Jeszcze przysłowiowe dwa słowa o okolicznościach śmierci Prigożyna. Te okoliczności są trochę tajemnicze, ale nie na tyle, by osoby powiązane z Sowietami/Rosją nie mogły ich odczytać jako zagrożenie dla samych siebie. Rosja/Związek Sowiecki/Rosja nigdy swoich wrogów (a raczej wrogów swoich przywódców) nazbyt delikatnie nie usuwali. Zawsze robiono to w taki sposób, że starano się ukryć bezpośrednich sprawców, ale nie samą śmierć. Bo ona miała i jest ostrzeżeniem dla tych, którzy podejmowali i podejmują współpracę z Rosją, że jeśli chcą z niej zrezygnować, zwłaszcza upokarzając jej przywódców, to czeka ich kara.
Proszę zauważyć, że tylko o niewielu szpiegach sowieckich wydanych Sowietom w ramach wymiany szpiegów przez Zachód coś więcej wiemy. Pewnie po stwierdzeniu, że są bezużyteczni, zostali po prostu zabici.
I śmierć Prigożyna jest też ostrzeżeniem. Inna sprawa, że nadal sądzę, iż ten jego bunt był wyreżyserowany na Kremlu, o czym miałaby świadczyć sekwencja późniejszych zdarzeń, w tym szybkie „dogadanie się” z Putinem przywódcy wagnerowców. A, że teraz Prigożyn zginął to może być w ramach trzech scenariuszy;
1. Przestał być potrzebny do straszenia – on i jego wagnerowscy – Polsce, bo ta skutecznie to przejrzała i mocniej chroni swoje granice;
2. Jednak w powszechnej opinii na świecie, tej opinii dopuszczalnej do obiegu informacyjnego, bunt (??) Prigożyna został odebrany jako dowód słabości Putina, więc należało jego sprawcę po prostu fizycznie usunąć;
3. Los Prigożyna – co jest głównym motywem tego posta – jest po prostu ostrzeżeniem dla mniej lub bardziej związanych z polityka rosyjską ludzi.
Autor: dr hab. Józef Brynkus, prof. UP Kraków
Pracownik Katedry Edukacji Historycznej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Pochodzi z rodu górali podhalańskich i orawskich. Polski historyk i nauczyciel akademicki, profesor UP Kraków, poseł na Sejm VIII kadencji.
Zostaw komentarz