Mamy kolejne bajki które nam opowiadają. Te bajki mają pewną charakterystyczną cechę, nie zawierają NICZEGO co umożliwia ich weryfikację. Nie znamy nazwy miejscowości, nie wiemy kiedy się to wydarzyło, nie wiemy kto uczestniczył w tych wydarzeniach, nie ma tam żadnej nazwy miejscowości w której to się dzieje, nie ma żadnego nazwiska, ani nawet imienia, nie ma daty kiedy to miało miejsce.
Kiedy czytacie takie bajki pamiętajcie że jeśli ktoś pisze prawdę, opisuje rzeczywistą historię, zwykle namy możliwość zweryfikowania tej historii. TU NIE MAMY NIC.
Natomiast jest całą masa bredni.

Po pierwsze nielegalni imigranci NIE IDĄ PIECHOTĄ, tylko są przewożeni.

Po drugie nie ma w Niemczech wsi gdzie Polacy stanowią większość, nie ma nawet takiej gdzie stanowią 50%, najliczniej zamieszkałą przez Polaków wsią jest kilkanaście gmin i dzielnic (zwłaszcza w Nadrenii Północnej-Westfalii czy w Brandenburgii przy granicy), gdzie do 10–15% mieszkańców stanowią osoby z polskim obywatelstwem lub polskim pochodzeniem . Przykładowo w gminach Emmerich i Weeze co dziesiąta osoba ma polskie obywatelstwo (~10‑10,4 %)
tu źródło.
https://www.it.nrw/zensus-2022-drei-prozent-der-bevoelkerung-nrw-besass-die-polnische-staatsangehoerigkeit-127408?utm_source=chatgpt.com

Tak więc cała ta historia TO WYMYSŁ, tak jak był wymysł o Afgańczyku który w październiku chował się w rzece, czy rodzinie która z kotem w dwa tygodnie na piechotę dotarła do granicy.

Ogólnie celem takich tekstów, jest pokazanie „wyższości” jednych i „prymitywizmu” drugich. Tym razem tymi prymitywnymi są Polacy, a tymi „lepszymi” są Niemcy, ew niemieccy Polacy.

Jak pisze „Wyborcza”:

„Polka mieszkająca po niemieckiej stronie granicy we wsi, gdzie blisko połowa mieszkańców to Polacy.
„Tego dnia wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że polem, wprost na mój dom idą cztery postacie – opowiada Katarzyna. – Musieli wyjść z lasu, który jest za polem. Pomyślałem, że to myśliwi i wzięłam do ręki lornetkę. Okazało się, że to czterej czarnoskórzy mężczyźni. Początkowo trochę się przestraszyłam, byłam w domu sama, nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Wcześniej widywałam w lesie tylko ślady po migrantach, na przykład ich legowiska, śpiwory. Zadzwoniłam do sąsiada, Polaka, a on bardzo szybko przyjechał swoim autem. To on pierwszy podszedł do nich. Jeden z idących polem mężczyzn zapytał go, w jakim są kraju, odpowiedział, że w Niemczech. Wtedy padli na kolana, unieśli ręce do góry i błagali o pomoc.

Katarzyna ugościła mężczyzn w altance, w ogrodzie. Przyniosła wodę i to, co miała w lodówce – twarożek, gotowaną cieciorkę, puszki rybne, chleb. Nigdy nie widzieli twarożku i nie chcieli go jeść, smakowały im ryby.

Na oko mieli po 20-21 lat – opowiada Katarzyna. – Nigdy w życiu nie widziałam tak bardzo wycieńczonych ludzi. Zapytałam, skąd są, odpowiedzieli, że z Somalii.

Kiedy usiedli w altanie, zobaczyła też, jak zdarte są podeszwy ich butów. Tylko jeden z nich mówił trochę po angielsku. Powiedział, że przez Rosję i Białoruś głównie szli na piechotę. Przez ostatnie siedem dni w Polsce szli non stop.

Zapytałam, czy chcą, żebym wezwała policję. Powiedzieli, że tak. Przed policją przyjechali jednak zolle (celnicy). Byli bardzo grzeczni, empatyczni, wręcz delikatni. Poprosili tych Somalijczyków, żeby pokazali im swoje telefony komórkowe i mówili „Widzisz, tu twój odkładamy, oddamy go”. Pytali o dokumenty, czy nie mają broni, przeszukali ich, ale bardzo taktownie. Jeden z tych migrantów nie był w stanie wstać ze zmęczenia.

Po jakimś czasie przyjechał drugi samochód celników, następnie trzy policyjne radiowozy, a na koniec bus z przyciemnianymi szybami, do którego wsiedli przybysze z Afryki.

– Zapytałam niemieckich funkcjonariuszy, czy odstawią ich do Polski – opowiada Katarzyna. – Zaprzeczyli. Jeden z nich powiedział: „Polska teraz nie jest dla nich bezpiecznych miejscem” –

:Kiedy Katarzyna poszła do altany w ogrodzie, by posprzątać, zauważyła, że „goście” dokładnie po sobie posprzątali, umyli talerze, z których jedli, a nawet zabrali ze sobą śmieci. Do późna w nocy czytała o tym, co dzieje się w Somalii.

– Po tym spotkaniu pozostało mi współczucie i żal. I myśl, jak bardzo musieli być zdesperowani, że zdecydowali się na taką podróż w nieznane, na piechotę, przez lasy, w których spali. –

„Mąż Katarzyny na przejściu wdał się ostatnio w dyskusję z „obrońcami granic”. Mówi, że po chwili rozmowy, kiedy okazało się, że ma inne zdanie, stali się bardzo wulgarni i agresywni.”

Cały artykuł:
https://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/7,34939,32080790,padli-na-kolana-uniesli-rece-do-gory-i-blagali-o-pomoc-jak.html

Obraz Denkfalle z Pixabay