Przewodniczący Związku Zawodowego Muzyków w Polsce opowiada o tym jaką trzeba było stoczyć walkę, aby zarejestrować organizację dbającą o artystó polskiej sceny muzycznej. Z tego wywiadu dowiecie się również skąd to się bierze, że stacje muzyczne tak mało grają ojczystej muzyki. Usłyszycie także jak korupcja trawi rodzimy rynek medialny, ale jednocześnie wywiadowany mówi o potwornej wręcz ignorancji oraz nieróbstwie warstwy politycznej w Polsce w dziedzinie kultury. Chcecie się dowiedzieć skąd biorą się problemy polskiego rynku muzycznego, to przeczytajcie ten wywiad Andrzeja Poznańskiego z Wojciechem Konikiewiczem, który deklaruje: – „ja nie jestem niczyim wrogiem – oprócz wrogów polskiej kultury, w tym muzyki, przy czym wrogość ta jest zgoła symboliczna”.

Andrzej Poznański: Jest Pan muzykiem zawodowym od wielu lat i można powiedzieć, że niejedno już Pan widział. Jak z perspektywy czasu ocenia Pan polski rynek muzyczny? Jest lepiej niż było, dajmy na to, 40 lat temu?

Wojciech Konikiewicz: – Rynek ten rozwinął się ogromnie w stosunku do sytuacji sprzed lat – progres dotyczy wszystkich jego elementów. Ogromnie wzrosły liczby: wykwalifikowanych muzyków (to skutek powstania uczelni i szkół, ale także internetowych kursów), studiów nagraniowych, dostępnego, profesjonalnego sprzętu i instrumentarium, wydawnictw płytowych itd. W sensie ilościowym i jakościowym nastąpił olbrzymi wzrost – na poziomie elementów tegoż rynku, natomiast zupełnie inną kwestią jest sam poziom produkcji muzycznych i ich stopień obecności w przestrzeni medialnej. Nie da się więc jednoznacznie powiedzieć: jest lepiej lub jest gorzej. Pod wieloma względami jest lepiej, pod kilkoma, w tym tymi kluczowymi – gorzej.

Jako człowiek, który odniósł również spore sukcesy i z powodzeniem koncertował poza granicami naszego kraju, jak Pan ocenia poziom naszego rynku w skali światowej? Mamy się czego wstydzić, czy może jest wprost przeciwnie?

W.K.: – Mamy na światowym poziomie artystów z obszarów: – muzyki klasycznej i współczesnej – zarówno wykonawców jak i kompozytorów, – jazzu (wybitny krytyk izraelski Adam Baruch wręcz twierdzi, że polski jazz jest obecnie najciekawszy na świecie), – muzyki elektronicznej, – niektórych stylów rocka (metal, progresywny), – muzyki filmowej i szerzej – ilustracyjnej (w tym do gier komputerowych). To w zupełności wystarcza. Pop polski jest i zapewne pozostanie zjawiskiem lokalnym ze względu na język, ale być może i tu dojdzie do przełamania. Na razie to, co za granicą przed laty osiągnęły ekipy takie jak Dwa Plus Jeden, Maanam, Marek i Wacek wyznacza dopiero pewien horyzont dla współczesnych twórców.

Nie od dziś wiadomo, że polskie zespoły, poza małymi wyjątkami, nie odnoszą sukcesu na świecie i nigdy nie przebiły się do szerszej publiczności. Jak Pan myśli, dlaczego? Język, akcent, czy może jeszcze coś innego?

W.K.: – Język to tylko część problemu. Inną, ważniejszą wg mnie kwestią jest brak śmiałości i wyobraźni, które zbyt często zastępowane bywają klonowaniem wzorów zagranicznych, głównie anglosaskich. To droga donikąd, świat nie potrzebuje od nas klonów, tylko jakiejś własnej, oryginalnej propozycji. Mniejsze kraje, takie jak Islandia czy reszta Skandynawii produkują znacznie więcej na globalny rynek. Wynika to także z poważnego wsparcia ze strony tamtych państw dla przemysłów kreatywnych, w tym także i pop kultury. Tego w Polsce nie ma. Zarządzający u nas kulturą nie mają o tym zielonego pojęcia – nie podróżują, nie orientują się w światowych, sprawdzonych rozwiązaniach. Tworzą jakieś hipostazy – abstrakcyjne, biurokratyczne wymysły, marnując miliony na ruchy pozorne bądź nieefektywne. Tu jest bardzo wiele do zrobienia i nadrobienia. To także kwestia wieku: kulturą zarządzają u nas i to od dziesiątek lat nazbyt często ludzie wiekowi, o uwsteczniającym i nierealistycznym stylu myślenia.

Przejdźmy teraz do potężnego sukcesu, jakim było utworzenie i zalegalizowanie działalności Zawodowego Związku Muzyków, którego jest Pan inicjatorem i przewodniczącym. Ile czasu to trwało od powstania pomysłu do jego realizacji?

W.K. – Trzy lata trwała walka o zarejestrowanie i odtworzenie Związku, dopiero w czerwcu 2016 to się udało – dzięki wytężonej, wspólnej pracy wielu wybitnych artystów, ale także naszych przyjaciół prawników.

Od samego początku wspieramy Państwa działania i staramy się uświadamiać ludzi jak ogromną rolę w krzewieniu polskiej kultury odgrywają media. Jak Pan myśli dlaczego jest wyczuwalny taki ogromny sprzeciw, kiedy przychodzi do rozmowy o zwiększeniu udziału polskiej muzyki w rozgłośniach radiowych? Komu może przeszkadzać taki obrót spraw?

W.K. – Sprzeciw ten ma kilka źródeł: Pierwsze i najważniejsze to potworna wręcz ignorancja oraz nieróbstwo warstwy politycznej w Polsce w dziedzinie kultury, kolejne to: – korupcja wśród dziennikarzy radiowych, działająca także w sferze mentalności: są po prostu ludzie, dla których polska muzyka z definicji jest „gorsza”, bo jest polska, – działalność wpływowych formalnych – i nie – lobbystów różnej maści, w tym także blokujących aktualizację ustawy o tzw. czystych nośnikach, co powoduje od wielu lat straty twórców na poziomie miliona dziennie, – niezborność, brak organizacji i podziały wewnętrzne środowiska twórców.

Czy jako przewodniczący ZZM, wygłaszający opinie, które są – powiedzmy to głośno – nie na rękę wielu ludziom w tym kraju, spotyka się Pan ze swego rodzaju ostracyzmem? Czy w branży muzycznej jest miejsce dla takich buntowników?

W.K. – Proszę Pana – jeżeli normę panującą na całym świecie określa się jako przejaw „buntu”, to o czym tu w ogóle mówimy?! Ostracyzm? Nie zajmuję się w ogóle tym tematem – jeśli jakiś program radiowy mojej twórczości nie uwzględnia, to nie jest mój problem, tylko jego. Ja mam co w życiu robić: nagrałem ok. 100 płyt, nagrywam wciąż nowe, koncertuję w Polsce i poza nią, piszę muzykę filmową, teatralną. W branży muzycznej powinno być miejsce dla wszystkich – i jest. Inną kwestią pozostaje obecność – lub nie – w mediach.

Patrząc bardziej globalnie, Parlament Europejski zatwierdził niedawno wstępnie dyrektywę o ochronie praw autorskich, która przez wielu ludzi jest błędnie, ale celowo nazywana „ACTA 2.0”. Na ile Pan czuje, że jako organizacja, przyłożyliście się do tego? Czy to duży sukces, czy może dopiero początek walki o polskich twórców?

W.K. – To proces globalny, trwa w Stanach, Europie i reszcie świata. Zobaczymy czym to się skończy w sensie ustawowym. Na razie to krok w dobrym kierunku, na który złożył się i nasz wysiłek.

Wracając teraz do naszego podwórka, Pani Krystyna Pawłowicz, po uchwaleniu tej dyrektywy napisała publicznie, że „polscy artyści i twórcy chciwie żądają ciągłych zapłat za swoje, dawno już zapłacone, te same dzieła” oraz zasugerowała, że powinna być „1-krotna zapłata za pierwszą sprzedaż i dość”. Może się Pan do tego odnieść?

W.K. – Pisałem wyżej o ignorancji – to jest ten przypadek.

Jakie są najbliższe cele Związku Zawodowego Muzyków? Czy jest już jakiś konkretny plan na przyszłość?

W.K. – Trwa wytężona praca nad uruchomieniem biura, naboru członków, instytucjonalizacją Związku. Jest to bardzo trudne, bo nie mamy żadnych środków finansowych. Walczymy o nie, szukamy wsparcia. Wierzę, że przełamanie tej bariery to kwestia najbliższych miesięcy.

Odnosząc się do wywiadu dla niezależnej, który nota bene udostępnialiśmy u siebie, zapytamy: Czy łatwo jest być wrogiem publicznym? Nie żałuje Pan obranej drogi?

W.K. – Proszę Pana: ja nie jestem niczyim wrogiem – oprócz wrogów polskiej kultury, w tym muzyki, przy czym wrogość ta jest zgoła symboliczna. Obrana droga? W moim wieku człowiek ma już doświadczenie, wiedzę i nie podejmuje pochopnych decyzji. Niczego nie żałuję. Po prostu widzę, jak to wszystko wygląda na świecie – od Stanów, przez Anglię, Francję, Skandynawię, Niemcy, Węgry, Chiny, Japonię, Koreę Pd itd. – i chciałbym, żeby tak samo tj. normalnie było i tutaj, w Polsce.

Na koniec pytanie od naszych czytelników. Rafał Zawierucha: „Czy ZZM popiera delegalizację polskiego rege?”

W.K. – Ależ z przyjemnością odpowiem. Zwłaszcza jako że kawałek z mojej dyskografii to płyty z tą muzyką, m.in. Izrael ” Nabij faję”, Green Revolution itd. Z Izraelem graliśmy w Jarocinie w 1984 r. dla 20 tysięcy ludzi i nikt z nich nie wyglądał na przymuszonych do słuchania, a większość tańczyła. Równie dobrze można by zapytać o poparcie ZZM dla delegalizacji polskiego rocka, w tym punka, polskiego jazzu itd. Byłoby to nowatorskie zastosowanie formuły Kononowicza tj. „zlikwiduję wszystko i niczego nie będzie”.

Dziękujemy za rozmowę!

Fot. archiwum artysty na FB. Wywiad źródło: Problemy polskiego rynku muzycznego