Język lata jak łopata
– ktoś najpierw powie, potem pomyśli. Może wygadać przy okazji coś kompromitującego.
………………………………..
Kiedyś chcąc coś powiedzieć do innych trzeba było posłużyć się radiem lub/i gazetą. Taki przekaz był jednak limitowaną ścieżką dla nielicznych wybrańców. Dziś bez wyjątku każdy, także ktoś „mądry inaczej”, może wypowiadać się dzięki internetowi, zakładając np. własny blog, publikując na tzw. fejsie czy X-ie i w tym podobnych miejscach.
Mamy potężne grono wszelakich publicystów starających się wygłaszanymi opiniami skupić na sobie uwagę. A skoro każdy chce zabłysnąć, wyróżnić się to częściej pojawiają się coraz bardziej „bulwersujące” opinie, ekstremalne poglądy i nieomal normą staje się chamstwo, używanie wulgaryzmów, obrażanie innych – to przecież wywołuje zainteresowanie u czytelników i widzów. W przestrzeni medialnej można bez trudu wskazać piszących szczycących się wielkimi ilościami „polubień” i „wejść” zainteresowanych tym co oni prezentują. W szczególności o taką popularność starają się uprawiający publicystykę politycy licząc, że zainteresowanie wirtualne przełoży się w realu na głosy wyborców w wyborach parlamentarnych.
Zdarza się czasem, że polityczny publicysta obejmie jakiś ważny urząd w państwie. I pełniąc go często zachowuje się tak, jakby w jego życiu nic się nie zmieniło. Dalej sypie bon motami, strzela zaskakującymi wypowiedziami, niesiony publicystyczną weną, polemicznym zapałem gromi, obraża i przestrasza. Tymczasem to co mówi to są słowa wypowiadane przez przedstawiciela państwa, mają więc inną wagę i znaczenie dla polityki rządu oraz tego jak on jest postrzegany. Mówi się, że ktoś taki „ma parcie na szkło” i nie może sobie odmówić przyjemności pojawiania się i przemawiania w studiach telewizyjnych. Tymczasem sprawy państwowe, którymi on zarządza wymagają innego zachowania; potrzebują namysłu, rozwagi i nawet pewnej ostrożności w słowach. Wymagają postępowania według zasady: wiem co mówię, a nie – mówię co wiem. Bywa zresztą czasem, gdy ktoś nie wie co mówi, bo nie miał czasu zastanowić się, przemyśleć sprawę, jest zwyczajnie niekompetentny, a stojąc przed kamerami mimo to uważa, że musi coś powiedzieć. I mówi!
Chcąc się jakoś zabezpieczyć przed takimi dygnitarzami chłapiącymi jęzorami wymyślono kogoś takiego jak rzecznik prasowy, aby w razie konieczności można było powiedzieć: rzecznik źle przedstawił zamiary rządu i został nawet z tego powodu odwołany. Często jednak polityk buszujący w mediach woli sam brylować odsuwając rzecznika w cień. Nie ma wtedy na kogo zwalić.
Sprawy państwowe cierpią jeśli zarządza nimi ktoś opanowany manią gadania. Jeśli do tego jest on niekompetentny, co zdarza się, jego wygłaszane ad hoc barwne wypowiedzi śmieszą i do tego wprowadzają w państwie chaos i bałagan. W końcu osobnik/osobniczka tyle namiesza, że trzeba jego/ją usunąć z urzędu. Czasem bywa i tak, że urząd/rząd się przewraca.
Rząd „koalicji 13 grudnia” nie ma rzecznika prasowego, a opowiadających niemądrze ma w swoim gronie coraz więcej.
Autor: prof. Romuald Szeremietiew
Polski polityk, publicysta, doktor habilitowany nauk wojskowych specjalista w zakresie obronności (habilitacja „O bezpieczeństwie Polski w XX wieku”), nauczyciel akademicki, m.in. profesor nadzwyczajny Akademii Obrony Narodowej i Akademii Sztuki Wojennej, więzień polityczny PRL, poseł na Sejm III kadencji, były wiceminister i p.o. ministra obrony narodowej.
Zostaw komentarz