Pan Marcin Makowski, znany publicysta Wirtualnej Polski, którego szanuję i uważam za w miarę obiektywnego, skrytykował w Radiu TOK FM propozycję Platformy Obywatelskiej, dotyczącą możliwości przeprowadzenia referendum w sprawie odwołania posła jako niedemokratyczną.
Przyznać muszę, że nie rozumiem, co w tym postulacie jest niedemokratycznego. Uważam, że jest dokładnie przeciwnie niż uważam Pan Makowski, gdyż tego rodzaju propozycje są właśnie na wskroś demokratyczne, albowiem wzmacniają podmiotowość wyborców wobec ich reprezentantów; obecnie rola wyborców, i co za tym idzie, wpływ na posłów, kończy się w momencie wrzucenia kartki wyborczej do wyborczej urny. Możliwość odwołania posłów wzmocni demokrację. Tego rodzaju mechanizmy funkcjonują na poziomie samorządów od początku ich istnienia (błędem jest limit frekwencji, który paradoksalnie obniża frekwencję; inaczej obydwie strony by mobilizowały wyborców) i nie stanowią ograniczenia demokracji.
Tak więc, propozycja PO akurat w tym względzie idzie w dobrym kierunku, chociaż ja zrobiłbym jeszcze inaczej, a mianowicie wprowadziłbym inną procedurę i sięgnął po rozwiązanie duża dalej idące: (czyli) nie odwoływanie, lecz wygaśniecie mandatu; przechodzisz do innej partii niż ta z której listy wszedłeś do Sejmu, tracisz mandat.
Twierdzenia Pana red. Makowskiego być może miałyby pewien sens, gdyby w Polsce, w wyborach do Sejmu, obowiązywała ordynacja jednomandatowa, oparta na stosunkowo małych okręgach. W wyborach jednomandatowych (większościowych) o wyborze w dużo większym stopniu decyduje jakość kandydata i w ten sposób mandat poselski przypada osobie.
Lecz, sek w tym, że w Polsce obecnie obowiązuje ordynacja proporcjonalna, zaś mandaty są dzielone w dużych okręgach. Mandaty przypadają w pierwszej kolejności listom wyborczym zgłaszanym przez partie polityczne albo koalicje wyborcze, a nie osobom. W roku 2011 i 2013, przy okazji innych przejść (transferów) z jednego klubu parlamentarnego do innego klubu wykazałem już, że często na jeden zdobyty mandat składają się głosy kilku kandydatów; a zatem żeby zdobyć poszczególny (któryś z kolei) mandat dla listy, trzeba zsumować głosy kilku, a czasami nawet kilkunastu kandydatów).
Gospodarzem mandatu nie jest więc jedna osoba, jeden kandydat, któremu on przypadł, a kilku kandydatów. Jednak, gdy chodzi o ścisłość, gospodarzem mandatu są przede wszystkim wyborcy danej partii. Problem jest poważny, gdyż polega na tym, że gdy konkretny poseł zmienia barwy polityczne, to wyborcy tracą swojego przedstawiciela; w ten sposób, po zmienia klubu parlamentarnego przez danego posła, zostają pozbawieni reprezentacji parlamentarnej.
Moim zdaniem: i w obecnym systemie prawym, istniałaby możliwość wygaszania mandatów posłów, którzy zmienili opcję polityczną. Wynika to z per-analogii, czyli z analogicznych hipotez sytuacji.
Gdy poseł rezygnuje z mandatu, nie odbywają się wybory uzupełniające do Sejmu w danym okręgu, lecz mandat uzyskuje kolejny kandydat z największą ilością głosów z listy; podobnie jest w przypadku – nie daj Bóg – śmierci jakiegoś posła, wówczas wchodzi do Sejmu następny kandydat z listy.
Te przykłady oznaczają, że i w obecnym systemie prawnym, prawo uznaje, iż mandat przypada w pierwszej kolejności liście wyborczej (wystawionej przez partię lub koalicję polityczną), zaś nie osobie. Gdyby prawo stanowiło, że mandat przypada osobie, po wygaśnięciu mandatu posła, organizowane byłyby wybory uzupełniające. Tymczasem nie są.
Poza tym, istnieją jeszcze argumenty innego rodzaju: partia wydała pieniądze na kampanię wyborczą, kandydat, któremu przyznano mandat posła korzystał z tych środków, występował w ramach czasu antenowego w mediach publicznych przydzielonego konkretnej partii, jego wynik wyborczy był funkcją trendu poparcia, którym dysponowała dana formacja polityczna, zaś na jego mandat złożyły się głosy innych kandydatów znajdujących się na tej samej liście (dlaczego zatem on sam ma decydować arbitralnie o losach tego mandatu?). Przed wyborami, w trakcie procedur związanych z rejestracją listy wyborczej, podpisy wyborców były zbierane pod listą zawierającą nazwiska wielu kandydatów, a nie tylko jednego kandydata.
Jest tu wiele okoliczności, które składają się na tezę, że albo w ramach obecnego prawa (per-analogia), albo po jego zmianie, jeśli chcemy utrzymać system proporcjonalny, należy wprowadzić takie prawo, które będzie powodowała obligatoryjne, automatyczne wygaśnięcie mandatu po zmianie barw partyjnych przez danego posła (w jego miejsce wchodzi następny z listy).
W niczym nie ograniczy to demokracji, zaś ukróci transfery, polityczne wędrówki, oraz niepoważne, nieuczciwe traktowanie wyborców.
Do zmiany poglądów nadal każdy poseł będzie miał prawo. Ale na własny rachunek. Nie kosztem wyborców. I to jest prawdziwe wzmocnienie demokracji.
Osobiście zmieniłbym w Polsce system proporcjonalny na większościowy system wyborczy STV. Od wielu lat mówię, piszę o tym w swoich książkach, że najważniejszą w Polsce sprawą, wręcz kluczową i fundamentalną, jest zmiana fatalnego systemu politycznego, a w jego ramach przede wszystkim systemu partyjnego i wyborczego.
Autor: Roman Mańka
Socjolog, publicysta, pisarz, komentator polityczny, dziennikarz „Halo Radio”, redaktor naczelny czasopisma eksperckiego Forum Inicjatyw Bezpieczeństwo Rozwój Energetyka (FIBRE). Posiada trzy wielkie pasje: filozofię, socjologię, i piłkę nożną; jest zagorzałym kibicem Realu Madryt. Wykształcenie socjologiczne zdobył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Ukończył również Studium Dziennikarstwa Europejskiego prowadzone przez Centrum Europejskie „NATOLIN” w Warszawie. W przeszłości wykonywał zawód dziennikarza śledczego w prasie lokalnej, a następnie ogólnopolskiej: opisywał sprawy z zakresu zorganizowanej przestępczości mafijnej, powiązań klientelistycznych oraz korupcji polityków; pełnił również funkcję z-ca redaktora naczelnego Gazety Finansowej i szefa działu krajowego. Publikował w Gazecie Finansowej, Home&Market, Gentleman, Onet.pl i Interii. Obecnie jest pisarzem i publicystą, autorem dwóch książek popularno-naukowych: „Strefa tabu. Największe afery III RP” oraz „Moment krytyczny”, a także współautorem jednej pozycji w dziedzinie dziennikarstwa śledczego: „Łańcuch poszlak. Wielka gra mafii i rosyjskich służb specjalnych” (wywiad rzeka z byłym szefem ABW, Bogdanem Święczkowskim).
Zostaw komentarz