W 1992 roku zrobiłem prawo jazdy. Przy drugim podejściu. Przy pierwszym nie zatrzymałem się przed przejazdem kolejowym, ale moja wiedza na temat tej zrujnowanej, pożal się Panie Boże, linii kolejowej pozwalała mi mieć niemalże pewność, że szybciej rozdepcze nas monstrualny motyl żelazną nogą niż tamtędy przejedzie jakiś pociąg. Przy drugim podejściu też miałem nie zdać, bo słabo szło mi cofanie na polu manewrowym, ale zaczął padać tak gęsty śnieg, że wycieraczki ledwo nadążały, a egzaminator był wyraźnie wczorajszy i dla świętego spokoju udzielił mi zaliczenia.
Wreszcie legalnie mogłem objąć stery naszego grafitowego Fiata 126p. Słynnego “malacza” vel “kaszlaka”. Pierwszy raz zrobiłem to jak Tatko spał, a miałem wtedy 15 lat. Z siostrą weszliśmy do auta, a ja powciskałem wszystkie możliwe przyciski jakie tam były (a było ich mniej niż we współczesnych pralkach do prania) i kaszlak ruszył pół metra i zdechł. Potem dopiero dowiedziałem się, że kluczową wajchą w tym modelu było ssanie. Bez ssania można było tylko zmarnować akumulator. Tatko się wtedy bardzo zdenerwowałm bo kaszlak nie miał więcej niż 1000 km na liczniku. Wtedy też dowiedziałem się od niego co to znaczy “docieranie silnika”.
W 1993 roku pierwszy raz w życiu pojechałem kaszlakiem do Białego Boru. Jakieś 600 km. W kiosku RUCHu na Wyższej Bramie kupiłem sobie takie plastikowe pomarańczowej okulary do jazdy nocą, żeby się oczy mniej męczyły. Jechaliśmy od 17:00, Mama, moja siostra, ja i Axel – nasz kundel. Mieliśmy bagażnik zamontowany na dachu, rzeczy były zamocowane specjalnymi gumkami. Między nogami pasażera siedzącego koło kierowcy stała wielka czerwona butla gazowa, żeby było na czym grzać posiłki. Ruch na drodze był umiarkowany, te plastikowe okulary z kiosku bardziej przeszkadzały niż pomagały w prowadzeniu auta, ale nie zdejmowałem ich, żeby Mama nie miała poczucia, że wywaliłem hajs w błoto. Od Katowic do Piotrkowa była wówczas autostrada, słynna Gierkówka. Tam to się rozpędzałem do 100 km/h (ale rekordy robiłem jadąc z Bażanowic do Cieszyna przez Gułdowy. Tam raz wywaliło mi 130 km/h. To było prawdziwe szaleństwo). Najbardziej bałem się Torunia, bo tam o każdej porze jeździły tramwaje mające opinię zgniataczy aut osobowych należących do użytkowników z dalekiej prowincji.
Wtedy też zainteresowałem się bardziej autami elektrycznymi. Już na początku lat 90. XX wieku antycypowałem współczesne trendy! Uwielbiałem przesiadywać na wiadukcie łączącym dwie części fabryki elektronarzędzi i silników CELMA w Cieszynie i obserwować MELEXy. Dla mnie MELEX to było prawdziwe odkrycie. Wyliczyłem, że aby dostać się nim do Białego Boru, potrzebowalibyśmy ok. 10 dni, gdyż konieczne byłoby doładowywanie akumulatorów. Trudno może w to uwierzyć, ale mając już te 18 lat nadal byłem podniecony myślą jazdy na dużą odległość pojazdem, który co do zasady służył wyłącznie do ruchu lokalnego, na niewielkie odległości. I mimo to przez kilka lat naprawdę chciałem tam pojechać Melexem. A potem zobaczyłem film “Prosta historia” z 1999 roku, który wszystkim gorąco polecam.
Tak właśnie zaczęły się moje podróże. Pojutrze będę znów w mojej ukochanej Rumunii… Jak Bóg da.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz