Rumunia nie była moją miłością od pierwszego wejrzenia. Przeciwnie, gdy pojawiłem się tam w 1995 roku i za namową kolegów wzmogłem się by dojechać do Konstancy, chciałem stamtąd jak najszybciej uciec i nigdy nie wracać. Nie wracać do kraju jednego wielkiego bałaganu, syfu, szczurów w wagonach, pluskiew dworcowych, palonych przy drodze śmieci, malowanych olejną farbą krawężników, nadmiaru betonu na każdym kroku, jakby ten nieszczęśliwy kraj srał cementem i coś trzeba było z nim zrobić. Do kraju dzikich dzieci romskich, miliarda trzystu milionów bezpańskich psów, wąchaczy kleju na dworcu w Aradzie, taksówkarzy, którzy zamiast wozić ludzi woleli handlować walutą.
Rumunię w pierwszym odruchu znienawidziłem, jak nienawidzi się kogoś kto ci bezinteresownie wyrządził krzywdę.
Ale potem wracałem, na próbę tylko tranzytem. Opanowałem najtańszą trasę z Cieszyna do Konstantynopola (Stambułu). Przez Lwów, Czerniowce, Suczawę i Bukareszt. Pod koniec lat 90. Parokrotnie ją przemierzałem przywożąc z bazaru w Stambule kilka kurtek skórzanych, których sprzedać pozwalała na zwrot kosztów podróży. Były dwa najciekawsze i pobudzające zmysły odcinku na tej trasie.
Pierwszy to trasa Czerniowce – Suczawa. Granica ukraińsko-rumuńska. Nocleg w kilkugwiazdkowym Hotelu Czeremosz na 13 piętrze za 26 złotych, z widokiem na połowę Bukowiny. Nad ranem przyjeżdżał Jura starą „Wołgą” i wiózł nas po 4,5 dolara od łba do Rumunii. Jura był człowiekiem interesu. Do Rumunii wiózł 200 litrów ropy w skitranym w bagażniku dodatkowym baku (stąd połowa ekipy jechała z plecakami na kolanach). Z Rumunii, w drodze powrotnej, przywoził suknie ślubne. Biznes mu się spinał, aż pewnego razu jego telefon zamilkł…
Drugi to trasa Bukareszt – Stambuł autokarem via legendarne przejście w bułgarskim Kapitan Andreewo. Tam o bułgarskiej odprawie pojawiał się smutny człowiek i dosłownie kładł każdemu podróżnemu pakiet ważący około kilograma owinięty czarną folią. Do tej pory nie wiem co wtedy legalnie niby przewoziłem. Pamiętam cenę za autobus: 19 dolarów, wtedy jednak dolar był… tańszy. Do Stambułu przyjeżdżało się wczesnym rankiem. Połowa muezinów już wówczas wyła z lokalnych minaretów.
Rumunia byłą wówczas przez kilka lat skazana na tranzytowość. Dawałem jej jednak tym sposobem szansę na zrehabilitowanie się. Konkretnie to Suczawie i Bukaresztowi – rumuńskiemu Gotham City. Powoli oswajałem się z Rumunią, którą po 2000 roku zacząłem zwiedzać od strony Kraju Pomniejszonego Turula. Wtedy zrozumiałem, że państwa mają swoje smaki i zapachy. I nie chodzi o lokalną kuchnię, ale o zapach okolicy. Gdy się jest w polu, w wiosce, w mieście, na dworcu kolejowym. Rumuńskie pociągi smakowały inaczej niż nasze czy węgierskie. Inny rodzaj smaru, paliwa, kurzu dworcowego…
Rumunia urzekła mnie zapachami właśnie. Żaden inny kraj nie pachniał tak cudownie wyraziście i intensywnie, że można byłoby tym zapachom zdjęcia robić jakby się miało bardziej precyzyjny aparat fotograficzny. Uwielbiałem otwierać okno w pociągu osobowym, by chłonąć te zapachy za darmo.
Rumunia stała się i zapewne pozostanie moją wielką miłością, chorobą emocjonalną przenoszoną najbliższych. Moja 10-letnia Ola jest w stanie zdekodować kilka słów po rumuńsku. Nauczyłem ją czytać nazwy miejscowości, choć nadal nie znam rumuńskiego na tyle, by swobodnie rozmawiać. Ale uwielbiam dźwięk tego języka. Cudownie melodyjny w kontraście do węgierskiego czy bułgarskiego.
Muszę znów tam jechać. Końcem października Szerszeń przechodzi remont.
Romania este dragostea mea.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz