To bardzo dobra i zarazem bardzo zła informacja, sytuacja.

Kiedy w 1990 roku wprowadzono obowiązkowo religię do szkół byłem jednym z bardzo bardzo nielicznych uczniów w całej szkole, którzy odmówili uczestnictwa w tych „lekcjach”.
Nie dlatego, że jestem ateistą i byłem nim już jako nastolatek, ale dlatego, że już wówczas miałem odruch wymiotny na wciskanie na siłę „czegoś” co nie da się „przekazać”, czyli wiary.
No, ale nie o wiarę w tym chodziło wówczas, ale o elektorat i zatrudnienie całej masy ludzi, którzy nie nadawali się (do tej pory nie nadają) do żadnej innej pożytecznej pracy (a tak dostali pensje, przywileje emerytalne itd. itp.)
Nie zapomnę grona pedagogicznego, które cuchęło jeszcze z daleka komuną i marszami 1 majowymi, ale nagle zaczęli krzywo patrzyć na tych, którzy odmówili uczestnictwa w lekcji religii.
Banda zastraszonych hipokrytów przestawiała się już na demokracje, kapitalizm i religijność (dlatego też tak gardzę tym środowiskiem, bo jak kazali im podskakiwać, to podskakiwali, jak kazali kucać kucali itd.).
To dobra informacja, że młodzi przestali chodzić na religię?
Tak, bo nie dają sobie wciskać fałszu jaki za tym idzie.
Zła, ponieważ religia jest ważna w społeczeństwie, zwłaszcza kiedy może dojść do jakiegoś poważnego załamania.
Ludzie religijni to nie to samo co osoby wierzące. Wielu ludziom się to myli i nawet nie rozumieją różnicy.
To jak wiara tych co kończą studia, że dyplom zapewni im dobrą pracę, lepsze życie, choć są kołkami i mają „dwie lewe”. Wiara, że chodzenie do kościoła i do spowiedzi, wrzucenie 20 zł na WOŚP zapewni im zbawienie.
Od kiedy wprowadzono lekcje religii, to już tylko demografia kruszyła się (rodziło się i rodzi coraz mniej dzieci).
Zatem ci wszyscy katecheci, a dziś to już często emeryci – ci co zaczynali wówczas – chyba spieprzyli wszystko. Jedyny ich sukces w życiu to nabycie świadczeń emerytalnych.
Autor: Diario
Zostaw komentarz