Mielicie czasem ozorem na dzień dobry bez głębszego zastanowienia?
No pewnie, że mielicie. Ja też mielę. Rzucamy w siebie nawzajem tymi wszystkimi „cześć”, „siema”, „hejka”, rzadziej „dzień dobry, i to często skróconym do samego „bry”. Rzucamy nimi jak zużytymi biletami tramwajowymi, zupełnie nie pamiętając, że w tych kilku literach kryje się historia wojen, zaborów, klasowych układów, dawnych pokłonów i… chłopskiego uporu.
Od ołtarza pod miejski trzepak, czyli „cześć” i „chwała”
Zacznijmy od klasyki, czyli od słowa „cześć”, którym dziś nastolatkowie rzucają na odczepnego, kupując chipsy w Żabce.
Gdybyśmy cofnęli wskazówki zegara o kilkaset lat, za takie swobodne szafowanie tym wyrazem moglibyśmy może nie dostać po plecach, ale przynajmniej usłyszeć surowe chrząknięcie jakiegoś poważnego jegomościa. Bo „cześć” nie była kiedyś zwykłym „hejka”. To słowo miało ciężar.
Dawne „cześć” wiąże się z czcią, szacunkiem, poważaniem, z braniem kogoś pod uwagę. Oddawało się cześć Bogu, królowi, świętym, bohaterom albo tym, których wspólnota uznawała za godnych szczególnego ukłonu. Dopiero z czasem, zwłaszcza w XX wieku, słowo to zeszło z wysokich progów, przeszło demokratyzację i stało się zwykłym, potocznym powitaniem. Ot, jakby skrócenie dawnego: „moja cześć i szacunek dla ciebie”.
A tak na chłopski rozum, gdybyśmy dziś naprawdę ważyli słowa, to powinno być dokładnie odwrotnie. To nie do kumpla na ławce pod blokiem powinniśmy mówić „cześć”, tylko do rektora, profesora, prezydenta albo innej osoby wielce szacownej. Bo przecież „cześć” to był kiedyś ukłon aż do ziemi. A my co? Rektorowi dajemy oficjalne „Panie Rektorze, Magnificencjo”, a najwyższym słowem honoru obdarzamy kolegę, pożyczając od niego piątaka na bułki. I tak nam się ta hierarchia poprzewracała.
Z kolei „chwała” poszła w naszym języku nieco inną drogą. To również słowo z kręgu uznania, rozgłosu, publicznej pochwały i wielkości. Bliska kuzynka „czci”, choć nie ta sama. W codziennym polskim powitaniu właściwie się nie zadomowiła. Zamknęła się raczej w murach kościelnych, pieśniach, uroczystych formułach i zawołaniach typu „Chwała Panu”. Większość z nas też zna pewnie początek podniosłej pieśni kościelnej: „Niech będzie chwała i cześć, i uwielbienie”.
Co ciekawe, u naszych wschodnich sąsiadów ten sam krąg znaczeń — sława, chwała, pochwała, rozgłos — nabrał potężnego wymiaru militarno-patriotycznego. Tam słowo nie tylko opisuje zaszczyt, ale potrafi stanąć w szeregu, podnieść głowę i zawołać.
Zresztą i u nas „cześć” oraz „chwała” nie całkiem zeszły ze sceny. W czasie podniosłych uroczystości, zwłaszcza tych poświęconych żołnierzom, powstańcom i ludziom walczącym za wolność Ojczyzny, wciąż słychać przecież zawołanie: „Cześć i chwała bohaterom!”. A odpowiedź „Wieczna pamięć!” albo „Cześć i chwała poległym!” pokazuje, że te słowa nadal potrafią zachować dawny ciężar. Nie są już codziennym powitaniem, ale gdy trzeba oddać hołd, wracają na swoje wysokie miejsce.
Od bicia pokłonów do knajpianego stolika, czyli „czołem” i „serwus”
Idźmy dalej w ten językowy las.
Skąd wzięło się raźne „czołem!”, którym tak chętnie witali się dawni harcerze, żołnierze, gimnastycy, a potem różni panowie o twarzach jak z czarno-białych fotografii?
To nic innego jak skrócona, dynamiczna pamiątka po dawnym geście „bicia czołem”. Czyli kłaniania się bardzo nisko, aż do podłogi, na znak głębokiego szacunku, poddaństwa albo uległości wobec kogoś stojącego wyżej. Króla, pana, magnata, przełożonego. Bywało też kurtuazyjnie, szlachcic do szlachcica: „Czołem, panie bracie”, „Chylę czoła, panie bracie” i tym podobne uprzejmości.
Z czasem uciążliwy pokłon zredukowano do samego zawołania. Zniknęło pełzanie po podłodze, została energia. I dobrze, bo trudno sobie wyobrazić, żeby dwóch harcerzy na obozie za każdym razem waliło czołem w ziemię przy menażce grochówki.
Ale prawdziwym majstersztykiem językowej ironii losu jest „serwus”. To powitanie to czysta esencja dawnej Galicji, austro-węgierskiego świata, urzędów, salonów, kawiarni i całej tej cesarsko-królewskiej teatralności, w której człowiek mógł być jednocześnie bardzo uniżony i bardzo zadowolony z siebie.
W klasycznej łacinie servus oznacza dosłownie „sługa” albo „niewolnik”. W dawnej Europie Środkowej funkcjonowały różne grzecznościowe formuły w duchu: „uniżony sługa pana”. Z czasem życie przyspieszyło, ceremoniał się skurczył, a z tej całej czołobitności zostało krótkie, rześkie: „Serwus!”
I tak oto słowo pachnące zależnością, służbą i ukłonem stało się w Krakowie, Lwowie, Wiedniu i wielu innych miejscach symbolem spoufalenia, koleżeństwa i luzu przy stoliku. Język lubi takie żarty. Bierze słowo w liberii, sadza je przy piwie i mówi: teraz będziesz kumplem.
Wojskowy wtręt: kim tak naprawdę był Krakus?
W tym miejscu Stary Grzyb musi zrobić małą publicystyczną kontrę i pouczyć młodzież, która uważa, że „Krakus” od zawsze oznaczał po prostu człowieka urodzonego w cieniu Wawelu.
Otóż nie tak szybko, moi drodzy. Pisałem już o tym osobno, więc tutaj tylko w skrócie przypomnę: owszem, dziś Krakus kojarzy się z Krakowem, z obwarzankiem, Sukiennicami, Wawelem i człowiekiem, który nawet do tramwaju wsiada z poczuciem historycznej misji. Ale historycznie nazwa „krakusi” miała także bardzo mocny sens wojskowy.
Przylgnęła do lekkiej jazdy formowanej w czasach Księstwa Warszawskiego, na przełomie 1812 i 1813 roku. Była to formacja świadomie nawiązująca do tradycji Tadeusza Kościuszki i jego kosynierów. Chłopaków rekrutowano nie tylko z samego miasta, ale ubrano ich celowo w krakowskie sukmany i czerwone rogatywki z czarnym barankiem na otoku. Mieli wyglądać jak lud spod Krakowa, jak żywy znak insurekcji i racławickiej pamięci.
Napoleon miał z początku żartować, że to jakaś „jazda pigmejów”, bo siedzieli na małych, wiejskich koniach — choć sam cesarz też przecież wzrostem nie grzeszył. Tyle że te niepozorne szkapy i ci chłopcy w sukmanach szybko pokazali, że wojna nie zawsze wygrywa się paradnym wzrostem i błyszczącą blachą. Liczy się ruchliwość, odwaga, spryt i serce do walki.
Nieprzypadkowo przeciwnicy, widząc ich w polu, ochrzcili krakusów mianem „polskich kozaków”. Nie w sensie pochodzenia, rzecz jasna, ale temperamentu: szybkiej jazdy, zuchwałości, odwagi i tej wojskowej fantazji, po której człowiek mówi o kimś z uznaniem: „to jest dopiero kozak”.
Dlatego warto pamiętać: Krakus to nie tylko mieszkaniec miasta. To także znak pewnej tradycji — chłopskiej, wojskowej, kościuszkowskiej, krakowskiej, ale nie ograniczonej do miejskich murów. Krakus to ktoś z tej ziemi, z tej pamięci, z tej sukmany, z tego gestu, który mówi: my tu jesteśmy i łatwo nas nie przesunąć.
A skoro już jesteśmy przy Krakusach, sukmanach, Racławicach i pamięci, to pora zejść z wojskowego konia i wrócić do samego powitania. Bo pod Wawelem i wokół Wawelu przetrwało słowo, które brzmi jak okrzyk, ukłon i znak rozpoznawczy zarazem.
Wielki finał: dlaczego pod Wawelem rządzi „Sława”?
I tak oto, przez dawne pokłony, łacińskie sługi i wojskowe zrywy, docieramy do krakowskiego mikroświata.
Bo Kraków i Ziemia Krakowska, jak powszechnie wiadomo, mają swoje własne ścieżki. Także językowe. Podczas gdy reszta kraju rzuca w siebie standardowymi formułkami, rodowici mieszkańcy tej ziemi potrafią przywitać się dumnym, starosłowiańskim: „Sława!”
Nasza krakoskå gådka nie jest żadnym „zepsutym” językiem literackim. O nie. Ona jest wcześniejsza od wielu szkolnych wygładzeń, pełna starych podkładów, dawnych brzmień, słów i konstrukcji, których literacka polszczyzna nieraz się pozbyła, bo jej się wydawało, że jak coś jest równe, gładkie i warszawskie, to zaraz mądrzejsze.
Gdyby historia potoczyła się inaczej, gdyby dwór królewski został pod Wawelem, gdyby Kraków nie utracił stołecznego znaczenia, kto wie, czy dzisiejsza polszczyzna literacka nie miałaby mocniejszego krakowskiego zaśpiewu. Może wtedy dzieci w szkołach uczyłyby się nie tylko, że „poszedłem”, ale i że „pôsełek”. A pani od polskiego kiwałaby głową z uznaniem.
No, ale historia wybrała inaczej. Jak zwykle bez konsultacji z zainteresowanymi.
Choć zaraz, zaraz — żeby mi tu kto fałszywej etymologii nie przypisał. „Poseł” nie od tego, że on „poseł”, czyli poszedł, tylko od tego, że został posłany. Ot, człowiek wysłany z misją. A że czasem poniektóry chodzi tak, jakby nie wiadomo było, kto go posłał i po co — to już osobna historia.
W tej naszej mowie przetrwała jednak „Sława” — słowo, które niesie w sobie chwałę, pamięć, rozgłos i radosne uznanie. U Czechów czy Słowaków podobne zawołania do dziś brzmią naturalnie jako pozdrowienie. U nas zostały bardziej na obrzeżach głównego nurtu, ale właśnie dlatego mają swój smak.
Skąd ten fenomen?
Pewnie nie ma jednej odpowiedzi. Język rzadko działa jak urzędowa decyzja: paragraf pierwszy, punkt drugi, ustęp trzeci. Raczej zbiera po drodze różne naleciałości, humory, mody, opory i przyzwyczajenia. A w Krakowie, jak wiadomo, nawet przypadek musi mieć genealogiczne uzasadnienie.
Po pierwsze, swoje zrobił XIX-wieczny romantyzm i słowiańskie tęsknoty. Pod względnie liberalnym zaborem austriackim Kraków stał się oazą wolniejszej myśli narodowej. Tu łatwiej było mówić o historii, pamięci, dawnych znakach i słowiańskich korzeniach. Elity intelektualne, artyści, ludzie pióra i sceny — zwłaszcza ci, którzy oddychali już atmosferą Młodej Polski — chętnie sięgały po archaiczne, czysto słowiańskie brzmienia.
„Sława” nadawała się do tego znakomicie. Była swojska, stara, dźwięczna i nie pachniała ani urzędem, ani salonową cudzoziemszczyzną. Wskrzeszanie takich słów nie było tylko zabawą. Było także cichym oporem wobec obcej władzy, urzędowej germanizującej presji i całej tej biurokratycznej maszynerii, która chciała człowiekowi powiedzieć, kim ma być.
Po drugie, Krakowiacy są konserwatywni z natury. Słowo „cześć” miało zbyt wysoki, uroczysty ciężar, żeby je tak po prostu spauperyzować i rzucać nim przy każdej okazji jak drobną monetą. „Serwus” z kolei, choć bardzo galicyjski i sympatyczny, niósł jednak za sobą łacińsko-austriacki posmak. Dlatego gdzieś pomiędzy nimi odnalazła się „Sława” — słowo słowiańskie, zakorzenione także w mowie wsi, a przy tym wystarczająco dumne, by mogło stać się powitaniem ludzi świadomych swojej krakowskiej odrębności.
Po trzecie, swoje zrobiły tutejsze mity założycielskie. Tradycja Święta Rękawki na Kopcu Krakusa, legenda o Wandzie, Racławice, Kościuszko, sukmana, kosa postawiona na sztorc, prastare korzenie, które w Krakowie czuje się niemal pod każdym kamieniem — to wszystko nie jest tylko dekoracją do szkolnej akademii. To są obrazy, które weszły ludziom pod skórę i zostały w języku.
Jak pisałem w jednym ze swoich wierszy w przygotowywanej książce „Abomy to jacy tacy”:
Do Proszowic na Rynek pôlece
Kce Kôściusce pokłonić sie nisko
Dyć w dniu sławy, kiej pôbiół Moskoli
Kierezyjo se ôblēk Krakôsko
Wreszcie po czwarte, „Sława” stała się unikalnym kodem towarzyskim. Mieszczuch z centrum rzuci może swoje specyficzne „chodźże tu”, ten z podkrakowskiej gminy zawoła „pŭdze haw” albo obaj razem pouczą „słuchojże sie”, a dawny Krakauer dorzuci do tego swoją galicyjską elegancję i zamiłowanie do tytulatury. Ale wszyscy wiedzą, że za tym stoi coś więcej niż sama fonetyka.
To jest rozpoznanie swoich. Podajesz rękę i mówisz „Sława!”. Nie dlatego, że udajesz średniowiecznego woja z obrazka. Tylko dlatego, że tym jednym słowem przypominasz: jesteśmy stąd, mamy swoją mowę, swoją pamięć, swoje maniery i swoje poczucie humoru.
Że to martwy, skansenowy obyczaj? Nic bardziej mylnego. Ta tradycja wciąż żyje. W domach, na scenach, w gawędach, w tekstach, w żartach, w tych wszystkich momentach, kiedy człowiek z uśmiechem przypomina sobie, że nie musi mówić wyłącznie podręcznikową polszczyzną, żeby mówić dobrze.
Posłuchajcie zresztą fragmentu jednoaktówki „Chłopcy ôd Krakôwa”, którą graliśmy z prof. Kazimierzem Sikorą podczas jednego z Festiwali Godki Krakowskiej:
Wójt
Sława, Pånie Kazimiērzu,
Pogådåmy ô przymiērzu?Pan
Pochwalony, Ojcze, Kumie,
Tēla nårodu od Krakowa…Wójt
Niech Påna nie bôli głowa,
Ceremoniji måmy doś!
Nie dråpta sie, kaj nie swēndzi,
A nie gryźta, kaj je koś!(…)
Wójt
Dziēnkujemy Pånie, za te piēkne słowa,
Pszecie my som ôba, chłopcy ôd Krakôwa.
Ziēmia, gådka, wiarå, nasa tradycyjo,
Niekze nom piēknieje, niekze się ôzwijo.
A płenta taka sobie…
Język to nie jest zamrożony pomnik z marmuru. Język żyje tak długo, jak długo nim rozmawiamy, piszemy felietony, kłócimy się, śmiejemy i pamiętamy o korzeniach słów, które bezwiednie opuszczają nasze gardła.
Bo przecież, cy z miasta, cy ze wsi, my som Krakowiåki, nåród pracowity, nie zådne ciućmåki!
A jak się witomy, to nie jest żadna moda. To echo dawnych słów, które przetrwały w naszej godce jak kamień w nurcie Wisły. Woda płynie, czasy się zmieniają, jedne słowa odpływają, inne przychodzą z internetu, ale niektóre zostają. Bo mają ciężar. Bo mają pamięć. Bo ktoś je jeszcze wypowiada.
Dlatego na koniec tego dzisiejszego pitolenia życzę Wam jedno: witajcie się, jak tylko chcecie. Mówcie sobie „cześć”, „czołem”, „serwus”, „dzień dobry”, „siema” albo prosto po krakowsku „sława”. Byleby tylko za tymi słowami szła autentyczna treść, uśmiech i prawdziwy, ludzki szacunek do drugiego człowieka.
Przecież nie robimy nic „na sermater”. Przez to wszystko u nas musi być… „w pyte”.
A teraz idę wydrukować ten tekst, zanim mi znowu zniknie w komputerowych czeluściach, a ja będę go potem godzinami szukał.…
Zbigniew Grzyb
Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz