nie „najprawdopodobniejszą” interpretacją.

Gdy się robi badania w anormalnych warunkach, bez adekwatnych funduszy, danych, w atmosferze kłamstw medialnych i skonfundowanych gapiów, osoba analizująca jakieś szczątkowe dane musi rozważać różne możliwości z punktu widzenia prawdopodobieństwa i zgadywania tego, co jest najbardziej możliwe lub sensowne – medialne kłamstwa, różne konkurujące z sobą hipotezy, czy też prawa natury lub fizyki.

Mówi Pan Profesor teraz o zdarzeniach pod Smoleńskiem z 10 kwietnia 2010r?

– Tak. Rzeczy, które przedstawiłem, były oparte na pełnej transparentności, wytłumaczeniu, pokazaniu danych, metod, interpretacji, i nic z tego, co prezentowałem, nie było ani kłamliwe, ani zmanipulowane. Rzeczy, które pokazałem, zrobiłem jako pierwszy, a nawet jedyny, nie powtarzając niczego po nikim. Zwróciłem uwagę na niespójności z „fizjologią” brzóz, zagadkowe białe plamy, niespójna z mechanicznymi właściwościami drewna charakterystyka przełomu konaru brzozowego, brak zmian scenicznych na działce Bodina przed i po katastrofie itd. itp. I żadna z tych anomalii nie została do dziś wyjaśniona.

Brak soków brzozy z dolnego jej pęknięcia jest niewytłumaczalne w żaden możliwy sposób dla hipotezy zajścia w dn.10.4.2010. Można by naginać założenia, że pęknięcie dolne nastąpiło w odległej przeszłości, przyczyniając się do obumarcia części górnej. Mogła być złamana przez podmuch wiatru lub turbulencji samolotu, gdyby nie to, że ten przełom ma wyraźne nacięcia w różnych kierunkach, które nie mogły być ani wynikiem kolizji ze skrzydłem, ani wynikiem podmuchu, nie mówiąc już o tych zaśniedziałych metalowych częściach ewidentnie niepochodzących z tupolewa, o których się tyle mówiło.

Jeśli brzoza była w innym miejscu, a szczególnie, nawet jeśli rzeczywiście byłaby złamana 10.4.2010, to ciągle byłoby niewytłumaczalne to, że nie miała soków, gdy inne brzozy w tym okresie i regionie miały obfite soki i sezon zbierania soków przez lokalną ludność był w pełni. Charakterystyka jej przełomu i sposób złamania i upadnięcia zaprzecza możliwości kontaktu z samolotem. Brak istotnych różnic w scenerii 5 i 10 kwietnia zaprzecza możliwości tego, że prezydencki samolot mógł przelatywać nad tą działką na tak niskiej wysokości.

Do tego złamanie brzozy 10.4.2010, bez wydzielania soków z przełomu, oznaczałoby, że jej górna część musiała być obumarła od jakiegoś czasu i że była znacznie słabsza niż zakładano początkowo, co by jeszcze mocniej popierało obliczania prof. Biniendy, że ta brzoza nie mogła urwać skrzydła tupolewa.

Cokolwiek by nie zmienić, w którymkolwiek z tych elementów, to końcowa konkluzja jest taka sama. Tupolew nie mógł uderzyć skrzydłem w tę brzozę.

Czy to z powodu miejsca brzozy, czy z powodu braku soków, czy z powodu ewidentnej charakterystyki przełomu niespójnej z możliwością kolizji z samolotem, czy z powodu niespójnego z tym sposobu upadku korony drzewa, czy też z powodu nieporuszonych plastikowych torebek i innych śmieci, to wszystko nie tylko razem, ale nawet którekolwiek z osobna, prowadzi do tej samej konkluzji, że nie było kolizji z tupolewem. I to jest jedyna rzecz, która jest istotną, a wszystko inne to sztuczna zawierucha.

Podobnie jest z tymi plamami, które mogą sugerować, że są powiązania przyczynowo-skutkowe między tym, co się działo przed katastrofą i po katastrofie w miejscu szczątków samolotu. Jednak ja sam nigdy nie próbowałem spekulować na tematy, na których się nie znam i próbować zgadywać co mogło tam być czy dziać się. Jak by się okazało nagle, że są dowody na to, że te plamy to był zwykły śnieg, to ciągle byśmy mieli te same pytania o wyjątkowy charakter tych plam, czy też tego śniegu. Dlaczego kształt tych plam pokrywa się ze szczątkami samolotu? Dlaczego ich lokacja, która w przeszłości była wyjątkowo uboga w śnieg, nawet gdy śnieg był prawie wszędzie, w tym roku zakumulowała wyjątkowo duże ilości śniegu, pomimo że już go prawie nie było wszędzie gdzie indziej? I to akurat w miejscu głównych skupisk szczątków samolotu? Czy to był jakiś specjalny śnieg, że po stronieniu przyciągał aluminium? Czasami mogę uwierzyć w cud. Ale nie wierzę w tak wiele zbiegów okoliczności, nie wierzę w tak wiele cudów naraz.

Jakieś drugie dno?

Jest oczywiste, że jest zorganizowana aktywna dezinformacja. Moim największym osiągnięciem było chyba przyczynienie się do ujawnienia systemu, pokazania jak on działał. Mieliśmy do czynienia nie z jedynym czy kilkoma warchołami, gangsterami czy nieuczciwymi ludźmi, ale z organizacją, która ma zakres krajowy. Czy to są służby specjalne, czy powiązania osób, które dla korzyści własnych tym sterują, chcąc utrzymywać sytuację, aby Polska była taka jak jest, nie będę wnikał. Natomiast pewne jest, że takie instytucje jak: IPN, kontrwywiad, prokuratura wojskowa, wszystkie media głównego obiegu, włączając telewizję, ze sobą współpracowały i przeprowadziły planową akcję, żeby podważać niezależne dochodzenie smoleńskie na wszystkich możliwych frontach, fabrykując raport przygotowany „na kolanie”. Żeby przeprowadzić lustrację całego mojego życia sprzed ponad 30- stu lat, przy zaangażowaniu wszystkich mediów, nawet skorumpowaniu pracowników IPN-u.

Jest to znamienne, że taki człowiek jak prof. Dudek pozywał mnie na zamówienie na podstawie niekompletnej pseudoekspertyzy, powołującej się na jeden kwit który, jak się później okazało, był sfałszowany lub zawierał błąd. To niemożliwe, aby profesor IPN był tak kompletnie niekompetentny albo wręcz głupi i nie umiał czytać esbeckich dokumentów. Gdyby był porządnym i uczciwym człowiekiem, który się tylko pomylił, starałby się jakoś z tego wycofać. A on co więcej, atakował w podobny sposób ministra Macierewicza. Widać tu złą wolę, widać skoordynowaną organizację na skalę krajową i nawet międzynarodową, bo przecież nawet była nagonka na mnie na moim uniwersytecie.

Kiedy się działa nagonka na profesora Rondę, to myślałem, że to jakaś przypadkowa histeria. Tłumaczyłem sobie, że to wynik tego, że ludzie nie dorośli do prawdziwej dyskusji, że GW-media są podłe, ale nie podejrzewałem planowej organizacji o zakresie krajowym. Dopiero kiedy moja sprawa się zaczęła i było widać zgranie i planowanie wysiłków różnych instytucji państwowych, takich jak prokuratura, kontrwywiad, IPN, GW-media, etc. to uzmysłowiłem sobie, że to było coś odgórnie sterowane i koordynowane, planowane i systematycznie rozgrywane. Mając tę świadomość, łatwo można zobaczyć, w jaki sposób ludzie są w Polsce manipulowani, oszukiwani i ogłupiani poprzez stare, stalinowskie metody: wyśmiewanie, zakrzykiwania, ubliżanie, wyzywanie. To jest sedno sprawy tego, co się dzieje w Polsce. Nowy rząd powoli to zmienia i to jest pozytywne i daje nadzieję na przyszłość.

Pana Profesora postrzeganie Matki Kurka, Piotra Wielguckiego, jest dla mnie ciekawe…

– Po 89 roku doszedłem do błędnego wniosku, że Polska była zwariowanym miejscem, a Polacy przegranymi ludźmi ze zniewolonymi umysłami, którzy już muszą pozostać na zawsze niewolnikami. Patrzyłem, jak Polacy demokratycznie wybierali komunistów i byłem zdegustowany i pełen pogardy dla nich. Dzisiaj widzę, że to wszystko było sterowane, że to wszystko była jedna wielka przebieranka. Wielu ludzi się na to nabrało i ja też się nabrałem. Dziś dopiero widzę i się za głowę łapię, jak to było możliwe, że ludzie tak dali się oszukać! O swoim „nabraniu” mówił Matka Kurka słowami: „byłem pożytecznym idiotą”. On się nabrał tak, że aż dał się wciągnąć w to i był aktywistą.

Ja też się dałem nabrać tylko w inny sposób. Pod tym względem Matka Kurka i ja mieliśmy inne doświadczenia. On sam się skorygował i zaczął działać. Ja nie. Przez ćwierć wieku tkwiłem w przekonaniu, że Polacy są skazani na niewolnictwo, bo mają już diametralnie wyprane mózgi przez komunizm. Dopiero teraz zrozumiałem, że to jest ciągle ten sam system, ci sami ludzie i te same metody, gdy ogarnąłem zasięg nagonki przeprowadzonej przeciwko mnie samemu, bo w tym przypadku znałem dokładnie wszystkie szczegóły i z przeszłości i z teraźniejszości.

Z punktu widzenia kręgosłupa moralnego jest imponujące, że widząc zło, Matka Kurka był w stanie się otrząsnąć i powiedzieć: „dosyć”. Miał na tyle inteligencji i kręgosłupa, żeby zauważyć zło i się wyłamać. Dla mnie jest to człowiek, który w tym momencie robi największą i najodważniejszą robotę w przywracaniu normalności. Jego komentarze są fantastyczne, ale nikt tego nie podchwytuje. Kiedyś napisał taką jakby denuncjację tych mediów drugiego obiegu. Brzmiała bardzo gorzko, ale była w pełni uzasadniona.

Powiedział, że Paweł Artymowicz nie jest produktem komsomolców, czy jakichś tam ruskich, czy PO. Jest produktem mediów drugiego obiegu. Bo go nie rozliczają z jego wszystkie kłamstwa i brednie, jakich się dopuszcza. W tym artykule Matka Kurka pisze: proszę bardzo, weźcie to, nawet nie musicie mówić, że ja to znalazłem, weźcie jako swoje, ale zacznijcie to ogłaszać. Dał wiele linków, do przykładów, jakie bzdury wygaduje Artymowicz. I rzeczywiście jest to dziwne, że nikt nie weryfikuje jego kłamstw.

Złapał Pan Profesor Pawła Artymowicza na kłamstwie?

– Słyszałem go w TV. Mówił o tym, że ta złamana brzoza Bodina nie wygląda na wiatrołom, i że wiatr jest za słaby, aby złamać grube drzewo, że złamałby te cienkie gałęzie tylko. Motywował to jakimiś opowiastkami o meteorach – nie wierzyłem własnym uszom. Gdyby to mówił Jan Pietrzak, to byłoby to śmieszne, ale w tym przypadku to było po prostu mdlące. Jest takie stare przysłowie: „Zielona trawa gnąca się na wietrze jest silniejsza niż potężny dąb, który łamie się w sztormie” (Konfucjusz), które jest znane jako zarówno „mądrość ludowa”, jak i „prawo natury”. Wypowiedzi Artymowicza były kuriozalne. To była wypowiedź człowieka, który nie ma pojęcia nie tylko o inżynierii i fizyce, nigdy nie był w lesie na spacerze, nie czytał książek o naturze. Nieodpowiedzialnie zmyślał to. Ponieważ jest on wybitnym naukowcem, to nie ma to innego wytłumaczenia niż zwykła intencjonalna nierzetelność lub po prostu nieuczciwość.

Polska swoją drogą jest wariatkowem, poprzez indoktrynację Polaków przez 70 lat. Jest to potężna machina z niewyczerpanymi źródłami finansowymi, prawnymi, legislacyjnymi itd. To musi mieć jakiś wpływ na ludzi i kulturę. Kiedy, np. rodzice prześladują dziecko, to wzrasta ono z problemami, nawet czasem wyrasta na psychopatę. Jeśli teraz przenieść to na społeczeństwo, które jest stale manipulowane, okłamywane i prześladowane, które rozwija się w strachu i ogłupieniu, to i tak trzeba się cieszyć, że to społeczeństwo jeszcze istnieje jako społeczeństwo. Bo mogłoby być kompletnie oszalałe, psychopatyczne, czy fanatyczne, à la ISIS.

Panie Profesorze, czyli potężna armia dezinformatorów sprawia, że ludzie już nie wiedzą, w co wierzyć?..

– Tak, z pewnością. Potężna armia dezinformatorów oddziałuje psychologicznie na społeczeństwo tak, że część ludzi nie wie, w co wierzyć, a inna część zaczyna podświadomie wierzyć w to, co im się narzuca. Tylko nieliczni są odporni na uporczywą indoktrynację.

Na studiach brał Pan udział w drukowaniu i kolportowaniu wolnościowej prasy m.in. gazety „Głos” oraz „Wola”. Naprzeciwko Pana stanęła zakłamana propaganda PRLu. Jak zakończyła się Pana pierwsza batalia o prawdę?

– Sprostuję – „Głos” tylko kolportowałem.  Wtedy studiowałem w Krakowie, mieszkałem w Warszawie. Mój kuzyn Witold Chodakiewicz, ojciec prof. Marka Chodakiewicza, który był wtedy zaangażowany w podziemie, zwerbował mnie, żebym woził bibułę do Krakowa, i ta bibuła między innymi zawierała „Głos”. Jeżdżąc do Krakowa na studia, w pociągu relacji Warszawa-Zakopane, wyglądałem z plecakiem z wysokim kominem, jak normalny turysta udający się w góry. Było to między 1977 a 1980 rokiem. „Wolą” zająłem się dopiero w czasie stanu wojennego i zajmowałem się tam drukowaniem, kolportażem, rekrutacją i doskonaleniem metod drukarskich i promowaniem decentralizacji druku poprzez zakładanie wielu małych drukarni o nakładach poniżej ok. 500 do 1000 kopii każda.

Proszę, niech Pan Profesor opowie o swoim udziale w strajku na SGGW…

– W 80 roku przeniosłem się do Warszawy. Zaangażowałem się w NZS (Niezależny Związek Studentów- przyp. red.). W czasie strajku zostałem szefem przepustek. Było to niewdzięczne zadanie, bo się składało głównie z odmawiania studentom przepustek na trywialne potrzeby. Z czasem ta sytuacja mi dopiekła tak, że uciekłem do strażaków.

Na strajk do Wyższej Szkoły Pożarnictwa na Żoliborzu, ten który spacyfikowano na oczach całej Polski?

– Tak. Tam przed Wyższą Szkołą Pożarnictwa był okalający pierścień milicji. Jeden z organizatorów naszego strajku poprosił, żebym pomógł mu się tam przebić, bo miał być jako zaproszony obserwator. Miałem stworzyć zamieszanie, żeby milicja skupiła się na czymś innym, a on by mógł pobiec i zostać wciągniętym przez okno do budynku. Strażacy byli w oknach i machali nam. Wtedy ja zacząłem machać do tych strażaków, oni mi odmachiwali zapraszająco. W końcu zdecydowałem się pobiec przez ten pierścień milicji i ci strażacy w oknach złapali mnie i wciągnęli, zanim milicja mnie dogoniła i tak się znalazłem na tym strajku.

Koledze się udało wejść do Szkoły Pożarnictwa?

– Tyle było zamieszania dookoła mnie, że milicjanci gonili mnie, a więc on też mógł się przebić bez problemu. Jak już się tam dostałem, to było cudownie. Tam nikt nie chciał wyjść na przepustkę na żaglówki czy na randkę, czy coś. Tam byli jakoś zżyci. To było piękne przeżycie i to samo było warte pójścia do więzienia, choć to nie było konieczne, bo po pacyfikacji strajku tamtejsi studenci pomogli mi uniknąć aresztowania. Po pacyfikacji, w przebraniu strażaka, zostałem wywieziony razem z całą klasa na Dworzec Zachodni. Stamtąd, po przebraniu się, pobiegłem z powrotem na strajk SGGW.

Długo tam byliście razem?

– Do pacyfikacji strajku… To było prawie do czasu wprowadzenia stanu wojennego. Jak się dostałem na ten strajk, to następnego dnia zrobili już dwa pierścienie milicji. Potem znowu dowieźli jeszcze więcej Zomowców i budynek już był otoczony przez trzy pierścienie milicji i ZOMO. Przyjechało ich całe mnóstwo, ale o tym strajku to już kiedy indziej…

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Andrzej Wiktor