Nie krytykuję z góry programu „500 plus”. Mam zbyt mało danych by zajmować stanowisko w tej sprawie. Jedno jest pewne – Państwo Polskie musi pilnie działać na rzecz zwiększenia dzietności Polaków. Czy projekt Prawa i Sprawiedliwości okaże się być remedium na katastrofalną sytuację demograficzną – czas pokaże. Proponuję jednak Państwu swego rodzaju intelektualną zabawę – w projekt „Mieszkanie dla rodziny”.

Przykład węgierski. Otóż Rząd Victora Orbana daje bon mieszkaniowy młodym małżeństwom, które podpiszą kontakt z Państwem Węgierskim, że w przeciągu 10 lat będą mieli, co najmniej trójkę dzieci. Brzmi okropnie, ale metoda jest bardzo skuteczna. Bon na kwotę ok. 170 tysięcy złotych pozwala na zakup przyzwoitego mieszkania. A u nas?

Mamy 20 miliardów złotych do wydania co roku. To koszt programu „500+”. Koszt jednego bloku mieszkaniowego, przy założeniu, że budujemy go na ok 50 mieszkań o metrażu od 40 do 80 metrów – wynosi ok. 10 milionów złotych. To koszt łączny – projektu, działki, ·wybudowania. Zróbmy więc prosty rachunek. 10 milionów razy 200 daje nam te 20 miliardów złotych. Mamy więc co roku w czasie trwania projektów oddanych 200 bloków po 50 mieszkań – co daje sumę 10 tysięcy lokali. Przy założeniu, że w każdym zamieszkałaby średnio 4 osobowa rodzina – otrzymujemy wynik – „dachu nad głową” dla 40 tysięcy ludzi. Czyli rocznie budujemy średniej wielkości  miasteczko. W ciągu 5 lat trwania projektu mamy więc właściwie załatwiony problem mieszkaniowy. Proste? Oczywiście diabeł  tkwi w szczegółach.

Opisany koszt jednostkowy bloku to rzecz jasna jedynie część wszystkich kosztów koniecznych, by w szerokiej skali zastosować  projekt. Każda inwestycja wymaga, bowiem szeregu pozwoleń, przyłącz, infrastruktury towarzyszącej. Zgoda. Dlatego należałoby powołać instytucję koordynującą program. Tak, to interwencjonizm pełną parą, zgoda. Urzędnicze etaty. W projekcie musiałby partycypować samorządy. Ich wkładem mogłyby być działki budowlane przekazywane pod inwestycje mieszkaniowe. Niemal każdy samorząd w Polsce takie posiada. To jedno. Ze względu na uwarunkowania lokalne to także na samorządach powinien spoczywać  obowiązek załatwienia formalności w związku z budową, przyłącz etc., Co zatem powinno być obowiązkiem spółki? Oczywiście projekt bloku. Ten powinien być standaryzowany, dostępnych winno być kilkanaście wariantów. To oczywiście w skali makro niweluje koszty. Projekt powinien zawierać specyfikację materiałów niezbędnych do jego wykonania. Ich katalog powinien być możliwie prosty, jednak taki, by nowe inwestycje miały przyzwoity standard. I tu otwiera się kolejna możliwość obniżki kosztów. Jeśli rzeczona, państwowa spóła wie, że w perspektywie kilku lat będzie potrzebować na realizację konkretnych projektów określone, ogromne w skali kraju ilości materiałów – może –  przy pomocy budżetu Państwa wpływać na ich cenę. Jak? Oczywiście poprzez wykup przedsiębiorstw produkujących rzeczone  materiały. Wykup akcji, bądź całościową nacjonalizację. Z pewnością dla wolnorynkowców brzmi to strasznie… Ale pamiętajcie, że to przede wszystkim inwestycja ( a do wydania i tak mamy te 20 miliardów…). Państwo Polskie poprzez swoją spółkę  wykupuje zatem część udziałów np. Ceramiki Opoczno czy firmy Atlas. Jest jedynie mały szkopuł – prawo zamówień publicznych. Przetargi etc. Klucz jednak w specyfikacji zamówienia – i tu wracamy do opisywanego już problemu. Ok, zatem spółka – nazwijmy ją „Mieszkania Polskie” posiada pakiet akcji kilku kluczowych firm budowlanych i produkujących materiały budowlane.
Co dalej? Obniżka podatku VAT na artykuły budowlane. To nakręca koniunkturę budowlaną. Pośrednio korzysta na tym Państwo, bowiem już wcześniej wykupiło akcje spółek produkujących materiały. Zaczyna się boom budowlany. Przy założeniu, że  interwencja Państwa na rynku budowlanym jest tak szeroka jak opisana, ceny nowych mieszkań drastycznie spadają. Korzystają, zatem na tym wszyscy – nie tylko rodziny objęte programem, (czyli te, które podpisały kontrakt podobny do węgierskiego).

Oczywiście tak uzyskanych mieszkań rodziny nie mogłyby sprzedać. Przechodziłyby one, bowiem na nie dopiero poprzez  zasiedzenie – czyli po 30 latach użytkowania w tzw. dobrej wierze. Przez ten czas stanowiłyby własność skarbu Państwa.

Opisane założenia są rzecz jasna bardzo teoretyczne i bardzo niedoskonałe – może nawet banalne. Jest mnóstwo zagrożeń, przeszkód i niewiadomych, które stanęłyby na drodze tak rozumianego programu. Jednak trudno zaprzeczyć, że jako instrument polityki prorodzinnej  opisany program byłby skutecznym. Pośrednią korzyścią byłoby także swego rodzaju „wiązanie” rodzin z Polską – właśnie  poprzez mieszkanie. Zdejmowałoby też z nich pętlę kredytową. Pieniądze w ten sposób zaoszczędzone przez rodziny służyłyby im podobnie jak te otrzymane w ramach programu „500 plus”.

Czy więc występuję z krytyką rządowego programu? Nie. Po prostu przedstawiam pewną teoretyczną konstrukcję, która w szerokim  sensie może stanowić przyczynek do pogłębionej dyskusji o różnych możliwościach wsparcia rodzin.