Do napisania tego tekstu natchnął mnie, choć zupełnie nieświadomie, profesor Sławomir Cenckiewicz, który mniej więcej rok temu na swoim facebookowym profilu opublikował facsimile „Trybuny Ludu”, albo „Żołnierza Wolności” ze stycznia 1971 roku. Zresztą, mniejsza o szczegóły. Głównym elementem szpalty było duże zdjęcie z wizyty w stoczni Edwarda Gierka, któremu dłoń ściskał Lech Wałęsa, „typowy robotnik, stoczniowiec”, jak głosił podpis. Nie to jednak przykuło moją uwagę (mam takie zboczenie zawodowe, że czytam nawet „stopki). Na dole strony zauważyłem króciutką wzmiankę, której tytuł był większy od jednozdaniowego tekstu. Otóż, władze PRL pochwaliły się, iż polski komputer został kupiony przez Pakistan. Przetarłem oczy! Rok 1971, komputer, Pakistan? Zapachniało mi Sowietami, wojskiem i bronią atomową. W tamtych czasach, a pamiętam je doskonale, dziennik TV (19:30 codziennie) w koło podawał informację o jakiejś bombie lub próbie atomowej w Chinach, Indiach lub właśnie w Pakistanie. Zacząłem grzebać i dogrzebałem się. Nie będę Państwa zanudzać, gdzie grzebałem i powiem tylko, że natknąłem się na historię człowieka, z której to historii zrobiłbym film, serial, a na pewno powieść.

Jeśli miałaby to być bomba atomowa, to konieczni są naukowcy, a jak wiadomo naukowcy są na uczelniach. Tak sobie myślałem i doszedłem do katedry fizyki jądrowej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Ku mojemu zdziwieniu prace doktorskie pisali tam obywatele Pakistanu, którzy wcześniej studiowali na WAT. Nie sądziłem wtedy, że taka przyjaźń łączy nas z tym islamskim krajem. Zainteresowałem się ich opiekunami. Na UMK był wydział objęty kontrolą operacyjną przez toruńskie SB w ramach sprawy obiektowej „Atom”. Sam kryptonim rozśmieszył mnie do łez, bo ukryć w ten sposób pracę nad bronią atomową i jeszcze pomoc Sowietów poprzez nas dla Pakistanu?! Bezcenne. Szukałem opiekunów naukowych i tak doszedłem do bohatera mojego artykułu. Jest nim ówczesny obywatel RP, pracownik naukowy UMK dr Ryszard Bauer, a później prywatny przedsiębiorca niemiecki i jednocześnie Herr Professor Richard Bauer z Uniwersytetu w Berlinie Zachodnim najpierw i potem zjednoczonym. Jak doszło do tej przemiany? Zacznijmy od czasów starożytnych dla wielu, czyli od lat przedwojennych.

W latach dwudziestych ubiegłego wieku do Wąbrzeźna przyjechał z Olsztyna niejaki Herbert Bauer, kapitan armii niemieckiej w czasie I Wojny Światowej. Kupił browar i kamienicę mieszkalną przy ul. Grudziądzkiej. Zakochał się i ożenił z ewangeliczką Heleną Milke z Radomia. W 1925 roku urodziło im się dziecko, któremu nadali imię Ryszard, potem córka – Irena.

Herbert był działaczem mniejszości niemieckiej i jednocześnie członkiem SA, zakonspirowanej w ramach organizacji Landbund. Miał też brata, Uli Bauera, absolwenta szkoły podchorążych kawalerii w Grudziądzu i oficera tamtejszej jednostki wojska polskiego. W roku 1938 kontrwywiad aresztował Uli Bauera pod zarzutem szpiegostwa na rzecz III Rzeszy. Skazano go na karę śmierci i wyrok wykonano. Chciano też aresztować Herberta, który był łącznikiem swojego brata z placówką niemiecką, ale ten, wraz z małym Ryszardem, uciekł do Wolnego Miasta Gdańska, gdzie podjął pracę w policji. Do Wąbrzeźna, wcielonego do Rzeszy, wrócił w roku 1940 jako aktywny członek NSDAP, organizator drużyn bojowych pod szyldem SS. Jego serdecznym przyjacielem był członek tej formacji i jednocześnie przywódca miejscowego SA – Mattheus Martin. Zadbał też o syna. Ryszard Bauer działał aktywnie w Hitlerjungen. W roku 1942 rodzice wysłali syna do elitarnej szkoły, prywatnego gimnazjum w Turyngii. Do domu powrócił w roku 1944. Jego siostra, Irena, wyjechała zaś do Berlina, gdzie wyszła za mąż za oficera wojsk niemieckich i przyjęła nazwisko Bolz. W tym samym czasie Herbert, ojciec Ryszarda został powołany do wermachtu w stopniu kapitana. Służył w sztabie dowódcy obrony Torunia. Miał zaginąć w roku 1945 „podczas podróży”, jak zgłosiła w sądzie w Łodzi w roku 1949 Helena Milke, żona Herberta i matka Ryszarda. W rzeczywistości zginął w „obronie Torunia”.

Herbert zginął nadszedł czas Ryszarda. W tym miejscu muszę powiedzieć, że czytając materiały na temat Ryszarda Bauera poczułem się jak w gabinecie luster, z których każde pokazywało jedynie wykrzywiony fragment rzeczywistości.

W roku 1945 Sowieci zajmują Wąbrzeźno. Oczywiście, nie uszła ich uwadze pozostałość po znanej w tym mieście z sympatii nazistowskich rodzinie Bauer. Helenę Milke-Bauer, przeciwko której toczyło się śledztwo o wydanie Gestapo Polek pracujących w browarze męża, wywieziono do Rosji, a jej syna Ryszarda umieszczono w więzieniu w Grudziądzu. Państwo Sowieckie zaopiekowało się sierotami po kapitanie Herbercie Bauerze. Dziwi Was pewnie ta ironia i brak cudzysłowu, ale jak nazwać zadziwiające dalsze losy tej rodziny jak nie opieką potężnego sponsora? Oboje zostali zwolnieni po kilku miesiącach. Matkę, Helenę Milke Sowieci przywieźli „nienaruszoną” z ZSRS i „oddali” jej syna w stanie lepszym niż w momencie ich internowania. To cud i niespotykany wprost, jak na Sowietów, przejaw „humanitaryzmu”. Co więcej, Rosjanie wdowę po działaczu nazistowskim, oskarżoną o zbrodnie przeciw narodowi polskiemu przenieśli wraz z synem…do Kłodzka na Ziemie Odzyskane. Jest to ewenement, zaprzeczający obowiązującej obecnie w Niemczech teorii o „wypędzonych”. W roku 1949 wycofano przeciwko niej oskarżenia o wydawanie Polaków Gestapo i uznano Herberta za „zmarłego w czasie podróży”. Ślad po Wermachcie zaginął. Czytałem dokumenty na temat Heleny Milke-Bauer z Radomia i pytałem siebie „kiedy”. Nie „czy” lub „kto”, ale „kiedy”. Czy jeszcze w Radomiu na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku? Jej ojciec miał piekarnię i dostarczał chleb również do jednostek wojskowych. Browar jej męża również otrzymywał zamówienia z wojska i SS. Może dopiero w 1945 roku? Musiała przecież dużo wiedzieć o znajomych Herberta. Zostawmy to, bo nikt już Heleny Milke nie niepokoił. W roku 1962 sprzedała kamienicę w Wąbrzeźnie (nikt jej nie zabrał tego domu!) i zmarła kilka lat później. Wróćmy do Ryszarda.

Ryszard Bauer w roku 1949 uczęszczał do liceum w Kłodzku. W tym samym roku został zwerbowany do współpracy przez kłodzkie UB i przybrał pseudonim „Janek”. W opinii oficera prowadzącego bardzo chętnie udzielał informacji o kolegach, szczególnie pochodzenia niemieckiego. Potem, wraz z matką, około roku 1951 przybywa do Torunia i zaczyna studiować na UMK. Jest działaczem ZMP i nadal współpracuje z UB. W marcu roku 1953 „przestało bić serce ojca robotniczej ludzkości”. Po śmierci Stalina Ryszard zaczął osłabiać współpracę z UB. Nie wykonywał zadań i unikał spotkań. Wynika to z charakterystyki źródła, sporządzonej w 1956 roku przez kolejnego oficera prowadzącego. I co się dzieje? UB zawiesza współpracę, a właściwie ją kończy. Taki jest wniosek oficera. W tym samym roku Ryszard Bauer wstępuje do PZPR i wyjeżdża, przy zakończonej współpracy z komunistycznymi służbami specjalnymi, na stypendium naukowe z ministerstwa szkolnictwa do…Moskwy. Prawie rok przebywa w Instytucie Badań Jądrowych pod Moskwą. Po powrocie szybko rozpoczyna podobne prace badawcze na UMK.

SB „przypomina” sobie o nim w roku 1966 i od tej pory znowu pojawia się TW „Janek”. Jeździ na stypendia do instytutów zajmujących się tematyką „jądrową” na Węgrzech, w Kanadzie, a nawet w USA. Podczas drogi powrotnej do Polski odwiedza Berlin Zachodni, w którym mieszka jego siostra Irene Bolz, nauczycielka. Irene mieszka w ciekawym miejscu: w kamienicy przy murze berlińskim. Dla tych, którzy nigdy nie widzieli Muru powinienem napisać, że od strony zachodniej można było podejść pod sam mur. Stało przy nim kilka podniszczonych kamienic, służących za punkty obserwacyjne i mieszkania konspiracyjne głównie dla CIA. Ryszard żeni się, ma syna o imionach Maciej Karol. Dostaje mieszkanie w dzielnicy Torunia zwanej „ubowo”, ze względu na mieszkańców tego osiedla (UB, SB, MO). Rozwija swoją karierę. Nikt nie interesuje się jego przeszłością. Nawet listem byłego kolegi Ryszarda z Hitlerjugend, nadesłanym z Niemiec na adres I sekretarza KW PZPR w Toruniu. W liście ów „kolega” opisuje prześladowania młodzieży polskiej, jakich dopuszczał się Ryszard w czasie wojny, włącznie z próbą utopienia polskiego chłopca.

W roku 1981 Ryszard wyjeżdża do Berlina Wschodniego na konferencję naukową. W jej trakcie kilkakrotnie przechodzi do Berlina Zachodniego. Nie poinformował o tym prowadzącego oficera, a informację przesłał Grenschutz NRD. SB nie reaguje. W tym samym czasie, w sierpniu 1981 roku syn Ryszarda, Maciej Karol Bauer, student politechniki we Wrocławiu wyjeżdża do ciotki do Berlina Zachodniego i „wybiera wolność”. Ryszardowi to nie szkodzi w karierze i po wprowadzeniu stanu wojennego jedzie na kolejne stypendium do Kanady. W tym czasie przejmuje go Departament I MSW (prawdopodobnie Wydział VII). Do Polski już nie wraca, lecz pozostaje w Berlinie Zachodnim. Dołącza do syna i od razu zaczyna pracę na tamtejszym uniwersytecie. Dwa lata później, SB nie mogąc znieść widoku tęskniącej matki, zezwala żonie Ryszarda na dołączenie do męża i syna na Zachodzie. Nie bezpośrednio, bo najpierw pani Bauer jedzie do wujka do Kanady. W tym miejscu urywa się ślad Bauerów w Polsce, chociaż nie do końca.

Nigdzie, poza aktami, nie ma zdjęć Ryszarda, a właściwie Herr Professora Richarda Bauera. W Internecie jest tylko jedno: klepsydra po jego śmierci w 1997 roku na stronach UMK. Herr Bauer nie utrzymywał jawnych kontaktów z uczelnią od czasu swojego wyjazdu. Oprócz pracy naukowej założył firmę, którą prowadzi obecnie jego syn, lecz nie Maciej Karol, ale Mattheus Karl Bauer. Jego ostatni kontakt z Polską miał miejsce w roku 1984. Młody Maciej Karol pojawił się w Polskiej Misji Wojskowej i bardzo chciał wrócić do Polski. Sama Misja nie mogła wyjść ze zdumienia. Napisał żarliwą prośbę, która została odrzucona przez władze PRL i na tym zakończyła się jego polskość. Browar w Wąbrzeźnie „odzyskał” ktoś z Monachium na podstawie aktu darowizny spadkobierców Herberta. Nikt z rodziny Bauerów oficjalnie nie ma już nic w naszym kraju.

Dziwna historia. Prawda? Napisałem ją na podstawie akt IPN i własnych ustaleń. Nie mogłem skontaktować się z synem Ryszarda, gdyż w jego firmie nikt nigdy nie odbierał, a na podróż do Berlina nie miałem środków. Zresztą, nawet z Googla nie widać firmy, gdyż jest „zasłonięta”. Nic dziwnego. Ze strony internetowej wynika, iż wykonuje głównie zamówienia rządowe, również w Polsce i to często związane z bezpieczeństwem państwa. Właśnie!  Którego państwa, bo Herr Mattheus Karl unika jakichkolwiek polskich konotacji z naszym krajem i ukrywa, że urodził się i wychował w Toruniu. Jest już tylko Niemcem, a jego firma owiana jest nimbem niemieckiej tajemnicy.

Gabinet luster? Jak to rozwikłać? Nie wiem. Wiem tylko, że najbardziej zbliżony do rzeczywistości obraz pokazuje pierwsze lustro, od którego odbijają się pozostałe. W tym przypadku jestem pewien, że jest to lustro produkcji rosyjskiej.