Na bazie ostatnich propozycji Ministerstwa Edukacji i Nauki w sprawie zmian w oświacie, w tym pensji nauczycielskich, bo trudno tu pisać o podwyżkach, chciałbym przedstawić swoje własne stanowisko:

1. w sprawie faktycznego czasowego zaangażowania nauczycieli w edukację, czyli odpowiedzieć na pytanie czy rzeczywiście nauczyciele pracują 40 godzin w tygodniu,
2. a jeśli tak czy otrzymują za to godziwą pensję?
3. A także ustosunkować się do ministerialnej propozycji w tym względzie
4. i potencjalnego stanowiska związków zawodowych.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w odpowiedzi na te pytania nie zadowolę wszystkie strony, przynajmniej początkowo. Bo po przeanalizowaniu mojej propozycji dwie strony powinny się jakoś dogadać. Dlaczego dwie?? Przedstawię tę sprawę przy odpowiedzi na czwarte pytanie.

Najprostsza jest odpowiedź na pytanie dotyczące pensji nauczycieli. Jest niska, a przyczyniła się do tego sytuacja z niedawnym powszechnym strajkiem nauczycieli. Nie udało się wypracować sposobu uzależnienia pensji nauczycieli od jakichś wymiernych wskaźników. Ruchy związków zawodowych były pozorne, a wręcz kuriozalne dwóch tych największych. Przewodniczący nauczycielskiej „Solidarności” niepotrzebnie poszedł na ugodę z rządem. I to spowodowało, że we wspólnym froncie pedagogów pojawiła się wyrwa. Przez tę wyrwę rząd spacyfikował nauczycieli za pośrednictwem kuriozalnego okrągłego stołu nauczycielskiego na Narodowym Stadionie, który stał się „igrzyskami a nawet nie chlebem”, Co więcej przez umiejętnie sterowaną medialną nagonką na nauczycieli udało się w społeczeństwie nie tyle wykreować, co wzmocnić wizerunek leniwych nauczycieli, którzy godzą się na ochłapy, bo w innych obszarach gospodarki nie znaleźliby zatrudnienia. Oczywiście jeszcze większa wina jest po stronie ZNP, a przede wszystkim jego przywódców. To nie są liderzy związkowi, jedynie funkcjonariusze, obrośli w synekury, bijący pianę po salonach. Jeśli ktoś pamięta, to od początku tego nauczycielskiego protestu pisałem, że jego obciążeniem jest aparatczyk Sławomir Broniarz – będący szefem ZG ZNP już 23 lata. Facet, który jest totalnie oderwany od szkolnej rzeczywistości. Postawię taką mocno kontrowersyjną tezę, że dla niego jest teraz dobrze, nauczyciele psioczą, a on z tego psioczenia korzysta i kreuje się na obrońcę pedagogów.

W moim przekonaniu do obliczenia pensji nauczycielskiej najlepsze wskaźniki, pozwalające na określenie wynagrodzenia pedagogów, to wysokość pensji w: albo całej gospodarce, albo też np. w przemyśle czy usługach. Taki wskaźnik nie tylko dowartościowałby pracę nauczycieli, ale także ułatwił zatrudnianie tych najlepszych, wymusił realną ocenę ich pracy, poprzez to, że Rodzice mogliby żądać, a nauczyciel musiałby się starać. Bo nie jest tak, że jestem naiwny i uważam, że wszyscy nauczyciele są świetni. I związki zawodowe – wraz z nauczycielami powinni doprowadzić do takiego stanu, że zostanie wypracowane jakieś stałe kryterium wzrostu wynagrodzeń nauczycieli. Nie uzależnione od protestów, ale trwałe.

I jest jeszcze jedna rzecz, która pewnie wywoła jakąś reakcję nauczycieli. Zwłaszcza tych „długo” w zawodzie. Pensje nauczycieli powinny być zróżnicowane. Ogólnie – nie tylko ze względu na ich „stażowe”, bo często uznawane jest ono za wskaźnik i doświadczenia i jakości pracy nauczycieli. Przeglądając archiwa oświatowe zauważyłem, że od lat w sporze o podwyżki dla nauczycieli pojawiał się wątek, jak obliczyć te podwyżki, komu dać więcej: tym z doświadczeniem czy tym przychodzącym do zawodu. Moim zdaniem najpierw trzeba podnieść pensję podstawową – ona powinna być miernikiem zasadniczym, potem wzrost – uzależniony od tzw. awansu zawodowego powinien być, ale nie większy niż w całości nauczycielskiej kariery jakieś maksimum 30 %. Pensje nauczycielskie powinny być także uzależnione od tego jakiego przedmiotu nauczyciel uczy. Wiem, że tą tezą być może wywołam burzę. Ale proszę mi wybaczyć – takie jest moje stanowisko w tej kwestii.

Ale nauczyciele powinni mieć też odpowiednie dodatki motywacyjne, za pracę, a nie bycie w szkole – uważam, że rzędu nawet ok. 25 % pensji podstawowej – tej wyjściowej, ale nie po równo, tylko w zależności od wkładu pracy. By miało to sens powinien być taki fundusz motywacyjny, który byłby przyznawany dwa razy w roku przez specjalną komisję: dyrekcja szkoły, przedstawiciel organu prowadzącego, rodziców, nadzoru pedagogicznego, związków zawodowych i grona pedagogicznego. Oczywiście najpierw trzeba byłoby opracować regulamin przyznawania i wszystko byłoby jasne.

I po wprowadzeniu tych wszystkich zmian dodatki powinny być ograniczone, z pewnością ucieszyliby się z tego samorządowcy zmuszani dziś do tzw. wyrównywania pensji nauczycielom.

Oczywiście rozwiązaniem tej kwestii jest wprowadzenie obowiązku tzw. dostępności
To nakłada szereg obowiązków dla dyrektorów szkół, którzy będą musieli stać się także menadżerami, bardziej odpowiedzialnymi przed organami prowadzącymi, a przede wszystkim przed Rodzicami i uczniami – bo to im świadczą usługę oświatową.

Odpowiedź na pytanie dotyczące wymiaru pracy nauczycieli też nie jest zbyt trudna dla osoby, która ze szkolnictwem ma kontakt ponad 35 lat. Nauczyciele – zdecydowana większość – pracują ponad 40 godzin w tygodniu. 18 w ramach pensum i resztę godzin wykonując różne obowiązki związane ze szkołą. Pojawia się jednak pytanie czy wszyscy nauczyciele faktycznie tak robią. Moim zdaniem nie. Są przedmioty, szkolne, które nie wymagają takiego zaangażowania. I nie będę owijał w bawełnę, że pensum nauczycieli powinno być jednakowe. Nie – matematycy, poloniści, historycy, językowcy, przyrodnicy, fizycy – to są nauczyciele, którzy dużo więcej pracują. I dla nich istniejące dotychczasowe pensum powinno być zachowane. W innych przypadkach zróżnicowane – 3 – nawet 5 godzin.

Ale rozwiązanie, które proponuje rząd jest nie do przyjęcia – podwyższenie dla wszystkich pensum i godziny tzw. dostępności w szkole. Sprawa dostępności nauczycieli: Jest to kwestia bardzo enigmatycznie sformułowana i jednocześnie dająca duże pole do nadużyć. Ale moim zdaniem możliwa do racjonalnego wprowadzenia i chyba wszyscy byliby z tego zadowoleni, choć dla Rodziców byłoby to pewnym obciążeniem. Musieliby się dostosować do tek dostępności. Bo ta dostępność nauczyciela w praktyce oznaczałaby dyżur w jakieś dwa – trzy dni w szkole w określonych godzinach, podczas których nauczyciel albo wykonywałby zadania oświatowe: przygotowanie uczniów do konkursów, olimpiad, organizowanie akademii itd. Przy dzisiejszej technice informacja dla Rodziców docierałaby natychmiast czy nauczyciel może poświecić im czas czy też wykonuje inne obowiązki szkolne. Ale te godziny dostępności nie mogłyby być wykorzystywane jako godziny dodatkowych lekcji – zajęć wyrównawczych. To nie miałoby sensu.

Dyspozycyjność wymaga także zabezpieczenia organizacyjnego w szkołach. Oczywiście powinny być sale do kontaktu z Rodzicami i uczniami. Ale dyspozycyjność nauczycieli oznacza także szereg obowiązków dla samych Rodziców Uczniów. Będą musieli sami być dyspozycyjni i nie zawracać głowy nauczycielom byle kiedy, tylko w określonych porach. Dyspozycyjność oznacza także elastyczność organizacji tej dyspozycyjności – nauczyciel nie musi być w szkole bez przerwy, ale może ustalić sobie z Dyrektorem szkoły określone pory tej dyspozycyjności
Jeśli Minister Przemysław Czarnek chce przejść do historii jako dobry minister, to oprócz kwestii związanych ze zmianą charakteru ideowego szkolnictwa powszechnego powinien dokonać radykalnych zmian w zakresie funkcjonowania oświaty, tak, by utrwalić pewne mechanizmy na lata.

I teraz odpowiedź na ostatnie pytanie: jakie jest/będzie stanowisko nauczycielskich związków zawodowych w kwestii propozycji ministerialnych. Moim zdaniem bierne i oportunistyczne. A szkoda.

I jeszcze jedna kwestia – opowiadam się za permanentnym obowiązkowym doskonaleniem merytorycznym/dydaktycznym nauczycieli. Każdy nauczyciel powinien mieć obowiązek ukończenia kwalifikowanych kursów/warsztatów/studiów podyplomowych, by poznać nowe ustalenia w dyscyplinie, która odpowiada szkolnemu nauczanemu przez niego przedmiotowi. Jako historyk widzę w tym szczególną konieczność. Takie kursy/warsztaty/studia podyplomowe powinny prowadzić uczelnie państwowe. Nie żadne doraźne wirtualne podmioty, które nawet nie mają kadry, tylko wykładowców z łapanki.

I na koniec dodam, że chciałbym, aby po tym tekście rozgorzała wręcz burza.

Autor: dr hab. Józef Brynkus, prof. UP Kraków
Pracownik Katedry Edukacji Historycznej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Pochodzi z rodu górali podhalańskich i orawskich. Polski historyk i nauczyciel akademicki, profesor UP Kraków, poseł na Sejm VIII kadencji.