Był rok 1995. Miałem wówczas 21 lat. Rozumiałem, że upadł komunizm i że dużo się zmienia i zmieni. Granica w Cieszynie powoli się rozszczelniała. Można było już przechodzic na drugą stronę, choć w początkowym okresie nie było wcale kolorowo. Były kontrole, często srogie, wredne wręcz sadystyczne. Jedną z nich przeszedłem w 1992 roku, gdy czechosłowacki celnik wziął mnie na kontrole osobistą. Musiałem się wówczas rozebrać do majtek, ale najgorsze było to, że ten skurwiel miał przy sobie taki mały śrubokręcik, którym rozkręcił mi kupiony tydzień wcześniej na bazarze zegarek elektroniczny, w poszukiwaniu niewiadomo czego. I go już nie skręcił, oddał mi w częściach i kazał się ubierać. Było mi go szkoda, bo kupiłem go od handlarzy, którzy operowali na półdzikim bazarku nieopodal lodowiska i stał się dla mnie symbolem prestiżu. Ci handlarze przyjeżdżali z Mexikoplatz w Wiedniu, gdzie nabywali w hurcie to, co takim jak ja sprzedawali w detalu. Wiedeń był wówczas dla mnie tak odległym miejscem.

Od wczesnych lat lubiłem i geografię, i historię. W zasadzie tylko te przedmioty traktowałem poważnie. Reszta leżała grubym odłogiem. Miałem taki stary radziecki atlas geograficzny, na którym rumuńskie i bułgarskie wybrzeże Morza Czarnego było „wygumkowane”. Nie wiem przez kogo, a tym bardziej w jakim celu. Wówczas postanowiłem, że pojadę tam sprawdzić, jak jest naprawdę.

Zorganizowałem trójosobową ekipę (ze mna włącznie) i pojechaliśmy. Najpierw pociągiem „Bombaj-Kalkuta” czyli Cheb-Koszyce, w którym nasi bracia Cyganie stanowili jakieś 70% pasażerów. Potem z buta, trochę stopem do Tornyosnémeti po węgierskiej stronie (ok. 30 km). Dalej pociągiem do Miszkolca, gdzie po raz pierwszy zaznałem kąpieli termalnych. Następnie trafiliśmy tranzytem do miejscowości o nazwie Nyiregyhaza, gdzie z dwie godziny czekaliśmy na przesiadkę, a wraaz z znami stary Węgier w kapeluszu i z podkręcanym wąsem. Dokładnie przez te dwie godziny uczył mnie poprawnej wymowy nazwy tej miejscowości i wciąż był niezadowolony z postępów nauki. O mało nie doprowadził mnie do obłędu. Ostatecznie przystał na ostatnią wersję dźwiękową z mojej strony, życząc nam dobrej podróży do nadgranicznej miejscowości Biharkeresztes. Stamtąd aby uniknąć drogich opłat międzynarodowych w ruchu kolejowym, ruszyliśmy z buta w kierunku granicy. Oczywiście ulicą Kossuth ut. Po drodze czuliśmy woń przejrzałych arbuzów, zwietrzałej palinki. Reklamowane było tylko jedno piwo: Borsodi. Już wówczas czułem, że to miejsce żałobne, niepogodzone z Trianon. Że tu się opłakuje Wielkie Węgry i czeka na ich zmartwychwstanie. Wiele razy bywałem na granicy węgiersko-rumuńskiej i zawsze miałem to samo wrażenie. Że tkwię po uszy w ropiejacej ranie, która nie potrafi się zabliźnić. Normalni ludzie, jak Polacy i Ukraińcy, Polacy i Litwini, Polacy i Białorusini, już pogodzili się, że po amputacji nic nie odrośnie, ale nie nasi turańscy bracia Węgrowie (jak mawia 90% studentów). Oni wciąż wierzą w terytorialne zmartwychwstanie.

Do Oradei, na dworzec kolejowy trafiliśmy o 1 w nocy. Wtedy też miał jechać pośpieszny do Konstancy. Zapomnieliśmy jedynie, że w Rumunii jest inna strefa czasowa. Pociąg nam uciekł, ale nad ranem, jak połowa mojego ciała została pobudzona dworcowymi pluskwami, pojawiła się alternatywa: tzw. Strzała Karpat. Tzn. dojeżdża co prawda tylko do Gałacza, ale stamtąd już jest blisko do Konstancy. Po drugie jedzie przez takie zadupia i przebija się przez pasma górskie, że zamiast 10 godzin robi trasę w 25 godzin. W Gałaczu było strasznie. Bieda do sześcianu, strach było wyjść poza dworzec, choć to zrobiliśmy. Otwarty był sklep z pieczywem. Wtedy nauczyłem się kolejnego słowa po rumuńsku, podstawowego: paine (chleb). Była tani ala smakował inaczej. Mąka kukurydziana.

Z Gałacza do Konstancy jechaliśmy pociągiem, nie mając wykupionych biletów. Liczyliśmy na to, że nas nikt nie sprawdzi. Po godzinie przywitał nas taki stary konduktor z wąsem i w okularach. Szybko nas rozkminił i otwierając taryfikator cenowy, przejeżdżając po nim w wybranych miejscach swoim tłustym paluchem, oznajmił nam, że musimy zapłacić 50 dolarów amerykańskich za przejazd tym pociągiem (ja akurat dokładnie tyle miałem na całą podróż). Po kilkunastu minutach negocjacji cena zeszła do 5 dolarów za naszą ekipę, pod warunkiem, że przejdziemy do… wagonu sypialnego. Od tamtego czasu nigdy tak tanio, i tak komfortowo nie podróżowałem.

Konstanca. Kluczowa scena dla tej narracji. Poszliśmy nad morze. Kilka razy w życiu przeżyłem autentyczne załamanie nerwowe. To było drugie, może trzecie. Siadłem na tej brudaplaży, w otoczeniu dziesiątków bezpańskich psów, które tam biegały, poczułem jakiś smród od morza, i się załamałem. Chciałem wracać. Morze Czarne okazało się wystarczająco czarne i ponure, abym chciał tam dłuzej pozostać. Byłem dosłownie oblepiony całym tym syfem nadmorskiej Konstancy bez perspektywy umycia się. Dopiero Wojtek przekonał mnie, że jak pojedziemy na południe, to tam zmyjemy z siebie ten cały syf wybrzeża Morza Czarnego. I Pojechaliśmy. Do Bułgarii via Vama Veche i Duran Kułak. W Kawarnie zamieszkaliśmy w opuszczonej nadmorskiej willi. Codziennie chodziliśmy na targ, kupowaliśmy paprykę, pomidory, ser biały, oliwki. Tym żyliśmy, a wieczorami siadaliśmy na schodach ichniejszech Społem i piliśmy Szumensko w butelkach 0,33l.

Tam Morze Czarne mnie urzekło, bo gdybym zatrzymał się na Konstancy, nie chciałbym do niego wracać.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.