Profesor Środa, lustro i problem z odbiciem

Profesor Magdalena Środa jest zaniepokojona poziomem polskiej debaty publicznej. I słusznie. Po czym natychmiast nazywa prezydenta „kibolem”, człowiekiem „socjalizowanym w półświatku”, sugeruje, że nie wiadomo, jak zdał maturę, jego wyborców mierzy „chuligańską miarą”, dziennikarzy określa jako pseudodziennikarzy, a Stanowskiego jako arcycynika.

Walka o standardy rozpoczęła się więc energicznie.

Standardy pierwsze padły.

Pani profesor martwi się także o brutalizację języka. To bardzo piękne. Coś jak człowiek, który podpala firanki, po czym woła, że w mieszkaniu zrobiło się nieznośnie duszno.

Nie podoba jej się, że ludzie są agresywni. Dlatego trzeba ich nazwać chuliganami.

Nie podoba jej się, że debata stała się prymitywna. Dlatego najlepiej zapytać, jak ktoś zdobył maturę.

Nie podoba jej się pogarda. Dlatego wypada pogardzać nie tylko politykiem, ale przy okazji milionami ludzi, którzy na niego zagłosowali.

Logika jest żelazna.

A właściwie byłaby, gdyby nie była z papieru. Profesor Środa pyta, jak taki człowiek mógł zostać prezydentem. Odpowiedź nie wymaga seminarium z filozofii politycznej.

Został wybrany.

Ludzie poszli do urn i zagłosowali. Można oczywiście uznać, że głosowali źle. Ale najwyraźniej to już za mało. Trzeba jeszcze uznać, że głosowali po chuligańsku. I tutaj demokracja wchodzi na teren bardzo interesujący. Naród jest mądry i suwerenny, dopóki wybiera właściwie. Jeśli wybiera niewłaściwie, staje się zbiorowiskiem kiboli. To niezwykle nowoczesna teoria demokracji.

Powinna nosić nazwę demokracji warunkowej.

Warunek jest jeden: wyborca ma dojść do tego samego wniosku co profesor. Jeżeli nie dojdzie, znaczy, że zapewne czegoś nie zrozumiał. Jeżeli zrozumiał i nadal głosuje inaczej, problem robi się poważniejszy. Wtedy pozostaje już tylko „półświatek”.

Można odnieść wrażenie, że profesor Środa bardzo chciałaby prowadzić rozmowę z Polską. Tyle że najlepiej taką, w której Polska słucha. A gdy zaczyna odpowiadać, pojawia się irytacja. Bo przecież od odpowiedzi są profesorowie. Reszta ma przyjmować do wiadomości. Najbardziej efektowne jest jednak pytanie o maturę. To argument z gatunku wyrafinowanych.

Człowiek ma studia, doktorat, kierował instytucjami publicznymi, ale skoro profesor uważa go za intelektualnie bezwartościowego, można przecież zapytać, czy w ogóle zdał maturę. To mniej więcej tak, jakby po przegranej dyskusji z chirurgiem zapytać, czy na pewno skończył podstawówkę.

Mocne.

Zwłaszcza gdy brakuje argumentu. Ale prawdziwy urok całej wypowiedzi polega na czym innym. Profesor Środa występuje w niej jednocześnie w roli oskarżyciela, sędziego i eksperta od kultury debaty. I robi to językiem, który świetnie nadaje się na eksponat w wystawie poświęconej upadkowi kultury debaty. To już niemal performance.

Filozofia praktyczna.

Demonstracja tezy na własnym przykładzie. „Tak właśnie nie należy rozmawiać” — mówi autorka, po czym pokazuje. Bardzo dydaktyczne. Być może więc nie należy odpowiadać profesor Środzie kolejną obelgą.

Szkoda czasu. Wystarczy lustro. Duże. Dobrze oświetlone. I chwila ciszy. Bo bywa, że człowiek długo opisuje wady innych, aż nagle orientuje się, że od początku patrzył na własne odbicie. I chyba właśnie wtedy filozofia zaczyna być naprawdę interesująca.