W Parku Pokoju w poniedziałek o 7 nad ranem zjawił się średniego wzrostu i banalnej urody urzędnik z Wiednia. Był ubrany w nieco przyciasny garnitur jak wszyscy austriaccy urzędnicy średniego szczebla oszczędzający na strojach galowych, lecz nie oszczędzający na tłustym jedzeniu, podczas którego mlaskają jak świnie. Kilka guzików ledwo utrzymywało kamizelkę zapięciu. Był łysy i ciężko oddychał. Zaparkował na miejscu dla niepełnosprawnych swojego Golfa 2, którym jeździł od dzieciństwa, najpierw jego ojciec, potem on.
– Co za burdel – powiedział najpierw po cichu sam do siebie widząc w kącie Parku Pokoju wstającego ze snu starego Rumuna wtulonego w głębokie okiennice, gdyż tej nocy padał obficie deszcz. Postać człowieka ubranego w owczą skórę, lekko jeszcze nietrzeźwego i przytulającego do serca zminiaturyzowaną owcę najwyraźniej nie zmieścił mu się w jego małej, kwadratowej austriackiej czasce.
– Was ist denn los! – zakrzyknął austriacki inspektor i wtenczas Węgier bez nogi wypełzł dosłownie zza zardzewiałego pomnika cesarza Józefa II, też jeszcze dopiero pracujący nad swoją trzeźwością, lecz bez przekonania i większych szans na powodzenie. Odkąd bowiem pojawił się w Parku Pokoju na śniadanie chadzał do Żabki, w której kupował trzy najmocniejsze piwa po 4,80 zł każde i się nimi ogłuszał do popołudnia, gdy spożywał już wówczas tradycyjnie wino i wówczas można było z nim normalnie porozmawiać.
– Kim pan jesteś i czego od nas chcesz? – wyskoczył zza pomnika Szersznika mały Słowak wyraźnie drocząc się z inspektorem z samego Wiednia.
– Mały Słowaku – opanuj się – powiedział inspektor, wszak przybywam z Wiednia.
– Pewnie jednak z Favoriten lub innych takich bałkańskich przyczółków w waszej stolicy. Kara Mustafa nie zdobył co prawda Wiednia ale tysiące jemu podobnych w tym setki tysięcy Słowian zislamizowanych, jednakowoż Wiedeń zdobyli, choć jeszcze nie podbili – snuł swoją pseudohistoriozoficzną narrację mały Słowak. – To jednak temat na osobn a dyskusję – Słowak wyraźnie zapragnął moderowania dyskusji, w której uczestniczył tylko inspektor z Wiednia i on sam, w podwójnej niejako roli.
– Śledzia pan zjesz na śniadanie? – zaproponował mały Słowak. Ja już swoje zjadłem, ale chętnie popatrzę jak jedzą inni. Lubię patrzeć jak jedzą inni i wypełniać brzuch myślami o tym jak im to smakuje. Zapraszam pana inspektora do sklepu „Społem” – powiedział mały Słowak spłukany zupełnie, ale mający po swojej stronie sympatię pań ekspedientek.
– Nie, dziękuję, może innym razem – odparł zakłopotany inspektor z Wiednia. Najpierw wykonam zlecone mi czynności rzędowe. Na początek szybki spis powszechny dotyczący tego, kto tu mieszka i dlaczego. Czyli kto mieszka? – zapytał austriacki urzędnik w garniturze.
– Zasadniczo to nikt, my u wszyscy jesteśmy przejazdem – nieoczekiwanie powiedział Węgier bez nogi. – Tutejsza sytuacja jest wybitnie przejściowa, tak efemeryczna, że jak skończę to zdanie wypowiadać, to już jej nie będzie. My tu wszyscy jesteśmy na chwilę, na okoliczność literackiej narracji. W pewnym sensie przymuszeni do bycia aktorami w nie naszym spektaklu. Ale cierpliwie to znosimy, bo to nam się trochę nawet podoba. A cierpliwość niezmuszająca do rezygnacji z czegoś innego, co jest dla nas ważne. – dokończył wypowiedź Węgier bez nogi, po niemiecku, żeby inspektor zrozumiał bez tłumacza.
– Czyli, można powiedzieć – starał się zebrać myśli austriacki inspektor – ludźmi na swój sposób odważnymi, lecz w swej naturze płochliwymi. Poszukującymi schronienia poza własnym residuum, gniazdem. Takimi wygnańcami, co sami dali się wygnać, bo im było za ciasno w dotychczasowym środowisku. – Dobrze myślę?
– Źle myślisz niemiecki rachmistrzu. – Wy Niemcy czy Austriacy, jeden pies, w ten sam sposób szczekacie na innych, nie rozumiecie rzeczy podstawowej – zaczął swoją przemowę stary Rumun opierając się na lasce pasterskiej – nie rozumiecie, że my tutaj nie potrzebujemy regulaminów żeby poukładać sobie pokojowe współżycie. Potrzebujemy kilku rzeczy, aby ze sobą dojść do porządku wzajemnie. Po pierwsze to morawskie wino pite codziennie w umiarkowanych ilościach nie więcej niż 3 litry dziennie na osobę. Po drugie, zrozumienie że Wielkie Węgry i Wielka Rumunia to dwa wielkie projekty wykluczające się tylko wtedy, gdy nie został spełniony warunek pierwszy. Po trzecie, że nawet jak te dwa postulaty przestaną mieć znaczenie, to chociaż wspólnie podzielimy się naszą biedą. A bieda w Parku Pokoju – proszę pana – to jak bogactwo.
– Pozwólcie jednak, że zrozumiawszy waszą argumentację i nawet przychyliwszy się do niej, choć w samym Wiedniu zostałem uprzedzony o waszej arogancji i chamstwie, spiszę was dla porządku.
– Nie, nie, nie – zakrzyknął stary Rumun. Żadnych oficjalnych spisów!
– Popieram – powiedział Węgier bez nogi. – Słowiok ty też pewnie, bo jak ja to pewnie Ty też? – Pytam kurtuazyjnie. Mały Słowiok po raz kolejny przedawkował śledzie i leżał pod pomnikiem Szersznika z otwartymi ustami.
I tak pobyt austriackiego urzędnika w nienagannym garniturze z kamizelką i wypastowanych czarnych nutach lśniących się w słońcu jak psu jajca dobiegł do końca. Tym samym rozpoczęła się międzynarodowa budowa niepodległości Parku Pokoju.

Zostaw komentarz