Jezu, kto w to uwierzy, że „ruskie wysadzają tory w Polsce”? – chciałoby się zapytać, patrząc na medialne nagłówki i komentarze polityków. Narracja rozpędza się jak ekspres, choć część pasażerów już dawno przestała wierzyć, że maszynista wie, dokąd jedzie.

Oczywiście znajdą się ci, którzy przyjmą każdą wersję wydarzeń podawaną w telewizji — jedni z jednej strony sceny politycznej, drudzy z drugiej. I bez urazy, drodzy zwolennicy Tuska czy Kaczyńskiego, ale może czasem warto pomyśleć samodzielnie, zanim uzna się każdą sensację za prawdę objawioną.

Bo oto nagle mamy serię incydentów kolejowych, a wraz z nimi wielkie poruszenie. Padają słowa o sabotażu, zagrożeniu, konieczności mobilizacji. I pojawia się dobrze znany refren: „Jeśli nie wy — to wasze dzieci pójdą na front”. Otóż nie — ja się nie wybieram i moje dzieci również nie.

Świat tonie w sprzecznościach

Tymczasem Ukraina walczy w warunkach, które trudno nazwać dobrymi. O jej kondycji sporo można się dowiedzieć z różnych źródeł, choć te mniej wygodne nie trafiają do głównego nurtu. A jednocześnie słyszymy, że premier Włoch, Giorgia Meloni, nie zamierza wysyłać żołnierzy na Ukrainę. I nie ona jedna.

A u nas? W mObywatelu pojawia się nagle opcja zapisów na szkolenia wojskowe. Przypadek? Ułatwienie? Tego się nie dowiemy — ale dziwnie zgrywa się to z atmosferą napięcia.

Potem pojawia się informacja o „wysadzeniu” torów. I tutaj pozwolę sobie na odrobinę ironii: naprawdę, w czasach gdy europejskie porty obsługują rosyjskie statki, a wiele państw handluje z Moskwą na całkiem solidną skalę, miałoby dojść do niszczenia kawałka szyny gdzieś na polskim zadupiu? To brzmi bardziej jak scenariusz do teatru telewizji dla starszego pokolenia, nie jak poważna operacja.

O lękach, które łatwo podsycić

W takich momentach naród zaczyna się bać. Bo a nuż faktycznie coś się dzieje? Bo może faktycznie lepiej nie wsiadać do pociągu, jeśli w mediach trwa festiwal grozy? Sęk w tym, że strach jest najprostszym narzędziem politycznym. Działa zawsze i wszędzie.

Rosjanie są agresywni i od dawna wiadomo, że trzeba ich trzymać na dystans. Ale nie każda historia o sabotażu musi pochodzić z Kremla. Czasem wystarczy zwykły, najbanalniejszy ludzki motyw — i ktoś, kto potrafi go wykorzystać.

A polityczna narracja? Ta, jak zawsze, pojawi się sama. Może chodzi o przygotowanie gruntu pod zwiększenie zaangażowania wojskowego? Może o mobilizację elektoratu? Może o stworzenie atmosfery oczekiwania na „coś dużego”? Jedno jest pewne — nastroje społeczne buduje się dziś szybciej niż memy na Facebooku.

Grudniowy finał?

I tak czekamy. Czekamy na „wydarzenie”, które — jak twierdzą niektórzy — ma nadejść. Najlepiej tuż przed świętami, żeby Polakom odebrać spokój, a może i złość skierować tam, gdzie będzie politycznie wygodnie.

Zostaje więc tylko obserwować. Z dystansem, z rozsądkiem i z odrobiną sceptycyzmu wobec wszystkiego, co podaje się nam na tacy. Bo jak się człowiek wciągnie w te wszystkie narracje, to naprawdę niedługo uwierzy, że za każdym kawałkiem szyny czai się geopolityka.

Autor: Diario