Jest maj 2011 roku. Uciekłem w Bieszczady! Miałem dość. Kłótni w domu, długów, wyścigu szczurów. A może zwyczajnie chciałem się po dwóch latach przerwy napić?

Ląduje oczywiście w Cisnej i melduje się u Rafała Dominika, szefa kultowej Siekierezady kronikarza polskiego Dzikiego Zachodu. Opisuje życie tu jakie jest. A jest proste, albo pijesz, albo nie żyjesz.

Wnioski czytelnik ma wyciągnąć sam. Rafał nalewa mi piwo z sokiem. Nie bardzo mi smakuje. Trzęsę się kiedy niosę je do stolika…

Co do swoich bohaterów to odsyła mnie do Kazika. Mają tu pensjonat.

Drzwi otwiera mi żona Kazika. „Mąż? A jest w „kłótniku””.
Wskazuje na przyczepę kempingową przed domem. W środku nawalony Kazik. Pełno petów na podłodze. Butelki i kartony po jabolach. Niewiele ma do powiedzenia. Nie szło z nim pogadać.

Kupuję i ja karton wina z rycerzem i wędruje torami bieszczadzkiej kolejki na wschód. Spotykam grupę mężczyzn o wyraźnie spragnionych ryjach. Patrzą pytająco, ale nie mówią. Idę dalej bo z czym tu do ludzi jak jedno wino mam?

Za zakrętem wypijam wino, słucham ptaszków i przesypiam się na mchu. Fajnie jest, tylko po co ja tutaj jestem? Uciekam przed sobą, czy przed prawdziwym życiem? Po dwóch dniach i telefoniadzie wracam w doliny. Po drodze do auta spotykam Kazika. Idzie naprzeciw chodnikiem. Nagle staje i otwiera usta.

Myślałem, że na pożegnanie chce mi coś powiedzieć. Ale nie, nie widzi mnie, jedzie po prostu do Rygi…

Tego dnia zrozumiałem, że nie mam czego szukać w tej Krainie Wolności. Wziąłem real na klatę i przestałem pić. Proste? Tak jest od 12 lat.

Pogody ducha.
Zbyszek, alkoholik trzeźwiejący.