Młody Robert Schumann powiedział kiedyś o swojej przyszłej ukochanej i żonie, fenomenalnej pianistce i wziętej kompozytorce, Klarze Schumann – Wieck, że już u dziewczynki zdumiewały go zawsze jej oczy, bardzo poważne, dojrzałe, wręcz oczy osoby, która przebyła już jedno całe życie i otrzymała jeszcze jedno, by móc dalej uprawiać muzykę. 

A Ty powiedziałaś, że Twój dom także pełen był muzyki? – zagadnąłem ją w Moguncji wieczorem, gdy już wyszliśmy z holu sali koncertowej. Zmęczoną, ale niezmiernie szczęśliwą po koncercie, Madame Maestrę Marzenę Diakun, której dyrygencki występ 14 września 2019 wraz z Orkiestrą Filharmonii Reńskiej z Koblencji na Zamku Elektorskim w Moguncji, stolicy Nadrenii-Palatynatu (Kurfürstliche Schloss, Mainz) na koncercie zadedykowanym Klarze Schumann w 200-lecie jej urodzin wywarł na słuchaczach, i na mnie także ogromne, niezapomniane wrażenie. Daliśmy temu wszyscy wyraz wielkim, gorącym aplauzem po ostatnich, finałowych akcentach porywającej 2. Symfonii Roberta Schumanna C-Dur op. 61, którą Madame Diakun poprowadziła z imponującym wręcz temperamentem, głębokością dźwięku, i oszczędnością ruchów, godną najlepszych interpretatorów tej niełatwej przecież, romantycznej muzyki. 

Opowiedz mi proszę coś o tym, bo to brzmiało tak fascynująco, jak zaczęła się Twoja droga do dyrygentury? Co Cię przekonało do pójścia właśnie tą artystyczną drogą?

Jej oczy rozbłysły radością. W domu rodzinnym rozbrzmiewała na okrągło wielka muzyka klasyczna. Słuchanie, oddychanie, pochłanianie, przeżywanie nagrań symfonicznej romantyki: Symfonii Brahmsa, Schumanna, Schuberta, Mahlera, Brucknera, Dworzaka ale także i klasyków – Beethovena, Haydna, Mozarta. Wielka miłość do utworów Brahmsa. Dyrygowanie symfoniami z płyt. Wczesne fascynacje orkiestrą. Niepokój i romantyczne emocje: Kim będę? Co mnie tak w tej muzyce porywa?

Opowiada dzisiaj o tym z nieskrywanym, radosnym wspomnieniem, pełnym wdzięczności: Brat przywoził mi partytury i nagrania a ja słuchałam, czytałam, zachwycałam się i próbowałam prowadzić orkiestrę, która grała z płyty. Machałam rękami przed głośnikiem. I skrycie marzyłam o tym, by kiedyś stanąć przed takim zespołem naprawdę. Ale to były takie porywy młodego serca, nic naprawdę poważnego, nic faktycznie na serio. Czysta fascynacja. 

W swojej szkole muzycznej bała się wyjść na scenę by grać cokolwiek solo. Te obowiązkowe szkolne występy były dla niej męczarnią, wszystko, byle tylko nie solo, zawsze lepiej z kimś jeszcze, bo grać zespołowo było już znacznie bezpieczniej. Trema, ten irracjoinalny, niemożliwy wręcz strach przed sceną i publicznością… Któż z nas tego nie przechodził!

No ale jednak to tkwiące w Tobie marzenie urzeczywistniłaś? To chyba nie był już przypadek?

Chciała zdawać na biologię. Nie, żeby skreśliła, i nie wierzyła już w muzykę, ale nie widziała się tutaj zawodowo, to nie było jako zawód do pomyślenia. Ale kochała muzykę nadal. Chciała…

Aż… trochę wcześniej wyrwała się, przeczytawszy gdzieś na tablicy w Szkole Muzycznej w Koszalinie ogłoszenie o kursie dla młodych talentów dyrygentury, prowadzonym przez Jerzego Salwarowskiego w Toruniu, wyrwała się tam całą duszą, by sprawdzić czy faktycznie to, o czym ciągle myśli i co robi – naprawdę kocha. Pojechała, zadyrygowała na przesłuchaniu wstępnym „jakimś“ Haydnem i… została przez mistrza dostrzeżona.

„Nadajesz się“  – powiedział krótko, i zaraz postawił ją przed orkiestrą. I tak to się zaczęło. 

Szok, zaskoczenie i niedowierzanie. A jednak! Mogę! Mogę, i będę dyrygowała!!

I? I co dalej? – dopytuję. 

I tak się to ciągnie do dzisiaj – odpowiada Marzena, filuternie mrużąc oczy, z dziecinną wręcz przekorą. Dopytuję ją więc uparcie o nieco jeszcze więcej, bo wiadomo przecież jakie bywają początki takiej zabawy, ale i jaką trzeba przejść następnie drogę, by móc wejść przed pulpit dyrygencki, i stanąć przed orkiestrami takimi jak Boston Symphony Orchestra, francuską radiową RTF, Symfonią Varsovią czy wieloma innymi słynnymi zespołami, które z wielkimi sukcesami poprowadzila już na koncertach, i w nagraniach. 

Potem zdawałam do PWSM we Wrocławiu na dyrygenturę. Jak się nie uda, to pójdę na biologię, myślałam. Koledzy zachęcali – zdawaj na dyrygowanie, dasz radę. Koleżanki, zdawaj, i tak Cię pewno nie przyjmą, rzadko przyjmują zaraz po maturze. Ale, próbuj. Spróbowała. Przyjęli. Nie poszła już na biologię. 

I?

I zaraz zaczęłam jeździć na kursy. Jeździlam wszędzie gdzie tylko organizowane były jakieś ciekawe kursy dyrygenckie. Po całej Polsce, i Europie. 

Poznawała ludzi sztuki, artystów, muzyków, dyrygentów, obserwowała ich pracę, zwiedzała, uczyła się, i wracała do Wrocławia by tam dalej chodzić na obowiązkowe zajęcia. Ale świat wokół rósł szybko, jej orkiestra się rozrastała, życie i muzyka nabierały tempa. 

Czasami trzeba zacząć od kogoś, lub z kimś, kto Ci pokaże, jak się robi muzykę, jak się to robi naprawdę, takiego kogoś, kto w Ciebie uwierzy i pomoże zrozumieć to co robisz. 

A kto to był u Ciebie, pytam, bo sam miałem w młodości podobne początki tego szaleństwa i szukałem mistrzów, i sam wiele musiałem nauczyć się u innych, by dostrzec wyraźnie to, co będę mógł robić w muzyce. Wiara innych w to co robimy jest nam bardzo potrzebna. Ale i poczucie własnej wartości, i przekonanie o tym że możemy i musimy tego po prostu bardzo chcieć. 

Już prawie rozmarzona, delikatnie odsłania mi ten obraz w swojej pamięci, jak głęboko pielęgnowany, przechowywany tam skarb, i mówi, ze słyszalną w głosie empatią, i wielką miłością:

Tracz, Marek Tracz, Maestro Tracz – to był jej idol i jej Mistrz. Dyrygent – czarodziej, fenomen, guru. Mag, który tak niepozornymi, a pełnymi znaczenia gestami jednej ręki potrafił wyczarowywać z zespołu brzmienia i efekty wręcz zdumiewające. Fascynując wyobraźnią, ośmielał ją do odkrywania wraz z nim sztuki muzycznej barwy. Zjeździła z nim, i z jego zespołami kawał świata, wykonując dzieła, ucząc się i obserwując pracę Mistrza. To on przekazał jej ten faktyczny impuls do zrozumienia tego niezwykłego artystycznego rzemiosła. Trudnego, wymagającego wielkiej pracy nad sobą, samodyscypliny, koncentracji, zupełnego poświęcenia, uwagi, i zrozumienia istoty dźwięku, który chce się wydobyć w utworze z prowadzonego zespołu. To była fascynacja jej życia, i – procent własnego artystycznego jestestwa. 

Potem nadeszły sukcesy, nagrody na międzynarodowych konkursach dyrygenckich, zaproszenia od orkiestr, i na festwiale, do radio, telewizji, to wszystko o czym już się dzisiaj wszem i wobec o niej mówi, i pisze. 

Ale artysta dyrygent pracuje z orkiestrą, zawsze od początku, od podstaw? Denerwujesz się gdy stajesz przed nieznanym Ci zespołem, czy dawna trema nadal jakoś jeszcze Ci towarzyszy? W tej pracy ona się rozkłada, zmienia liczebność, ale duży zespół to i wielka siła naprzeciwko Ciebie, z ludźmi trzeba umieć pracować żeby zagrali tak jak Ty zechcesz, ale i też umieć współdziałać? 

Nie, tremy już nie ma, choć bywa wiele zdenerwowania, szczególnie na pierwszych próbach, gdy trzeba opanować nieznany zespół, ale potem kreacja sztuki przeradza się dodatnio w energię pozytywną, kreatywną, tworzymy coś wspólnie. Trema jest już tylko inspirująca. Wszyscy przecież chcą by na koncercie wyszło jak najlepiej.

Muzycy w Mainz grali tak jak gdyby byli przez nią zaczarowani, i to ona była na scenie dla nich magiem i medium. Ale to właśnie ta przecyzyjna, skoncentrowana, nielekka zapewne praca na próbach zaowocowała. Nie musiała im teraz nawet już zbyt wiele pokazywać, orkiestra wiedziała, czego oczekuje od niej Madame Diakun. 

Symfoniczne Wariacje Brahmsa na temat Haydna – kwintesencja orkiestrowego stylu wrażliwego, dojrzewającego romatyka, po której nastąpiły już jego słynne symfonie, a w formie symfonicznej wariacji jeszcze skondensowane wielkością próbki – możliwości, otworzyły orkiestrę w przestrzeni zamkowej mogunckiej sali, wypełniając ją dźwiękiem, mimo pochłaniających orkiestrowe brzmienia, ciężkich atłasowych kotar na tylnej ścianie. Koncert fortepianowy a-moll Op. 7  Klary Schumann urzekał pasją pianistki, tej, która dzieło to jako fenomenalna piętnastolatka skomponowała i tej, która dzisiaj odkrywa ten utwór ponownie dla muzycznego świata. Ragna Schirmer kocha to, co przy instrumencie robi, i to było w jej grze dobrze i wyraźnie słychać. Potrafi wzruszyć i zachwycić. 

Po przerwie zaś, mimo niewdzięcznej akustycznie sali, i świecących publiczności w oczy żyrandoli, poetyczna mistyka uczuć Roberta Schumanna całkowicie zawładnęła jej nastrojem, muzyka ani na jedną chwilę nie pozwoliła oderwać się od jej przeżywania. A jednocześnie przenosiła w świat tamtych, mało widzialnych dzisiaj, a wielkich wówczas zmagań kompozytora o nowoczesną sztukę wyrazu muzycznego. Czas trosk i miłości do Klary, walki z postępującą, wyniszczającą go chorobą, i niszczącymi kompleksami, dla których wyzwolenie w wielkiej formie, i fakturze orkiestrowej, do której wierna mu artystka i żona tak go zachęcała, bo widziała jakie możliwości tkwią w wyobrażni jej twórcy, były wybawieniem dla umęczonej duszy artysty i scalaniem rozdwajającej się, a nawet roztrajającej jaźni nadwrażliwego do nieznanych granic człowieka. Dzisiaj powiedziano by prawdopodobnie o jego stanach emocjonalnych – to była choroba dwutorowa. 

Więc jak z nimi pracowałaś? Chcę z niej wydobyć jeszcze trochę tajemnic, nim w kawiarni Europy (to nazwa hotelu) zaczniemy opowiadać sobie przy reńskim winie i bawarskim piwie historie równie zabawne, co i prawdziwe, choć niczym Robert Schumann w lipskiej Kaffeebaum, uciekając już co nieco od rzeczywistości, i śmiejąc się także ze współczesnych muzycznych i twórczych Florestanów i Euzebiuszów. 

Intensywnie… Nad rozwijaniem każdego dźwięku. Nad jego życiem. To jest właśnie jej pasją. Aby żaden z nich nigdy nie był martwy i niechlujny, nie był zagrany byle jak, żeby żył: zjawiał się rozwijał, i nie kończył przypadkowo, każde wydobycie dźwięku musi mieć swój początek, rozwój i przechodzić dalej, w następne momenty. Instrumenty dęte mogą uwypuklać to wrażenie szczególnie wyraźnie, ale także i grupy smyczkowe, i razem frazować, wzmagając lub gasząc emocje słuchaczy. Tylko trzeba muzyków do tego odpowiednio zachęcić, ukierunkować, dać im także wyraźnie, i od początku do zrozumienia że tego się od nich właśnie oczekuje. Wspólnego przeżycia. Oni chcą przecież także pograć, pomuzykować, a orkiestrę trzeba jeszcze w krótkim czasie stopić i zsynchronizować – z wielości w jedność, zespół musi zacząć wspólnie z nowym dyrygentem oddychać, i reagować na jego muzyczne impulsy. Tylko tak wizja może przełożyć się w wykonaniu na obraz, jaki chce się odkryć słuchaczom. Tak powstaje interpretacja. 

Tajemniczy początek ekspozycji Allegro w Symfonii C-Dur Op. 61 Roberta Schumanna, przeistaczający się w potęgę rytmicznych tematów, potem kontrastowe, lotne, piorunujące frunącymi figurami scherzo, żałośliwe, melancholije adagio czy tryumfalny, bitewny wręcz finał w allegro, będący jak katharsis Schumanna – rozwinięciem skrzydeł w locie na planetę nieosiągalnego na Ziemi szczęścia. Swojej ziemskiej krainy szczęścia sam Robert już nie doczekał, zakończywszy prawie bez jaźni zmagania z obłędem w Endenich, jesienią roku 1856. 

Ale jego symfoniczna muzyka pod batutą Madame Maestry Marzeny Diakun to była tego wieczoru ekstatyczna radość dla duszy, której tak potrzeba w dzisiejszych, bliskich duchowego obłędu i prawie rozdwojenia kulturowej jaźni, czasach.  

Żegnając się z nią, patrząc jeszcze raz przelotem w przeżycie muzyczne, jakiego nam tego wieczoru dostarczyła i rozstając się z nią po fascynującej rozmowie, powiedziałem na pół do niej i wpół do siebie samego – więc to jednak jest prawda:

Stajemy się i jesteśmy właśnie tym wszystkim… –  w czym wzrastamy, dokończyła wraz ze mną głośno Maestra Marzena Diakun. 

Bo taka jest nasza droga, jeśli chcemy nią pójść i zrealizować najsilniejsze marzenia, powiedziałaby, być może, kończąc jeszcze moją myśl artystka, o której sukcesach świat usłyszy i przeczyta na pewno nie jedną jeszcze znakomitą recenzję, a wytwórnie nagraniowe i stacje radiowe będą się z pewnością prześcigać w propozycjach i zamówieniach. 

A ja mówię głośno, cytując i parafrazując słynną frazę Roberta Schumanna:

Kapelusze z głów Panie i Panowie, nadchodzi mistrzyni!

Naszej Artystce zaś dedykuję ten słynny, romantyczny wiersz Roberta Frosta w pięknym przekładzie Stanisława Barańczaka:

Droga nie wybrana

Dwie drogi w żółtym lesie szły w dwie różne strony:
Żałując, że się nie da jechać dwiema naraz
I być jednym podróżnym, stałem, zapatrzony
W głąb pierwszej z dróg, aż po jej zakręt oddalony,
Gdzie widok niknął w gęstych krzakach i konarach;

Potem ruszyłem drugą z nich, nie mniej ciekawą,
Może wartą wyboru z tej jednej przyczyny,
Że, rzadziej używana, zarastała trawą;
A jednak mogłem skręcić tak w lewo, jak w prawo:
Tu i tam takie same były koleiny,

Pełne liści, na których w tej porannej porze
Nie znaczyły się jeszcze śladów czarne smugi.
Och, wiedziałem: choć pierwszą na później odłożę,
Drogi nas w inne drogi prowadzą – i może
Nie zjawię się w tym samym miejscu po raz drugi.

Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną –
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.

Strona Artystki http://diakun.com

Autor zdjęcia – © Łukasz Reichert