Jestem samotnicą. Wystarczy mi garstka bliskich osób i minimum kontaktów społecznych. Dlatego cała ta historia z izolacją, kwarantanną, zamykaniem klubów, lokali, restauracji, szkół, koncertów i państw – niewiele mnie dotyczy. Ot, tyle, że lubię czasem pograć w bilarda w zaprzyjaźnionym hotelu, wypić kawę w przytulnej kafejce albo wyskoczyć na łazęgowanie do Czech. Ale w tym hotelu, w tej kafejce i w Czechach teraz mnie nie chcą. To trudno. Ja o czym innym…

Wszyscy powtarzają, że człowiek jest istotą społeczną. Pewnie to inny człowiek, nie ja. Niemniej ludzie zawsze spotykali się z okazji różnych okazji, albo i tak sobie, dzielili się energią, przedsiębrali wspólnie jakieś zadania, zabawy i inne takie.

Kiedy rok temu zamknięto szkoły i uczelnie, pomyślałam, że jest to ogromna próba generalna albo preludium do zmiany sposobu komunikowania się ludzkości. Podsycanie paniki, wzbudzanie poczucia winy i kreowanie pseudo-odpowiedzialności miało (ma) na celu zmianę paradygmatu komunikacji społecznej. W ciągu roku to, co zdawało się nierealne: zdalne nauczanie i studia, konferencje i szkolenia on -line, zbiórki harcerskie i nauka pływania przez Internet – stało się możliwe.

Są pozytywy takiej sytuacji. Już dawno proponowałam w pracy, żeby wspólne opracowywanie dokumentów przenieść na platformę cyfrową. Z jakiegoś powodu dotąd takie pomysły były odrzucane. Dziś właściwie można studiować z dowolnego miejsca (i rodzice mniej rozważnych studentów, którzy nie wynajęli pokoju, oszczędzają na czynszu), można spotykać się z mnóstwem wspaniałych (nawet sławnych) ludzi w przestrzeni wirtualnej, organizować dowolne konferencje bez potrzeby wynajmowania pomieszczenia, załatwiania cateringu itp. Jednym słowem nowa rzeczywistość została niejako wymuszona, bo wcześniej nie dostrzegaliśmy jej, nie wykorzystywaliśmy, nie zdawaliśmy sobie sprawy z jej możliwości.

Z drugiej strony odnoszę nieodparte wrażenie, że ktoś nas tu robi w bambuko, że to dobrodziejstwo zostało jakoś zaplanowane, że w świecie przedinternetowym, przedmedialnym nie byłoby możliwości albo i potrzeby zamknięcia szkół i zatrzymania milionów dzieciaków w domu. I że stało się to możliwe właśnie teraz. Z istot społecznych robi się z nas istoty medialne – spłaszczone na ekranie monitora, rozbite na piksele. Sieć obejmuje już wszystkie dziedziny naszego życia: zakupy, banki, pracę, naukę, poznawanie świata, zwiedzanie muzeów, edukację, rozrywkę, przyjaźnie, wirtualne przytulanie, a nawet seks.

Dopóki nasze życie toczy się w obu rzeczywistościach, dopóki traktujemy monitor jako narzędzie komunikacji, dopóki nam służy – nie ma się czym martwić. Dopóki odczuwamy potrzebę wystawienia twarzy do słońca, powąchania kwitnącej wiśni, przytulenia drugiego człowieka – wciąż jeszcze żyjemy.

Mam nadzieję, że przerażająca wizja rzeczywistości z „Kongresu” Folmana (świat animowanych narkotycznych wizji) nie stanie się naszym udziałem.