Dawniej rybałt śpiewał, że król jest nagi. Dziś aktor mówi, że król jest mądry — bo tak mu kazano w scenariuszu. A profesor przyklaskuje, bo nie chce stracić szansy na zaproszenia na galę.

W średniowieczu rybałt (minstrel) był głosem ludu. Nie miał tytułu ani pieczęci, ale miał pieśń, która mówiła to, czego nie wolno było zapisać. Dziś jego miejsce zajęli różnej maści celebryci: aktorzy, reżyserzy, performerzy, którzy zagrali rolę lekarza, króla lub buntownika — i uznali, że to wystarczy, by wypowiadać się o polityce, ekonomii i społeczeństwie.

Nie chodzi o to, że nie mają prawa mówić. Każdy z nas ma takie prawo, choć niektórzy próbują je ograniczyć, używając argumentów pozornie sugerujących ochronę słabszych członków społeczeństwa, a w istocie próbują tłumić sprzeciw wobec swojej doktryny ideologicznej (jaka by ona nie była). W ich przypadku chodzi o to, że mówią tonem wyroczni — bez cienia wątpliwości czy zawahania, bez świadomości, że ich rola to nie rzeczywistość. A gdy ktoś ośmieli się zapytać o ich kompetencje do bycia wyrocznią, zostaje nazwany hejterem, populistą, wrogiem kultury.

Tymczasem profesor (zaznaczam: nie każdy), który powinien być strażnikiem krytycznego myślenia, coraz częściej staje się celebransem medialnego rytuału. Nie broni prawdy — broni układu. Bo przecież lepiej być cytowanym przez aktora niż zapomnianym przez recenzenta czy grantodawcę.

A gdy już celebryta wypowie się ex cathedra, a profesor przytaknie, wtedy pojawia się trzeci z trójcy — redaktor od zasięgu. On nie pyta, czy to mądre — tylko czy to się klika. I klika się. Bo głupota z autorytetem i pieczątką to dziś najlepszy towar (na rynku opinii).
A prawda? Prawda nie ma algorytmu.

I tak powstaje nowa kasta: celebrytów w togach (różnorakich), którzy chronią celebrytów w garniturach, którzy cytują celebrytów w reklamach. A rybałt, który kiedyś mówił, że król jest nagi, dziś nie ma mikrofonu — bo nie ma konta na Instagramie.

Można oczywiście powiedzieć, że to tylko zmiana formy. Że kiedyś była pieśń, dziś jest post. Ale forma to nie wszystko. Rybałt nie udawał eksperta — był lustrem. Celebryta udaje lustro, a jest tylko ekranem.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że społeczeństwo zaczyna słuchać tych, którzy najgłośniej mówią, nie tych, którzy najwięcej wiedzą. A ci, którzy wiedzą, coraz częściej milczą — bo nie mają siły przebicia, bo nie potrafią mówić w rytmie algorytmu.

Może więc warto wrócić do rybałta. Nie jako wzoru, ale jako przypomnienia. Że prawda nie potrzebuje tytułu — tylko odwagi. Że rozmowa nie potrzebuje scenariusza — tylko słuchania drugiego człowieka. I że mądrość nie rodzi się z roli, tylko z refleksji.

Bo jeśli dalej będziemy słuchać tylko tych, którzy grali mędrców, a nie tych, którzy nimi są — to skończymy w teatrze, gdzie wszyscy grają (łącznie z nami), ale nikt nie słucha.

Prawda?

ZbiG