W piątek 2016 r. przypadkowo natknąłem się na dawno nie widzianego znajomego. Przed laty pracował w ważnej instytucji, zajmował w niej istotne stanowisko. Z racji na moją pracę w MON co pewien czas spotkaliśmy się na różnych naradach i konferencjach. W kwietniu lub maju 2001 r. ten znajomy poprosił mnie o prywatne spotkanie i powiedział, że według tego co wie tajne służby przygotowują akcję skompromitowania mnie. Nie potraktowałem tego ostrzeżenia poważnie. W lipcu 2001 r. wybuchła wielka afera korupcyjna w MON ze mną w roli głównej. W mediach pojawiły się liczne materiały kompromitujące mnie.
Przysiedliśmy przy kawiarnianym stoliku. Znajomy powiedział, że od dłuższego czasu jest na emeryturze i wychowuje wnuki. Powiedział też, że z zainteresowaniem śledzi moje wypowiedzi na temat wojska i obronności. Dodał, że zgadza się ze mną i żałuje, że nie mogę tego realizować. I mimochodem zapytał, czy chciałbym posłuchać co on wie na temat mojej przygody w 2001 r. Chciałem posłuchać.
Usłyszałem, że cała afera była skrupulatnie przygotowywana przez dobrany zespół oficerów WSI. „Wszyscy świadkowie w pańskiej sprawie i w sprawie pańskiego współpracownika to albo tajni współpracownicy WSI, albo blisko z WSI powiązani, np. jacyś krewni oficerów WSI.”
Mówił, że specjalny zespół nadzorowany i kierowany przez płk. Kazimierza Mochola zastępcę szefa WSI ds. kontrwywiadu miesiącami tworzył „czarną legendę” mojej osoby. „Zbierano wszelkie plotki, do zdarzeń prawdziwych dodawano negatywne konteksty i to wszystko zapisywano w służbowych notatkach, meldunkach, które trafiały do materiałów operacyjnych”.
Cała manipulacja obywała się pod bezpośrednim nadzorem ówczesnego ministra obrony Komorowskiego, który zapoznawał się z materiałami i podobno nawet instruował szefa WSI gen. Rusaka i jego zastępcę Mochola jak mają postępować. „Część tych materiałów dostali dziennikarze i tak powstały artykuły na pański temat, a część poszła do prokuratury, ale większość zachowano w archiwum”.
Powiedziałem, że cała ta praca poszła na marne skoro bez trudu dowiodłem w sądzie, że zarzuty są nieprawdziwe i zostałem uniewinniony. Znajomy nie zgodził się ze mną. Zapewnił mnie, że ma to jednak inne i raczej nieprocesowe znaczenie.
Taki materiał nie trafia do sądu, nie można nigdzie wykazać jego fałszu, ale można go zawsze jako tajny pokazywać ważnym ludziom. „Pokazuje się komuś decydującemu o pańskiej karierze i w ten sposób przekonuje, że jest pan niegodny zaufania”.
Dodał: „Te kwity Komorowski pokazał premierowi Buzkowi i on uwierzył, że jest pan winny”. Znajomy przypomniał, że archiwa służb nie giną i można latami do nich sięgać. „Myśli pan, że już dano panu spokój, zrezygnowano z blokowania pana” – dodał zagadkowo.
Rzeczywiście kiedy powstawał rząd Beaty Szydło sprzyjające środowisko zgłosiło mnie na stanowiska ministra obrony. Wtedy moi znajomi usłyszeli z kręgu decydującego o obsadzie MON, że jestem nieodpowiedni bowiem w przeszłości byłem „brzydko uwikłany”.
Może więc mój znajomy ma rację, że to co było w 2001 r. wcale nie minęło?
…………………
Na zdjęciu: Po wyrzuceniu Szeremietiewa – na korytarzu sejmowym minister ON Komorowski kroczy obok szefa WSI gen. Rusaka, a za nimi postępuje zastępca szefa WSI płk Mochol. Na stronie stowarzyszenia SOWA (założone przez ludzi z byłych WSI) można przeczytać chełpliwe wynurzenia Rusaka: „To ja zniszczyłem karierę Szeremietiewa”.
Autor: prof. Romuald Szeremietiew
Polski polityk, publicysta, doktor habilitowany nauk wojskowych specjalista w zakresie obronności (habilitacja „O bezpieczeństwie Polski w XX wieku”), nauczyciel akademicki, m.in. profesor nadzwyczajny Akademii Obrony Narodowej i Akademii Sztuki Wojennej, więzień polityczny PRL, poseł na Sejm III kadencji, były wiceminister i p.o. ministra obrony narodowej.
Zostaw komentarz