Czasem oczom nie wierzę, gdy napotykam kategoryczne opinie ludzi, których uważam (łem) mimo wszystko za rozsądnych…
Problemem Śląska są kopalnie. W zasadzie z tym stwierdzeniem trudno byłoby się nie zgodzić. Jednak przez wielu znaffców śląskiego problemu winnym złej kondycji polskiego górnictwa jest polski rząd, który dopuszcza do zalewania rynku tańszym i gorszym surowcem rosyjskim.
I na dowód powyższego samozwańczy eksperci przytaczają liczby.
W latach 2018-19 sprowadziliśmy aż 35 mln ton węgla, w tym z Rosji aż 23 mln, czyli prawie 2/3 (65,71%).
Kolejny importer, Australia, na polski rynek dostarczyła ciut ponad 10%.
Jednocześnie posiadamy (na koniec 2019 r.) zapasy węgla wydobywanego w Polsce (ok. 16 mln ton plus zapasy w firmach handlujących tym paliwem itp.).
Ich zdaniem nic prostszego, by sytuację naprawić. Ot, zakręcamy kurek z napisem „import” i w ciągu pół roku pozbywamy się naszych własnych zapasów. Kopalnie mogą wydobywać, leci kasa na Śląsk, gminy żyją.
Niestety. Taka recepta zabiłaby pacjenta, i to razem z całą rodziną.
Naprawdę importujemy węgiel, ponieważ… jest go za mało.
Mała dygresja. Dla ludzi wywodzących się z obszarów oddalonych od kręgu podbiegunowego lód to lód.
W języku Sámi (ludu Dalekiej Północy, zwanego powszechnie Lapończykami) istnieje natomiast około 180 określeń na śnieg i lód.
Czym innym bowiem są w zależności od temperatury, pory roku (nasłonecznienia) a nawet kierunku i siły wiatru.
Dokładnie tak samo jest z węglem. Są różne gatunki o różnych parametrach opałowych. I to właśnie jest źródłem faktycznych problemów i pozornej niegospodarności.
Szerzej pisze o tym portal wysokienapięcie.pl:
Chociaż odsetek rodzin, które ogrzewają swoje domy węglem od lat systematycznie spada, to wciąż potrzebuje go 36 proc. gospodarstw domowych w Polsce. Do ogrzewania szklarni wykorzystuje go też wciąż wiele gospodarstw rolnych, wciąż jest też wiele kotłowni węglowych w szkołach i innych instytucjach gminnych. Rocznie drobni odbiorcy spalają ok. 10 mln ton węgla kamiennego, ale nie dowolnego. W małych kotłach spala się przede wszystkim węgiel o średniej i dużej ziarnistości, czyli większe bryły.
Żadna z polskich kopalń nie jest nastawiona na ich produkcję. Takie sortymenty wydobywa się w Polsce niemal wyłącznie przy okazji drążenia chodników i przygotowywania ścian do wydobycia miałów węglowych, ale to za mało. Takiego węgla produkujemy w Polsce tylko ok. 5-6 mln ton. Resztę będziemy musieli importować tak długo, jak długo nie zastąpimy większości pieców węglowych w polskich domach nowocześniejszymi sposobami ogrzewania. To, za sprawą takich programów jak „Czyste powietrze”, będzie się systematycznie dokonywać.
https://wysokienapiecie.pl/28608-dlaczego-importujemy-wegiel-z-calego-swiata/
Co więcej, wbrew powszechnej opinii o wyjątkowo złej jakości rosyjskiego węgla polski surowiec wcale nie jest taki dobry.
Znaczenie dla krajowych odbiorców ma jednak nie tylko ziarnistość węgla, ale też jego jakość – wartość opałowa, ilość popiołu, siarki czy rtęci. Tym właśnie zakup węgla w Kolumbii tłumaczy Polska Grupa Energetyczna. − Transport węgla z Kolumbii sprowadzony został do Polski na podstawie zamówienia złożonego jeszcze w 2019 roku i w połowie kwietnia br. został rozładowany w Porcie Północnym w Gdańsku. Spółka PGE Paliwa realizuje import węgla w ramach wieloletnich kontraktów i jest zobowiązana do wywiązywania się z zawartych umów. Węgiel z Kolumbii importowany jest na potrzeby klientów zewnętrznych i Elektrociepłowni Wybrzeże, o czym decydują względy jakościowe, m.in. wysoka wartość opałowa przy jednocześnie niskiej zawartości siarki oraz popiołu. Dostępność węgla o takich parametrach na rynku krajowym jest ograniczona – przekazało nam dziś Biuro Prasowe PGE. − Podstawowym dostawcą paliwa produkcyjnego dla jednostek wytwórczych Grupy PGE pozostają krajowi producenci – zapewniła jednocześnie spółka.
(op. cit.)
Problem z węglem nie ogranicza się tylko do ciepłownictwa.
… węgiel kamienny to nie tylko paliwo, jakim jest węgiel energetyczny, ale też surowiec w hutnictwie, jakim jest węgiel koksowy. Polska jest w dwudziestce największych producentów stali na świecie. Do jej wytopu wykorzystujemy koks, a ten produkujemy w krajowych koksowaniach z węgla koksującego. Polska jest też drugim po Chinach największym eksporterem koksu na świecie.
W 2019 roku polskie kopalnie wydobyły ok. 50 mln ton węgla energetycznego i 12 mln ton węgla koksowego, co powinno w przybliżeniu równoważyć zapotrzebowanie krajowych koksowni. Jednak sam węgiel koksowy dzieli się jeszcze na kilka różnych typów, których nie da się łatwo zastąpić innymi. Nie wszystkie typu wydobywamy w odpowiedniej ilości w naszym kraju. Dlatego Polska zarówno importuje jak i eksportuje węgle koksowe – w 2019 roku ich ruch w obu kierunkach był zbliżony, przekraczając 3 mln ton (na 16,7 mln ton całego importu i 3,7 mln ton eksportu). Niemal cały węgiel importowany z Australii i Mozambiku był właśnie węglem koksowym o parametrach, których nie da się kupić w wystarczającej ilości (lub w ogóle) na polskim rynku.
(op. cit.)
Poza tym jakość…
Gdy kilka miesięcy temu dziennikarz portalu WysokieNapiecie.pl rozmawiał z inżynierami ciepłowni w Białej Podlaskiej, ci wyjaśnili mu obrazowo czym różni się węgiel zamówiony w Polskiej Grupie Górniczej od tańszego importowanego z Rosji. – Węgiel [z PGG] nie trzyma parametrów z umowy, dostajemy nie to, co zamawialiśmy – tłumaczył główny inżynier Grzegorz Cybulski, wręczając nam kawał gruzełkowatej masy. − To tzw. obrosty, które musimy skuwać. Pozostają po spaleniu polskiego węgla. Z rosyjskim nie ma takich problemów – tłumaczył inżynier. Jak dodał, spalając bardziej kaloryczny rosyjski węgiel ciepłownia emituje o 5-6 tys. ton CO2 mniej, co oznacza o 0,5 mln zł mniejsze wydatki tylko z tego powodu. Te koszty musieliby w innym przypadku ponieść mieszkańcy Białej Podlaskiej.
(op. cit.)
Wbrew zakorzenionym mitom spalanie rosyjskiego węgla przynosi więc wymierne korzyści z punktu widzenia ochrony środowiska.
Trzeba także podnieść barierę cenową. Polski węgiel, z racji na konieczność wydobywania go z pokładów głębokich (za młodu zdarzyło mi się zjechać nawet na poziom 800) jest jednym z najdroższych na świecie.
Tymczasem kolumbijski, jakim ogrzewani są mieszkańcy Trójmiasta, stanowi wydatek ok. 56% ceny krajowego surowca (i to loco Gdynia!). Jest więc konkurencyjny, a przede wszystkim jest.
Jak widać problemem śląskich kopalń (to pewne zawężenie, bowiem istnieją kopalnie małopolskie a nawet lubelskie) to nie tylko sprawa „mafii węglowej”, jak sugeruje Kazimierz Turaliński, a w szczególności braku jej rozliczenia.
To kwestia kosztów wydobycia oraz jakości surowca.
Na razie są. Na razie dostarczają do budżetów domowych pewne liczące się środki. Ale licząc sumarycznie, szczególnie szkody wywołane podziemnym wydobyciem już tak różowo nie jest.
Pękające mury, pofałdowane drogi, zapadliska…
Mało kto już pamięta, że wg szacunków szanownych profesorów-specjalistów z końca lat 1970-tych utrzymanie ówczesnego tempa wydobycia w Bytomiu powinno zakończyć się całkowitą ruiną jednego z najstarszych polskich miast i utworzeniem na jego miejscu zapadlisk głębokich od 5 do nawet 35 metrów i zalanych wodą.
Śląsk oraz Zagłębie Dąbrowskie przeżyły już masowe zwalnianie górników i likwidację kopalń.
Raptem 20 lat temu z niewielkim okładem.
Odchodzący z zawodu górnicy dostawali odprawy sięgające ok. 40 tys. zł. Ówcześnie największy w Polsce producent samochodów w Polsce Daewoo zwietrzył interes. Osiedla górnicze zaroiły się od samochodów m-ki Daewoo Lanos (90% w wersji 1,6 SX), a w osiedlowych knajpach widać było, ile nowiusieńkich telefonów komórkowych trafiło nagle pod strzechy. ;)
Fura i komóra…
Kiedy jednak zaczęło brakować pieniędzy, a powrót do pracy pod ziemię w Polsce był zamknięty spora część znalazła pracę w Czechach.
Od 2014 roku dojazd ze stolicy Górnego Śląska do najbliższych kopalni w Karvinie dzięki A-1 wynosi ok. godziny. Teoretycznie można więc było codziennie dojeżdżać, chociaż czeskie hotele robotnicze standardem i ceną zachęcają do pobytu.
Śląsk dał radę. Jeszcze bardziej dało radę Zagłębie. Przecież wskutek reform z czasów Buzka z istniejących w Sosnowcu pięciu kopalni nie ostała się ani jedna.
Podobnie na wiele lat upadł Bytom.
Od tamtych czasów zdążyło jednak wyrosnąć nowe pokolenie, które już nie wiąże swojej przyszłości wyłącznie z węglem.
I dlatego pisanie o „bankructwie Śląska” to już nie lekka przesada, ale solidna demagogia.
Tak samo jak rysowany obraz wszechobecnej mafii, przez którą to kopalnie rzekomo stały się niewydolne ekonomicznie w sporej części.
Zupełnie tak, jakby Kazimierz Turaliński, autor tekstu Bankructwo Śląska – syberyjskie kopalnie i mafia węglowa nie miał pojęcia o wielkim postępowaniu układowym z połowy lat 1990-tych, w ramach którego doszło do zdjęcia wielu obciążeń finansowych obciążających kopalnie.
A że przy okazji ucierpiał drobny biznes? Kogo np. obchodziło wtedy, a zwłaszcza kto dzisiaj o tym pamięta, że postępowaniem układowym objęte były nawet należności za tzw. karczmy piwne, urządzane z okazji Barbórki? A to oznaczało upadek dla wielu małych przedsiębiorców.
To jednak temat zbyt obszerny, by go w tej chwili poruszać.
.
Śląsk dał sobie radę bez wsparcia kopalń.
Jedyni, którzy odczuli i to mocno upadek górnictwa jako wiodącej gałęzi przemysłu dawnego województwa katowickiego to…. kibice piłkarscy.
Jeszcze pod koniec lat 1980-tych przewaga śląskich klubów w I lidze (obecna ekstraklasa) była bezdyskusyjna:
W pierwszym sezonie niby-wolnej Polski (1989/90) trzy miejsca medalowe zajęły zespoły śląskie. Mistrzem był Ruch Chorzów, drugie miejsce zajęła „Gieksa” (GKS Katowice), trzecie – Górnik Zabrze.
Generalnie w dekadzie gierkowskiej (1970-80) najbardziej „pierwszoligowym” miastem był Bytom. W składzie ówczesnej ekstraklasy grały aż dwa zespoły z tego miasta pochodzące – Szombierki i Polonia.
Bo wg towarzysza Gierka najlepszą rozrywką górniczej braci była piłka nożna.
Upadek górnictwa spowodował upadek śląskiego futbolu w miastach, które stały węglem.
Dzisiaj jednak powtórka z rozrywki nam nie grozi. Gliwice nigdy nie opierały się tylko na węglu (mimo istniejących ongiś dwóch kopalń i jednej koksowni), a więc Piast pozostaje niezagrożony. Co więcej, pośród miast-powiatów Gliwice pod względem dochodów per capita znalazły się na trzecim miejscu w Polsce.
Z kolei Zabrze, skąd wywodzi się druga śląska drużyna w ekstraklasie (Górnik), również finansów już nie opiera na węglu.
Tak naprawdę chodzi więc tylko o to, by górnikom likwidowanych kopalń zapewnić miękkie lądowanie.
Nic więcej.
.
Oburzenie związkowców jest zrozumiałe. Zmniejszy się bowiem baza, od której zależy ilość ich etatów.
Nie da się jednak utrzymywać bez końca zakładów wydobywczych, działających nieprzerwanie nawet od początku XIX wieku!
Śląsk znowu czeka na plan gospodarczy.
Ale plan skierowany głównie w stronę ludzi, bo gminy sobie poradzą.
Tylko tyle, i aż tyle.
Nie można bowiem powtórzyć tego, co już było.
Likwidacja kopalń za Buzka (plan Steinhoffa) oprócz zwiększonej liczby Lanosów na Śląsku zaowocował także gwałtownym wzrostem konsumpcji wysokoprocentowego alkoholu.
Dzisiaj widzimy, że nie możemy stracić osób w wieku produkcyjnym.
Przed pandemią lokalnie występował niedobór rąk do pracy tak, że na nowo zaczęły kursować autobusy dowożące pracowników często z odległości sięgających 100 km.
Sektor usług radzi sobie nienajgorzej.
Śląsk (Górny, rzecz jasna) zamienił się w polskie zagłębie motoryzacyjne.
Tak więc można żyć bez kopalni.
Śląsk nie zbankrutuje.
Bo Śląsk wyłącznie widziany przez pryzmat kopalni pozostał już tylko w starych filmach Kutza.
Oraz w opowieściach związkowców, straszących kolejnym powstaniem. ;)
30.07 2020
Zostaw komentarz