Jak byłem mały, tj. od 5 do ok. 18 roku życia jeździłem z siostrą i rodzicami do Świnoujścia i Kołobrzegu w ramach Funduszu Wczasów Pracowniczych. Ale te wyjazdy choć niewątpliwie atrakcyjne, nie pozostawiły we mnie takich wspomnień jak te, które swój finał miały w Białym Borze.
Nie wiem dokładnie skąd się wziął Biały Bór, relacje rodziców były zarówno sprzeczne jak i zdawkowe. Ale mniejsza o to. Przeżywałem bardzo dzień wyjazdy w Koszalińskie. Bo przez pierwszych kilka lat jeździliśmy pociągiem z Katowic lub z Bielska. Nie pamiętam, abyśmy mieli miejscówki, pamiętam za to, jak ś.p. Tato wrzucał mnie przez okno do wagonu, który właśnie wjechał na peron i wówczas moim zadaniem było zajęcie łazienki. Tam też często spędzałem całą noc, bo to były pociągi nocne. W tych pociągach było strasznie. Panował półmrok dodatkowo zagęszczany dymem z papierosów, bo na korytarzach w wagonach dla niepalących wolno było palić. Ale z czasem polubiłem te pociągi i tak mi zostało do dziś.
Jechaliśmy pociągiem pośpiesznym, który stawał w Szczecinku, a następnie dopiero w Miastku. W połowie drogi był Biały Bór. Tato jeszcze przed Szczecinkiem udawał się z torbą wypełnioną piwem Żywiec w wersji eksportowej do przedziału dla konduktorów i kierownika pociągu. Tam też negocjował techniczny postój na ok. 2 minuty w Białym Borze. Zawsze skutecznie! Wysiadaliśmy na tej prowincjonalnej stacji jak śląska szlachta, o świcie z tysiącem tobołów, z namiotem ważącym pół tony, dmuchanymi materacami każdy po 10 kg, z butlą gazową ok. 5 kg i żarciem, którego nie byliśmy w stanie przejeść. Potem jechało się taxą do Ośrodka, do MOSiRu. Początkowo to tam niewiele było, ale te właśnie czasy wspominam najlepiej.
Bodaj najważniejszym dla mnie doświadczeniem przebywania w Białym Borze przez prawie 10 lat z rzędu po prawie 2 miesiące było nauczenie się życia pod gołym niebem, w naturze. Mama gotowała obiady na ognisku, kąpaliśmy się prawie tylko w jeziorze. Po dwóch miesiącach śmierdziałem jak stary okoń. Drugie ważne dla mnie doświadczenie, to przyjaźń z rodziną Czupów. Biały Bór to taka mała stolica Ukraińców na Pomorzu Zachodnim. Początki były trudne, bo miejscowi dali nam do zrozumienia, że nas tu nie chcą. Był moment, który mógł się przerodzić w coś bardzo złego. Nie pamiętam jak to się potem stało, od czego się zaczęło, ale z czasem staliśmy się jakoś sobie bliscy. Stara pani Czupowa miała dla nas, tj. do mnie i do mojej siostry tak wielkie serce, że i my ją pokochaliśmy zrazu. Robiła nam przepyszne pierogi, pozwalała paść się w swoim ogródku. Porzeczki czerwone i czarne, agrest. Ci Ukraińcy mieszkający bodaj przy ul. Górnej stali się poniekąd naszą drugą rodziną. Pamiętam Pawła, Tomka, no i Michała. Bogdana bardziej z oddali. Bogdan Czupa
Tak sobie myślę, że to właśnie doświadczenie wakacyjne, jakie zawdzięczam swoim rodzicom, nauczyło mnie podróżować przez Bałkany kilkanaście lat później. Spać pod gołym niebem, uczyć się zapachów miejsc odwiedzanych, doświadczać ludzkich problemów, kompleksów, narzekań. Wtapiać się w lokalne środowisko. Uczyć się zasad życia w nim zamiast tłumaczyć sobie ichniejsze na mojejsze.
P.S. I. Po wielu latach pojechałem ze swoimi dziećmi do Białego Boru. Było fajnie, ale nie potrafiłem już wzbudzić w swoich dzieciach miłości do tego miejsca. Chciały do Koszalina, do aquaparku.
P.S. II. Pamiętam, jak przed kolejnym wyjazdem do Białego Boru, nasza Mama zabrała nas w Lubuskie, tam gdzie się urodziła, w okolice Sulęcina. I też nas chciała zaczarować tym miejscem. Też jej się nie udało.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz