Od dłuższego czasu mam nieodparte wrażenie, że nasi „politycy” od spraw zagranicznych, po pierwsze starają się być bardziej ukraińscy niż ich koledzy i koleżanki zza Sanu I Bugu (to jest jakiś ewenement i kuriozum na skalę światową, zważywszy, że nasi przyjaciele z Kijowa blokuja od dłuższego czasu pociagi z dostawami z Chin), po drugie, że przy naszej konsekwentnie zeroalternatywnej polityce zagranicznej, pchanie nie tylko nogi, rąk, ale przede wszystkim głowy między drzwi a futrynę, która zaraz się zatrzaśnie i będzie boleć, jest niezbyt rozsądne. O ile w ogóle przeżyjemy.

Mistrzostwem świata w wykonaniu naszych polityków, i to bez względu na barwy partyjne, jest głośne rozgłaszanie na cały świat, że obrona Ukrainy jest warunkiem sine qua non naszej niepodległości, a następnie łudzenie się, że Kijów nam za coś podziękuje. Takie rzeczy sie mysli, ale nie mówi.

Paradoksalnie jest tak, że sobie szkodzimy, a Kijowowi nie pomożemy. Gdybyśmy potrafili prowadzić realną politykę wobec Kijowa od lat 90. , to niewykluczone, że i Polacy, i Ukraińcy byliby w dużo lepszym położeniu niż obecnie. Bo nie ma nic gorszego, jak żerowanie na cudzej głupocie połączonym z lenistwem intelektualnym, o podatności na obce wpływy nie wspomnę.

Tak znika sie z mapy Europy. Nie pierwszy raz zresztą.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.