Koła pociągu stukały w jednym rytmie. Krysię ogarnęła senność. Wyjeżdżała z dużego miasta. Absolwentka tajnych kompletów, swoją edukację dokończyła na polonistyce. Chciała uciec jak najdalej – zbyt traumatyczne wspomnienia wiązały się z tym miejscem. W Bieszczadach miała zacząć nowe życie. Nie wiedziała, co ją czeka.

Za oknem wagonu krajobraz stawał się coraz bardziej malowniczy. Do Zagórza dotarła wieczorem. Udała się pod wskazany adres. Uprzejma gospodyni wskazała jej mały pokoik. Rankiem dotarła do Sanoka. W wydziale oświaty przyjęto ją z otwartymi ramionami – ktoś po polonistyce to prawdziwy skarb. Poprosiła o przydział na jakąś odludną wieś. Potrzebowała odpoczynku i wyciszenia. Wakacje dopiero się rozpoczęły, miała więc czas, by się zaadaptować.

Trafiła na zupełny koniec świata. Wieś liczyła zaledwie kilkanaście chałup. Na szkołę przerobiono dawną wiejską świetlicę. Budynek, jak na owe czasy, był w niezłym stanie technicznym. Mieszkańcy, gdy dowiedzieli się, że przybyła nauczycielka „z papierami”, natychmiast urządzili dla niej na górze przytulną izbę.

Pierwsze dni spędziła na poznawaniu okolicy. Szemrzące strumienie, łąki pachnące ziołami – wszystko to sprawiło, że zakochała się w tym ziemskim zakątku. Wędrówki stawały się coraz dalsze. Z przerażeniem spoglądała na spalone zgliszcza domów. Co rusz z chaszczy wyrastały kopczyki ziemi. Sklecone naprędce krzyże były niemymi świadkami ludzkich tragedii, jakie miały tu miejsce. Minął niespełna rok od zakończenia walk.

Pewnego dnia Krysia, jak co dzień, brała mleko od znajomej gospodyni. Młoda, niewiele starsza od niej dziewczyna, nie posiadała ręki. Lewą radziła sobie ze wszystkim. Była również osobą samotną. W pewnym momencie kanka z mlekiem wyślizgnęła się jej z dłoni. Zawartość wylała się na ziemię. Dziewczyna rozpłakała się:

– Mogli mnie zabić jak pozostałych. Kaleki nikt nie potrzebuje…

Krystyna przytuliła ją mocno.

– Przeżyłam wojnę. Mój narzeczony zdradził mnie – ożenił się z moją najlepszą przyjaciółką. Czasami lepiej być samej.

Dziewczyna, Karolina – tak miała na imię – uspokoiła się nieco.

– Przepraszam… Chodź, zrobię herbatę.

Krysi nie trzeba było dwa razy zachęcać. Dziewczyna potrzebowała wsparcia – że też dotąd tego nie zauważyła. Była zła na samą siebie.

Usiadły. Zaczęła się opowieść, która trwała kilka godzin. Dziewczyny płakały obie.

Rodzinny dom Karoliny znajdował się kilka kilometrów dalej. Wszyscy sąsiedzi żyli w zgodzie – aż nadszedł ten czas… Po kolei ginęły kolejne rodziny. Ukraińcy mordowali bez skrupułów swoich sąsiadów. Od kilku tygodni rodzina Karoliny nocowała w pobliskich skałach. Zostali w domu tylko na jedną noc. To była ich ostatnia.

Grubo po północy mordercy wtargnęli do środka. Karolina doskonale rozumiała ich język. Mówili, że nie można „rizać” ich w domu – „ma tu być kwatera, po co brudzić krwią ściany”.

Kiedy Karolina opisywała, w jaki sposób ginęli jej najbliżsi, Krysi w uszach szumiał wiatr śmierci. Gdy umierała najmłodsza z sióstr, na ratunek przybiegł sąsiad – Ukrainiec. Zaczął głośno przeklinać i upominać morderców. Po kilku chwilach jego głowa potoczyła się po ziemi…

– Mnie zostawili na koniec. Gwałcili do nieprzytomności, podlewali wodą – trwało to kilka godzin. Urządzili sobie libację. Błagałam Boga o szybką śmierć. Taką od kuli.
W końcu usłyszałam wyrok: „Trzeba tę sukę poćwiartować, psy będą miały co jeść”. Zobaczyłam ostrze topora nad głową i poczułam straszliwy ból. Straciłam przytomność.
Obudziłam się w szpitalu. Później dowiedziałam się, że syn sąsiadów wszystko widział. Pobiegł do najbliższej strażnicy WOP – to było kilka kilometrów stąd. Ocaliło mnie wojsko…

Płakały obie.

Krystyna wyszła z propozycją:

– Będę pomagać ci w gospodarce. Co prawda jestem z miasta, ale szybko się uczę.

Karolina otworzyła szeroko oczy.

– Naprawdę…? Dziękuję z całego serca.

Krysia jeszcze tego samego dnia przeniosła swoje rzeczy do domu Karoliny.

Kiedy zaczął się rok szkolny, wstawała wcześnie rano, by obrządzić oborę. Do szkoły miała kilka minut drogi. Po lekcjach dalej praca na gospodarstwie aż do zmroku. Karolina w tym czasie zajmowała się kuchnią i lekkimi pracami w domu.

Krysi nie dawało spokoju kalectwo Karoliny. Widziała, jak popłakiwała po kątach, gdy coś jej nie wychodziło albo upadło. Pewnej nocy napisała list do dobrego znajomego ze studiów. Jego ojciec był znanym lekarzem w stolicy. Opisała całą sytuację.

Po tygodniu przyszła odpowiedź: mają jak najszybciej stawić się na konsultację.
Po wizycie wróciły szczęśliwe – Karolina będzie miała rękę.

Po pół roku, po raz pierwszy, rękaw spódnicy sięgał nadgarstka, a dłoń spoczywała w kieszonce. Poszła nawet do kościoła. Trauma kalekiej dziewczyny znikała.

Krystyna miała wielu adoratorów, ale do końca życia mieszkała z Karoliną. Wiedziała, że nie pogodzi małżeństwa z sytuacją, w jakiej się znalazła.

Karolina odeszła pierwsza. Wkrótce potem wierni uczniowie, których wykształciła, odprowadzali Krystynę na miejsce jej ostatniego spoczynku…

Autor: Jędruś Ciupaga