W związku z dyskusją o tzw. dyspozycyjności nauczycieli, którzy musieliby przebywać w szkole.

Napisałem parę dni temu (link) taki tekst o propozycjach ministerialnych, w którym:
• podniosłem kwestię pensji nauczycieli, jej uzależnienia od jasnych kryteriów – proporcje do średniej w przemyśle lub w całej gospodarce, ewentualnie minimalnej; zróżnicowania w zależności od efektów nauczania i wychowania, stażu pracy – tu jestem zwolennikiem (oprócz tego ustawowego – powszechnie obowiązującego) spłaszczenia wysokości pensji – wysoka na start i wzrastająca od stopnia awansu zawodowego, ale tak bez jakichś skoków;

• potrzebę ciągłego doskonalenia warsztatu pracy, poziomu merytorycznego nauczycieli przez obowiązkowe kończenie odpowiednich form doskonalenia zawodowego, ale w koncesjonowanych placówkach, a nie wirtualnych bytach;

• tzw. dyspozycyjność nauczycieli – postulowaną przez MEiN

• postawę związków zawodowych.

I rzecz charakterystyczna – dyskusję wywołała sprawa dyspozycyjności. Reszta moich uwag została zaakceptowana.

W odniesieniu do tej dyspozycyjności przeszkodę widzi się – także robią to sami nauczyciele – w braku pomieszczeń do tego. Uważam, że to jest sprawa błaha – brak miejsc. To jest najmniejsza przeszkoda we wprowadzeniu tego rozwiązania. Większą jest fakt, że wielu nauczycieli pracuje w kilku szkołach – nieraz by wypełnić etat, nieraz mając nadgodziny. W pierwszym przypadku jakoś dałoby się to pogodzić organizacyjnie, co do drugiego jest to już niemożliwe. I wtedy potrzeba więcej nauczycieli danego przedmiotu.

I jeszcze jedna kwestia, która wynika z maili i wiadomości prywatnych, które dostaję od nauczycieli. Piszą oni m. in. o tym, że np. w szkołach prywatnych – gdy brak jest nauczyciela z kwalifikacjami opłaca się mu studia podyplomowe na uczelniach, które oferują ich zdalną formę. Wiem, że kiedyś był taki trend, by o jakości oferty kierunków studiów świadczyły zajęcia w formie tzw. e-learningu.

Dziś po doświadczeniach „pandemicznych” wszyscy wiemy, że jest to iluzja. Studia nauczycielskie w formie zdalnej to czystej wody hipokryzja. I potem taki nauczyciel ćwiczy się na organizmie żywym – czyli uczniach. Szkoda, że tego absurdu nie zauważają Rodzice dzieci tak uczonych.

Następna kwestia wynikająca z korespondencji z nauczycielami. Ci młodzi, po kilku latach pracy, a nie tylko starsi, postulują, by kandydaci do zawodu nauczycielskiego przedstawiali zaświadczenia o braku przeciwwskazań do zawodu. Niektórzy są nawet tak radykalni, że domagają się badań psychologicznych co kilka lat.

I na razie rzecz ostatnia. Właśnie w związku z powyższą kwestią, ale też przypadkiem, który stał się głośny medialnie w Polsce i dotyczy liceum, którym kieruje Dyrektor Mariusz Graniczka. To sprawa możliwości podołania przez ucznia obowiązkom szkoły, wynikającym z profilu klasy. Nauczyciele głośno tego nie chcą powiedzieć, ale w korespondencji od nich wprost jest zawarty postulat, by Rodzice obowiązkowo informowali szkołę o stanie zdrowia dziecka. Są sytuacje, gdy w szkole pojawia się uczeń/uczennica z poważnym stanem psychicznym (po próbach samobójczych, depresjach itd.). Brak informacji o tym – powoduje, że nauczyciele mogą i popełniają błędy, pogłębiające te stany. A oni tego nie chcą, nie tylko ze względu na potencjalną prawną odpowiedzialność, ale przede wszystkim ze względu na dobro dziecka!!!

Jeśli MEiN chce podnieść jakość kształcenia, chce uczynić polską szkołę jeszcze lepszą, to powinno się takimi sprawami zająć.

Autor: dr hab. Józef Brynkus, prof. UP Kraków
Pracownik Katedry Edukacji Historycznej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Pochodzi z rodu górali podhalańskich i orawskich. Polski historyk i nauczyciel akademicki, profesor UP Kraków, poseł na Sejm VIII kadencji.