Powtarzam raz jeszcze kategorycznie i definitywnie. Nie wypowiadam się na temat pewnej „gorącej” sprawy, chociaż rozumiem jej ogólną zasadę, zgadzam się z nią po części, choć mam świadomość, że diabeł tkwi jak zwykle w szczegółach i ujawni się, gdy skończone zostaną igrzyska. Tak samo kategorycznie i ostatecznie napiszę, używając „caps”, by podkreślić „ostateczność” stwierdzenia: BEZ WZGLĘDU NA TO CO WYDARZY SIĘ NIEDŁUGO NIE ZMIENIĘ STRONY. MYŚLĘ JAK MYŚLĘ I TAK BĘDĘ MYŚLAŁ I TEGO ŻADEN KRÓTKOWZROCZNY POLITYK NIE ZMIENI, TAK SAMO, JAK NIE ZABIERZE MI TEGO CO ZROBIŁEM PO ROKU 1990, NAWET, GDY WYMAZAĆ KAŻE MOJE NAZWISKO Z DOKUMENTÓW.

Nie piszę tego również z powodu, iż nie mam dokąd wrócić. Gdybym chciał, gdybym był tym, o bycie kim jestem ciągle oskarżany, to pewnie nie denerwowałbym się w ogóle i szybko „ustawiłbym się”, dopasował do zmienionej sytuacji. Wczoraj zadzwonił do mnie mój były „kolega” z dawnej pracy. Opowiadał długo o tym co mnie czeka i zaproponował niezłą pracę, w niezłym miejscu, za dość duże pieniądze. Oczywiście był warunek, ale nie będę go tu opisywał, tylko skonkluduję, że pogoniłem „kolegę”, to znaczy odmówiłem stanowczo i zadałem kilka zasadniczych pytań. Więcej takiej propozycji nie dostanę od nikogo, a „koleżeństwo” postara się, by mnie za tą odmowę – i za ten artykuł – „ukarać” i to publicznie, bo przecież są „dziennikarze do specjalnych poruczeń”. Ten akapit potraktujcie Państwo, jako wstęp, ponieważ właściwie to, chciałem poruszyć coś innego, lecz, niestety, obie sprawy są połączone.

Wczoraj na stronie internetowej TV Republika i „Gazety Polskiej” przeczytałem wywiad z osobą dość znaną, związaną z pewną fundacją (nie poseł, ani ktoś ze sfer rządowych lub znanych autorów czy naukowców). Było tam wyraźne stwierdzenie, że osoba ta „nie rozumie zapraszania byłych esbeków do telewizji”. Ciekawe, iż wczoraj na Targach Książki Historycznej rozmawiałem, jak zwykle całkiem miło, z tą osobą i nie usłyszałem od niej żadnych słów nagany. Cóż, trzeba mieć odwagę, by powiedzieć to, co się myśli. Nie lubię obłudy i fałszu. Dlatego zaskoczył mnie ten wywiad, a z jego kontekstu, sytuacji zewnętrznej, miejsc, w których się ukazał, wynikało wyraźnie, że chodzi o mnie. Dobrze!

Podjąłem decyzję. Od tej pory odmawiam jakiegokolwiek udziału w każdych mediach publicznych lub nie, prawicowych lub lewicowych, albo tych środkowych. Przykro mi, ale nie mogę pozwolić na wieczne generalizowanie mnie oraz traktowanie, jak zło konieczne. To ja zaryzykowałem najwięcej i ja za to płacę.

Poza tym jest tylu ekspertów prawicowych z „dobrym” PESELEM, którzy jeszcze dopłacą za możliwość ukazania się na ekranie. Na przykład pewien doktor, uważający, że „wszystko sam sobie zawdzięcza” i jest „patriotą głośnym”, któremu państwo polskie nic nie dało, a „ofiary muszą być” (to chyba Lenin i Stalin tak twierdzili). Są także „specjaliści” od służb, oficerowie bez skazy w SB, gdyż wszyscy przyszli po roku 1990.

Przykłady? Proszę!

Jeden z nich to „ekspert” na emeryturze (po 20 latach), który całą swoją karierę spędził w Wywiadzie w Wydziale Ogólnym (ołówki, papier, inwentaryzacja mebli biurowych) i nigdy nie widział figuranta na oczy, a kurs oficerski, jaki odbył miał nazwę „Kursu Administracyjnego”. Jest JT, czynny jeszcze oficer. Dwukrotnie służby partnerskie, w tym jedna polska, informowała o jego kontaktach z kadrowymi oficerami SWR, podczas jego pobytu na placówkach. Nie zdążyłem nawet zrobić sprawy, bo mnie wysłano „pod kapelusz”. On przyszedł w roku 1994 chyba i jest „prawym i uczciwym funkcjonariuszem”, a nie esbeckim bandytą, jak ja. On zajmuje obecnie wysokie, choć nie najwyższe stanowisko.

Kolejny, ST, którego ojciec nawet nie pochodził do weryfikacji, tylko poszedł sobie. Dzieci nie odpowiadają za winy ojców, ale w tym przypadku bez ojca kariery by nie zrobił, a zrobił. Ostatnio nawet był „bohaterem” jakichś przekrętów. Mógłbym wymieniać wiele takich przypadków, ale po co?

To ja jestem winien i ja jestem złem wcielonym. To prawda! Moją winą jest przede wszystkim to, że po roku 1990 postanowiłem zacząć od nowa i zająłem się „ganianiem z Ruskimi”, za co zapłaciłem wraz z rodziną. Moja druga żona musiała zakończyć pracę, ponieważ Rosjanie ustalili mnie i przyszli do szkoły, w której pracowała. Do pierwszej dzwonili na telefon domowy. Był początek troku 2000. Dotąd zadaję sobie pytanie, jak SWR mnie ustalił, skoro realizowana przeze mnie sprawa była znana tylko kilku osobom i to tym, którzy przyszli do firmy po roku 1990. Niektórzy wprost z podziemia. Na moją prośbę ominięto wszystkich z przeszłością w SB. Niestety, nikt później, gdy ja musiałem zniknąć z Polski, nic z tym nie zrobił. Tak, to wszystko moja wina.

Trzeba było „ustawić się”, jak to mi radzono i przyjmować propozycje, a nie zrywać kontakty. Tak więc, bye bye telewizjo, bye, bye radio. Nie będziecie musieli, o! Redaktorzy Naczelni, czytać komentarzy, ani udawać się do spowiedzi, po każdym pobycie w mediach, takiego bandziora, jak ja. Dla porządku tylko zaznaczę, że 3/4 mojej służby miało miejsce po 1990 roku, a wszystkie praktycznie awanse, sukcesy i nagrody też związane były z kontrwywiadem UOP i AW. Teraz pewnie je zwrócę. Nie wiem tylko, jak zwrócić stopień. Mam nadzieję, że ktoś mnie zdegraduje. Powtarzam: NIE CHODZI MI O ZASADĘ, ALE O SZCZEGÓŁY.

Nie oznacza to wszystko, że znikam w ogóle. Wręcz odwrotnie! Będę pisał i denerwował wielu ze wszystkich stron. Mam FB i nadal aktualny jest program w internetowej TV „wRealu24”. Chyba, że i tu stwierdzą: „Bandziora z SB nie publikujemy”. Trudno! Mam jeszcze swój kanał na YT, a książki opublikuję w Internecie, bo przecież i wydawcy mogą dojść do takich wniosków, a na propozycję z innej strony reaguję i zareaguję krótkim słowem z języka „kuchennej łaciny”.

„Stałem się bratem szakali i młodych strusiów sąsiadem”.